czwartek, 31 grudnia 2015

W święta można żyć ekologicznie

Jeżeli chodzi o spokój i przeżywanie - tak! Ale czy jeśli chodzi o menu...
Choinka nasza stanęła w rogu pokoju, z własnej uprawy, z działki, przewieziona chyłkiem do domu, mocno ukuła każdego w paluszki przy jej stawianiu i zdobieniu, tylko kot wie, jak z nią sobie poradzić... traktuje ją jak przerośnięte kaktusy...
Na stole, tylko domowe wypieki i nasze ręcznie czynione uszka z grzybami, jakie sami zbieraliśmy w ubiegłym roku, w lesie pod stokiem góry - gdzieś w okolicy Lubomierza, Koniny... pyszne, doprawione, ciasto w wykonaniu mojej mamy.
To co domowe, jest pyszne i najlepsze - nasze serniki i naprędce pieczony piernik - zrobiły furorę.
Można??? Można...
Trochę chęci i czasu, dawka miłości, jak zawsze powtarzam, czynią coś niepowtarzalnego n ie do podrobienia... Nawet ryba może być pyszna i inna, gdy zrobi się ją w cieście naleśnikowym, na żywej patelni, mniej tłuszczu, więcej smaku...
Sałatka z kiszonej kapusty, z cebulką i marchewką z jabłkiem... zdrowa, pyszna i kolorowa. Potem już tylko własnoręcznie pieczona i gotowana wędlina, coraz prościej taką kupić... ale polecam. Więcej pracy a smak, niepowtarzalny...

Może być i świątecznie i ekologicznie, niepowtarzalnie ale i dumnie... bo w wykonaniu zespołu. Cała rodzina, każdy jej członek może się przydać, każda para rąk...
Nawet kot, degustator... robił swoje. I sprawił się przy tym wyśmienicie... To nic, że po świętach wrócił do zwykłych parówek a nie wędliny za "więcej niż 36 zł za kilogram" jak to jego menu zawsze komentujemy... Kot, wie co je... ale jak się przeje, wraca do starych nawyków...
I nie ma się za co potępiać, nie długo - znów święta!!!  

wtorek, 22 grudnia 2015

Ekologicznie i świątecznie

Nawet w tak wielkie święta można i ekologicznie... i świątecznie nakarmić rodzinę ale i - być z rodziną. Oprócz mody na ekologiczne drzewka, te w doniczce a nie te ucięte i skazane na wysuszenie przy naszych kaloryferach, a potem - na spalenie ich w piecu, lamusowni... jest to czas spożywania pyszności i domowych wypieków.
Święta mają swój walor niepowtarzalności, inności i wyjątkowości. Pachną na wiele sposobów i tak też smakują... Tej atmosfery można kosztować, jej nie da się kupić, zamówić i sprowadzić... ale można ją kolejnym pokoleniom zaszczepić.

Wszystko, co stworzą nasze dłonie, może być pyszne i zdrowe, mniej słodkie lub mniej tłuste, za sprawą własnej techniki wykonania, pomysłu, wielu magicznych prób i tego, że wiemy co i kto z nas lubi najbardziej...

Nawet jeśli wydaje nam się, że nie da się upiec gęsi czy kaczki w piekarniku bez tłuszczu, nic bardziej błędnego. Każde z mięs i drobiu jest tłuste i wręcz nie trzeba niczego "dolewać", i niczym dodatkowo "polewać go" - a tylko dobrze przyprawić... z nutką świątecznej fantazji i owinąć w folię... Można wtedy wykorzystać powstający w ten sposób, pachnący i świeży sos... i pychota gotowa...
Królestwo na zwykłym stole...

Prosto, można rzec, a wytrawnie - niecodzienne może być nawet ciasto domowe, niezbyt tłuste i z mniejszą zawartością cukru, pełne owoców a czasem też małej egzotyki, w postaci dodatków smakowych, a nie olejków zapachowych, z dodatkiem bakalii. Soki z kartonu zastąpić można pysznym domowym kompotem z mrożonych w lecie owoców, wciąż utrzymujących niebiański smak i kolor, skrywających witamin moc... 

Nasze domowe przetwory cudownie komponują się z tym, co położone na wigilijnym stole... Powrót do kapusty modrej, buraczków z chrzanem czy zwykłej, kiszonej kapusty - to najlepsza rekomendacja polskiego stołu wigilijnego. A do tego - nie tylko karpie, komunistyczna spuścizna - lecz znów dzikie ryby - pstrąg i szczupak, warto aby wróciły na nasze stoły...

Wszystko jest kwestią dobrego smaku, przekazu pokoleniowego czy rady naszej mamy i babci, do tego jeszcze - techniki wykonania - i jak zawsze powtarzam, tej prawdziwej miłości - jakiej szczyptę dokłada się do każdego dania, do pełnego talerza, do przygotowanej własnoręcznie ozdoby na stole i na choince.

I o co warto też zabiegać??? Relacje rodzinne, czyste, otwarte, naprawione... Towarzystwo rodziny, przyjaciół to prawdziwe dopełnienie smaku, warto te dni świąteczne, najbliższe właśnie w taki sposób przeżyć, odkryć na nowo i utrwalić. Aby to, co najlepsze, stało się naszą domową, polską tradycją i wizytówką.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kosmetyki ekologiczne

Mimo, że te często przemysłowo wykonane też są dostępne w drogeriach i perfumeriach- w Polsce - np. dr Tołpy, ale też marki Ziaja, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w domowym zaciszu część chemii gospodarczej, past czyszczących a nawet proszek możemy zastąpić czymś, co jest w pełni biodegradowalne, co nie niszczy i nie zabija mikrożyjątek, ale też nam nie szkodzi... Nasze kuchnie są pełne półproduktów - soli, ziół, mieszanek nasion oraz orzechów, i nie przychodzi nam do głowy - by wykorzystywać je w inny, niż tradycyjny, sposób.
Ostatnio koleżanka oczyściła tak skutecznie mój strasznie "zakamieniony" czajnik z użyciem kwasku cytrynowego, że byłam pod wrażeniem, powtarzam ten proces co 3-4 tygodnie, jest genialny... Zamiast drogich past do srebra, pełnych chemii i dodatków lotnych - sama wróciłam do najzwyklejszej pasty do zębów i suchej szmatki lub papierowego ręcznika... Drobne zabiegi, a cieszą...
Jakże cieszy mnie wykonywanie własnych mieszanek - maseczek, odżywek, "polepszaczy samopoczucia i wyglądu kobiety" i dla swego komfortu - gładka cera, pachnące i zdrowe półprodukty, i pyszna oraz zwykle słodka zabawa, skłania, aby mieć czas dla siebie... aby zadbać i pokochać siebie... no i, niebagatelne, zmniejszyć wydatki.

Lubię czasem coś sama zmajstrować ale i podpatrzeć od koleżanek, sposoby na odplamianie, pozbawianie białych rzeczy szarej i żółtej barwy, ożywianie wnętrza zapachem ciętych lub miętych ziół... lub sadzeniem w otoczeniu odpowiednich kwiatów doniczkowych.

Myślicie, że to jest nudne???... Nawet moje dorastające córki są zaciekawione, przynoszą nowe przepisy, pomysły. Młodzież jest teraz otwarta i zapalona do natury i jej darów... Sprawdzają na sobie kombinacje ciekawych a zapomnianych środków, które były tak oczywiste dla pokolenia naszych babć - nawet nielubiane siemię lniane czy orzechy, na jakie jesteśmy uczulone (stosując je wewnętrznie), mogą posłużyć wyglądowi i urodzie... w maseczce czy scrubie. Warto trochę odważniej poeksperymentować.

Ciało będzie wdzięczne a stworzony płyn do mycia naczyń nie wywoła na dłoniach uczulenia ani egzemy.  

sobota, 5 grudnia 2015

Ekologiczne zabawki

Prowokacyjnie trochę zaczęłam szukać kilka dni temu - Mikołajowo i Gwiazdkowo - zabawek drewnianych, o pomysłowych kształtach, kolorach... Zbliża się wszak święty Mikołaj i pomyślałam: Dam szansę wielkopowierzchniowym marketom, a co tam... Pewnie znajdę jakieś worek klocków z drewna, może nawet barwionych, może bejcowanych - w zaskakująco korzystnej cenie...
Choć znam adresy takich sklepów w moim mieście, gdzie kukiełki, pacynki i zabawki, klocki i pojazdy, pociągi i samochody wykonane są z drewna, z gałganków, z naturalnych produktów... ale równocześnie - "umieram powoli", gdy patrzę na cenę takiego "drobiazgu". Kiedyś były też wycinane szablony do "złożenia" np. dinozaura lub innego zwierzęcia, do pomalowania go - surowa sklejka i czysta kreacja, zadanie dla ojca i syna/lub córki...

Jakże się zawiodłam szukając i pytając: "Słucham, jakie, drewniane i ekologiczne???"
Ani jednej sztuki, kolory, plastik... Jeśli klocki to nieśmiertelne komplety lego... zwykle jakaś stacja, zabudowa lub pojazd... Nie znalazłam nic "prostego", szarego, wielofunkcyjnego, pozwalającego na samodzielne myślenie i tworzenie - zamków, murów, domów, nowych krain oraz planet, światów - i ich nowych zarysów z wykorzystaniem roślin domowych, liści, świeżo zebranych jesienią kasztanów czy żołędzi...

A co z naszą bliskością i spójnością z naturą, przełożeniem rzeczywistości na tę magię "zabawowego" świata, jeżeli nie mogę dopasować tego do siebie, moich wizji i mojego "tak lubię!" - a także pokazać każdemu dziecku, że to jest możliwe i dozwolone...

Skąd wziąć mam przed Mikołajowym szaleństwem, te cudne twory - dlaczego mam się oddawać w niewolę plastikowi, gumie, folii i innym tworzywom, nierzeczywistym barwom - skoro kocham kamyki, patyki i szkiełka obrobione gładko przez morskie fale, liście i muszelki, kolory bursztynu, ochry i miedzi... 
I skoro tego chcę, chcę nauczyć też mojego bratanka, pokazać mu co i jak można wykonać nieszablonowo, swoimi rękami - a tak.... muszę szukać gdzie indziej, płacić dużo więcej i/lub tworzyć coś sama - zbierać, gromadzić piórka i kamyki, muszle i żyjątka - z odrobiną fantazji, niepokornie, po prostu - inaczej...

Trudno jest być rodzicem

Rodzice tak naprawdę to "nic dobrego, i nic złego", czasem tylko trzeba trochę w relacjach rodzicielskich i pomiędzy rodzicami oraz dziećmi, trochę posprzątać...
Jako osoby dorosłe, rodzice chcielibyśmy być bezstronni, obojętni, prawie transparentni w stosunku do naszych dzieci... Partnerzy, stosunki partnerskie pomiędzy rodzicami, pomiędzy rodzicami a ich dziećmi - partnerskie - czyli jakie???
Bez wyrazu, bez mocy i bez charakteru...

Dlaczego boimy się mieć twarz, jedną i zdecydowaną. Konsekwentną - taką jakiej potrzebuje właśnie młody człowiek, stawiać wymagania, otwarcie pytać, mediować, uzgadniać. Pokazać, że mamy charakter i, jak określa to młodzież - mamy "jaja".

To nic złego wymagać, wspierać też można mądrze i konsekwentnie a nie - konsekwentnie dawać wsparcie na zło i eksperymenty, świadome kosmiczne braki w zachowaniu, kulturze, pracy nad sobą i inne młodzieńcze grzechy...

Dzieciaki lubią jasne i określone, spójne postępowanie. Mają wobec czego się dookreślić, ustawić, zbuntować na coś lub wobec czegoś, albo porzucić przyzwyczajenia, sprawdzić ich małą skuteczność. Dla mnie ważniejsze, i darzę je większym zaufaniem, są techniki awersyjne - sparz się, dotknij i niech boli, czasem nawet złam sobie kończynę, jeśli już musisz na własnej skórze się przekonać.

Życie jest po to, aby je odczuwać, przeżywać - by bolało czasem... Nie da się o życiu tylko opowiadać, trzeba je przeżyć. Młodzi ludzie najlepiej to wiedzą...To doświadczenie uczy samodzielności, odwagi i wreszcie - dumy z dokonań...
Nie dziękują nam za przemądrzałe nauki, nieomylność, pewność i za słowa pouczenia, ale za obecność - często też za fizyczne i emocjonalne, bolesne przecież odrzucenia. Za oddalenie, izolację lub też - kiedy indziej - czułe przytulenie, pocieszanie i zrozumienie, w końcu - ofiarowanie wsparcia czy pomocy, rozmowę, bycie blisko.

Rodzice nie są po to, by pociechę zasłaniać przed światem, ochraniać, ukrywać - przyjmować ciosy zewnętrznego świata. Dość mamy swojej własnej walki i swoich przegranych oraz momentów chwały. 

Pozwólmy młodym doświadczać i być, dokonywać wyborów, podejmować wysiłek, ubrudzić się życiem... Prawdą... Bo spotkanie z prawdą, konfrontacja z nią a nie z fikcją - uczy nas najtrwalej i najwięcej.

czwartek, 3 grudnia 2015

"Drzewo i Człowiek" czyli słów kilka o idei testów projekcyjnych

Drzewa mają wielkie znaczenie w życiu człowieka, mówimy, że chcielibyśmy mieć dom z buczyny, że sadzimy drzewo upamiętniając ważne wydarzenia, że ciosamy kołki komuś na głowie. Na drzewie lub pod nim ukrywaliśmy w dzieciństwie sekrety. Najczęściej w ich koronach mieszkają ptaki, chronią się wiewiórki... drzewa dają cień, niosą ukojenie. 
Drzewa - ich liczne połacie - dają nam upragniony tlen, osłonę przed słońcem czy deszczem,  gdy rosną wokół nas - po prostu są "za darmo", są źródłem drewna i ciepła, są darem Boga dla nas... I różnorodnością. Wciąż przecież tworzymy nowe odmiany, gatunki i szczepy - bawiąc się czasem w bogów. 

"Korona drzewa" - mówimy o tym, co wieńczy pień - czyli - coś pięknego, jedynego w swoim rodzaju... Ile różnych drzew, tyle oryginalnych pomników, pamiątek wydarzeń oraz śladów historii i przyrody...

Mówimy - kochać kogoś do grobowej deski, i z tych desek - najczęściej - ktoś zrobi dla nas trumnę... Pod drzewem prosimy kogoś o rękę lub przyjmujemy oświadczyny... Przytulamy się, całujemy, nawet rodzimy się i umieramy - też w ciszy drzew. Przy ich niemym udziale...

Uwielbiam dwa testy psychologiczne, typowo projekcyjne - jakie można wykorzystać w pracy i z dorosłymi i z dziećmi. Zwłaszcza ze każdy z nas w ukryciu, dla samego siebie coś tam zawsze rysuje, szkicuje, bazgrze ołówkiem... I choć, niestety, jest wielu przeciwników testów projekcyjnych, to stanowią one naprawdę dobre źródło informacji oraz często, punkt wyjścia do pracy z człowiekiem, do rozmowy... 

Powód do zadumy, skoncentrowania się na kilku problemach - wyboru ich do dalszej pracy psychologicznej...

Test człowieka - postaci ludzkiej - jest trudny, zajmujący ale naprawdę, dla znającej go osoby - wielopłaszczyznowy. Niby banalnie prosty, wystarczy narysować człowieka, tylko ołówkiem... Postać ludzką...


Inna sprawa, test drzewa jest wyjątkowy - twórczy, nieposkromiony, szalony, czasem - zaskakująco ciekawy... Trudny w interpretacji - to fakt, jednak sam czas wykonania testu, praca danej osoby, włożona w kontakt z papierem i ołówkiem - li tylko,  stanowi całą głębię oraz bogactwo informacji o tej okoliczności, ale też - mówi nam o całym życiowym kontekście. 

Analizujemy całość tego zdarzenia, jakość kontaktu i badania... Rysowanie, aktywność, oddanie tej pracy i zaangażowanie. Kiedy indziej - opór i drobne zaniechania, wymazywanie treści, poprawki - ten cały wkład pracy, a przecież dają one zwykle mocno zaskakujący efekt...

Test projekcyjny czasem nam coś mówi, kiedy indziej - milczy o czymś... 

Drzewo, wydaje nam się z natury, zawsze milczy. Ale to narysowane, wiele wyraża. Pozostaje i nam - milczeć, czekać, słuchać - a może... delikatnie rozchylić gałęzie, próbując znaleźć ukryte pomiędzy nimi - drobne owoce. 

środa, 2 grudnia 2015

Ekologiczny burger

Mój mąż padł wczoraj z wrażenia...
Kiedyś miał ochotę na gotowe - z sieciowego sklepu pochodzące, zapakowane próżniowo burgery. Odstraszyłyśmy go, pokazując datę przydatności do spożycia.
Owego dnia wczorajszego, moja córka powiedziała: "mamo - idź, kup świeżego mielonego mięska wołowego i wieprzowego, i wszystkiego co zielone - sałaty lodowej, kilka główek cebuli białej oraz czerwonej, do tego nie zapomnij - pachnące pomidory". W domu otworzyłam słoik własnych, kiszonych ogórków - cudo... pachnące, twarde i chrupkie.... Kwaśne i mocno jeszcze zielone z własnej, uroczej działki.

I tym sposobem, własnymi siłami, z dodatkowym udziałem jajka i odrobiny mąki oraz drobno posiekanej cebulki zrobiłyśmy i usmażyłyśmy te cuda... soczyste, pyszne, kruche, pachnące i lekko rozpadające się - a nie takie, jak szara podeszwa... bez wyrazu i bez smaku. Nawet bez zapachu.
Do tego świeże, choć pszenne bułeczki... Udana kompozycja kolorystyczno - smakowa, naprawdę kulinarna zabawa nie do zapomnienia... musztarda i majonez dla podkreślenia charakteru.
Mój mąż, i ojciec dzieciom, był w szoku. Nigdy nie przypuszczał, że tak może smakować domowa kuchnia, a równocześnie przecież z tak fast-food'owym odcieniem...
Notowania córki wzrosły (ostatnio mają taką tendencję!), inicjatywa została doceniona. Przede wszystkim jest to dowód, że można odświeżyć temat tak "zakazany" i "potępiony", przecież domowe burgery mogą istnieć, zbliżone są te, z oryginalnej sieci "burger-kinga", mają po prostu smak tego mielonego mięsa z cebulką... Tak zbliżającego nas do rzeczywistości...

I teraz, jeśli ktoś mi powie, że nie można szybko i smacznie - będę się upierała, że można...

Można mieć też frajdę wspólnego działania - tworzenia własnej, autorskiej interpretacji zdrowego i kolorowego jedzenia, pełnego warzyw talerza dodatków - pochodzących częściowo ze słoików przygotowanych i wypełnionych po brzegi latem. W ten sposób zasiadamy do talerza współczesnych atrakcji, która za każdym razem może smakować - ciut inaczej...
I tym obroni się sama.    

piątek, 27 listopada 2015

Powrót do ekologicznych upraw

Z ekologią w kuchni można przesadzić... ale można się z nią zaprzyjaźnić.
Starszą nas media i programy kulinarne, że ryby lub kurczaki hodowane są w koszmarnych warunkach. Że w ich mięsie są antybiotyki, odżywki, witaminy oraz brak ruchu im szkodzi... jajko to już nie to samo jajko, stres zabija hodowle - zwierzaki się tratują na potęgę lub zadziobują w stresie...
My to wszystko jemy, trawimy a potem i tak - defekujemy pozostałościami.
Soki zawierają też tyle cukru lub słodzików, konserwanty i polepszacze smaku czy barwy są nie tylko w sokach, dżemach, przetworach i gotowych wędlinach... Stałam się nieufna zapewnieniom, przestaję nawet na placu, czyli "ryneczku" rozmawiać z autorami sukcesu kulinarnego jak hodują lub uprawiają swoje nowalijki. Doskonale znam podmiejskie uprawy znajdujące się tuż przy szosie, pola sałaty, kapusty i buraków rosnące przy asfalcie, gdzie przejeżdżają tysiące samochodów dziennie...
Koszmar nas dogania...

Nie zdecydujemy się na kosmiczną,dziwnie modyfikowaną - pakowaną próżniowo lizofilowaną żywność, zresztą - jaka jest gwarancja warunków jej produkcji i dziwnego przechowywania...
A może pójść dalej, tylko soki i ziarna... ech, nie wiemy skąd i jak były transportowane, przechowywane, czy użyto chemii, pestycydów i w jakiej ilości.

A może warzywny ogród, niezbyt duża zaufana hodowla kurek czy królików po sąsiedzku, dwa drzewka jabłek na działce... własne ogórki, kiszone w domowym zaciszu. Marchewki własnoręcznie wyciągane z gruntu, naturalnie brudne od ziemi, no i jeszcze - bukiet ziół.

Szczęśliwym posiadaczom działki gorąco polecam, owszem jest z tym trochę pracy i zachodu, przygotowania oraz konieczność dbania o wilgoć, nawożenie... Działka 10-12 arowa daje radość ale też zdrowie, kondycję, zajęcie wyobraźni i dłoni, a organizm nasz - krzepi. Jeśli mamy dodatkowo winną latorośl i pyszne, słodkie winogrona, to jeszcze trochę zabawy w jesieni i dymion pykający w kącie pokoju da nam satysfakcję i sprawi radość w chłodne wieczory.
Przynajmniej wtedy jesteśmy pewni że jemy i pijemy coś swojego, nieokazały wygląd - ale bogate wnętrze.

środa, 25 listopada 2015

Rozwód bez stylu i charakteru


Młodzi rodzice i małżonkowie rozstają się teraz strasznie... 
W stylu potwornym, kosztem dzieci i swoich najbliższych, tym samym - koszmarnie ranią siebie i dzieci...
Wyobrażenie o rodzinie jakie mam nie jest sielankowe, jest całkowicie pozbawione lukru u pompatyczności. Rodzina zaczyna się wtedy gdy nie jest różowo i nie marcepanem się karmi. Gdy potrzebne są wyrzeczenia, cierpliwość, pomoc i współpraca - wyręczanie się i dawanie oparcia, czasu a nawet pieniędzy, gdy ich brakuje... na powszedni chleb i mleko.
Nie sprzedaje się w niej umiejętności i czasu. Oddaje się go darmo, gości przy stole bliskich - dzieli się posiłkiem, talentem, wytworami ale i samymi dobrami wytworzonymi zespołowo, z dziećmi. Wtedy można się poczuć "w domu, w rodzinie..."

Ale nie każdy zna taką sielankę, czasem ludzie rozstają się, rozwodzą - oddalają się od siebie - a coraz większa liczba w stylu podłym, najgorszym z możliwych, raniąc się i uderzając mocno, używając jako zasłony najczęstszego  z argumentów, dzieci. My - dorośli, jak nikt inny, trafiamy współmałżonka w czuły punkt. Chcemy by bolało, chcemy zobaczyć obnażone wnętrze - mięso, ciało. Stracone nerwy - i gorzkie łzy...

Nie jesteśmy istotami idealnymi, mamy swoje wady, ale zbyt często nie rozwiązujemy trudności. Podejmujemy nie ryzyko, ale rezygnujemy na starcie i izolujemy się. Szukamy prostszego i łatwiejszego - bycia... Życia, trwania w innym złudzeniu. Rozwalamy cudzy świat dając sobie prawo do tej inwazji. 

Rzeczywistość drugiego człowieka, jego zdanie, jego marzenia i życiowe cele jest jak szklana bombka...Krucha i delikatna, wymagająca wrażliwości a nie imadła zemsty.


Co nas oddala, co nas różni??? Dziś już - zbyt wiele... 
Nadeszły takie czasy, że nie doceniamy wysiłku, nie traktujemy poważnie "cudu ciężkiej pracy". Wzajemne oskarżanie się, uderzenia - traktujemy jak sport, jak rozrywkę. Nie interesują nas koszty emocjonalne takiej aktywności... nie przywiązujemy wagi do dobra dzieci czy dalszej rodziny. Ktoś patrzy, ktoś widzi, inny czuje... ma serce. My jednak rozwodząc się - mamy na myśli i na celowniku, wygraną.

Daleka droga do siebie. 
Przez zimę, przez chłód emocji wygasłych jak ognisko. 
Coraz dalsza droga. 
Stajemy się powoli wykształciuchami ale bez stylu, bez klasy i z marnym charakterem.  

piątek, 30 października 2015

Tylko dla papierka

Szczęka mi tężeje w momentach gdy rodzice niewinnie - pozornie oczywiście - informują mnie, że chcą się starać o zaświadczenie, papier na okoliczność np. dysgrafii czy dysortografii dziecka, czytam między wierszami: "zwolnić siebie i dziecko z odpowiedzialności za język jakiego używa, jaki stosuje i jego ubóstwo w całej mierze"...
Proszę powiedzieć gdzie i jak to zrobić.

Na moje szybkie - "... trzeba ćwiczyć, wykazać się znajomością zasad ortografii - pisowni i interpunkcji", odganiają niecierpliwie dłonią muchy, taaa taaa.

Zaczynam się irytować, biorę cieniutki zeszyt i instruuję, cierpliwie zwracając uwagę ile czasu potrzeba i ile muszą go poświęcić sami, ćwiczącemu dziecku.
Po co ja to mówię, przecież im chodzi nadal tylko o świstek papieru z licznymi pieczątkami który da im spokój, prawo do nie zadawania pytań, a ich dziecko zwolni od tego nadmiaru uważności i pracy...

Najgorzej właśnie i najmniej pracują ci z uczniów, którzy już posiedli ten cenny papier... hulaj dusza, piekło mnie nie spotka... niech się martwi nauczyciel.
Nie ma nawet pozorów czy chęci pracy, nawet deklaracji, obawy - że ktoś sprawdzi, że będzie to systematyczna kontrola, i tak właśnie duch w narodzie umiera, gaśnie, dogorywa.


Ojczysta mowa chyli się ku upadkowi, powszednieje i staje się ciężarem - przecież wkrótce my wszyscy będziemy się posługiwać jedynie obcymi nam językami rozmawiając i korespondując z obojętnymi nam, równie obcymi ludźmi...  


czwartek, 8 października 2015

Test na miłość

Miłość. Gotowość na prawdę o drugim człowieku.
Postawa a nigdy uczucie.

Dlaczego tak często sprawdzamy naszą gotowość na miłość, na uczucie jakie drzemie w nas... a co z postawą miłości?? Wypracowaną, sprawdzoną, wykutą w stali.
Chłopak często pyta o "taki dowód", dziewczyna chce potwierdzenia w jakiś darach. Drobiazgach,biżuterii czy przedmiotach - licznych substytutach. 

Obiecujemy ją dozgonnie, często nie bardzo wiedząc, o czym tak naprawdę mówimy, co stanowi o "źródłach miłości".
Nie mówię tu o zakochaniu, ale o postawie, która dojrzewa i rodzi się przez wiele lat, sprawdza się w działaniu i trudnych sytuacjach. Nie o pożywce dla mediów czy portali społecznościowych. Nie o zamianie partnerów czy eksperymentach...

O miłości można mówić, gdy przetrwała ona trudna chwile. 
Gdy już zyskała postać...


Wiele kłótni i trudnych słów, szukania i dociekania kto mądrzejszy i kto zrobił więcej. Przepychanie "kto lepszy"... I nagle choroba, trudna i poważna, rozwijająca się, z wieloma dramatycznymi nawrotami. Operacje, słabe zdrowie... Lepsze i gorsze dni, organizm różnie reagujący na stosowane leki i chemię, i gdzieś podskórne pytanie: czy nadal mogę na ciebie liczyć, czy mnie nie zostawisz, czy nie opuścisz, jak kiedyś obiecałeś...

Miłość sprawdza się w ogniu, na pierwszej linii, na zakrętach, na wyboistych drogach.


Zbyt wiele wierszy i piosenek, a tu po prostu "proza walki", tej o życie i o godność. Czasem nawet o godne umieranie, odchodzenie. I kiedy masz do kogo się przytulić, ktoś trzyma cię za rękę, chcesz być... Tak naprawdę zależy ci na tym. Czujesz, że warto... I nie chodzi o ilość, o długość tego bycia razem, ale właśnie wtedy o tę jakość, trwałość, o to "na dobre, na gorsze i na złe...". O to "w zdrowiu i w chorobie", nie tylko obiecane, ale i zrealizowane. Przebyte, przeżyte wspólne,  to dane... Ofiarowane. 
O jakieś człowiecze świadectwo. O wierność słowu.

Ludzie z łatwością teraz rezygnują i porzucają to, co trudne, co wymaga decyzji, poświęcenia. Tyłem oddalają się, chyłkiem. Taki ruch nigdy nie jest łatwy - decyzja o pozostaniu wymaga przełamania oporu a często - strachu, paniki i egoizmu. Wyjścia poza siebie... 
Tak, jesteśmy egoistami, i często boimy się o siebie. Życie nas przerasta, choroba też nas przerasta, jej obraz, jej następstwa. Także brzydota czy starość. Niedołężność.

W dzisiejszych czasach próżno szukać ideałów.
Skupmy się na byciu ludźmi. Na początek - człowiekiem, dla człowieka.

Narkotyki kradną wolność

Nie do końca wiem, czy młody człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest już sam wobec wyborów. Gdy zaczyna wypuszczać się poza granice domu, miejsca bezpiecznego i przyjaznego, przebywać z innymi na domówce, prywatce czy dyskotece i wystawiać się na zachętę i pokusy ze strony otoczenia...
Narkotyki i dopalacze rujnują nasz kręgosłup, każą sprawdzać przekonania i prawdy jakie niesiemy z sobą... weryfikują niezależność sądów i wyborów.
Najczęściej nie ma wtedy przy nas nikogo, nikogo życzliwego...
Diler, nawet jeśli nam coś ofiarowuje, nie robi tego z przyjaźni i troski. Nie zbliża się do nas emocjonalnie, Nie jest odpowiedzią na braki, deficyty. Nie ratuje z opresji, lecz osacza powoli...
Zabiera coś, a nie daje...

Co zabierają nam narkotyki i dopalacze??? Pozbawiają autonomii, wolności, jedynego naszego bogactwa. Naszego prawa do samostanowienia i niezależności, do szczęścia. Wpadamy w pułapkę - bo samotność, bo nikt nas tak dobrze nie zna i nie rozumie... bo ktoś nas skreślił, odrzucił czy zostawił.
Bo przestaliśmy samych siebie lubić i cenić, wierzyć w odmianę trudnej sytuacji...

Tak ważne jest by nie być samemu w czasie, gdy kryzys goni kryzys, gdy samotność zbiera żniwo.
Samotność jest trudna. Brak nadziei - jest straszny... A najbardziej jego wyolbrzymianie, to, jak rośnie w nas z każdą chwilą... Przytłacza nas, przygniata, umniejsza...
Przepełnia nas ta sama gorycz samotności i porażki.
Czujemy się zagubieni - tak to prawda... Ale nie pozostawajmy wtedy sami, bo stajemy się mniej czujni na zagrożenie. Przyjaciele nie są tak daleko, możemy ich wezwać, zaprosić, poprosić o pomoc.

Gdy ktoś obiecuje fałsz i nieprawdę, nie brnijmy w fikcję. Wolności nie ma na zewnątrz, ona mieszka w nas, nie oddalajmy się od niej, nie sprzedawajmy jej za substytuty.

Narkotyki wiążą nam ręce, umysł, serce...

Nie ma dziś nic za darmo... prócz prawdziwej miłości i prawdziwej przyjaźni.
Dowiadujemy się tej zaskakującej, ale wiecznej prawdy, gdy komuś prawdziwie zależy na nas!  

poniedziałek, 5 października 2015

Dziecko i depresja

W głębokiej depresji dziecko potrafi zaprzeczyć każdej swojej potrzebie, temu że jest, że potrafi się uśmiechać, że ma marzenia. Oddala się i wycisza ale często jest i pozostaje w domu, co usypia naszą czujność.
Jesteśmy zadowoleni, bo czasem przyjdzie zjeść zupę, mamy go w zasięgu wzroku. Choć coraz mniej doświadczamy go w relacji. Nie zgłasza potrzeb, rzadziej się uśmiecha i nie chce wychodzić nawet do znajomych mu osób. 
Zwrócić trzeba uwagę na pierwsze sygnały zmiany zachowania i samopoczucia dziecka to niezwykle istotne. Czasem jest to zaniedbanie wyglądu zewnętrznego, ubioru czy higieny - a kiedy indziej - cisza, brak zgłaszanych potrzeb.
Niewychodzenie z pokoju czy łóżka, jest sygnałem, że nawet atrakcyjne z pozoru aktywności przestają cieszyć czy relaksować młodą osobę. Nawet w weekend nasze dziecko nie odpoczywa, mimo że śpi naprawdę długo...


Z takimi sygnałami już warto zgłosić się do człowieka życzliwego, znającego rodzinę lub do specjalisty z prośbą o konsultację - o wypowiedzenie swojej opinii. Nie oczekujmy tego, że dorastający człowiek wyartykułuje nam potrzebę, on sam nie wie dokładnie co odczuwa, poza niewygodą, smutkiem i obawą. Nie wie, skąd wynikają zmiany. Sam czuje się nieuporządkowany, często niezrozumiany, zaszczuty lub samotny...

Depresja nie dotyka tylko osób dorosłych i tylko - samotnych. 
Coraz częściej samotność i pustka obezwładnia osoby młode, pozornie te - w sile wieku.

Więcej czasu, wnikliwej obserwacji. Czujności...
Bycia dla kogoś, kogo znamy już tak długo. Elastyczności i ciekawości, zainteresowania człowiekiem, który jest blisko nas...
Pomożemy sobie i drugiej osobie.
Lepiej być, warto być...  

Być i słuchać

Czasem trzeba tak niewiele by zbudować i utrzymać relację.
Na siłę walczymy by przekonać drugą osobę do naszych racji, zmienić jego nastawienie, aby pomóc mu przewartościować życie. Ale czy jest to to, o co nas prosi.
Czasem wystarczy spokojnie usiąść, poczekać, towarzyszyć...

I choć milczenie i ciszę trudno jest przeczekać, przetrwać to jest to warte swojej ceny. Zwłaszcza jeśli walczymy o młodego człowieka. To nam się wydaje, że wiemy wszystko, że mamy odpowiedź na każde pytanie. Że w razie wątpliwości wiemy, którą książkę otworzyć, jak mądrym cytatem spuentować zdarzenie... ale czy to jest to, o co prosi nas druga osoba.

Czy umiemy spokojnie usiąść i poczekać na przyzwolenie, na zaproszenie nas do cudzego świata - do życia... Czy wytrzymujemy bez udzielania dobrych rad i wskazówek. Czy nasze "na twoim miejscu..." i "ja bym w tej sytuacji..." są lepsze, właściwsze czy mądrzejsze. I skąd ta pewność???

Takie wartościowanie potrafi zamknąć i zakończyć najlepszą relację. Naszą przyjaźń czy jej zapowiedź.
Nawet nie wyobrażamy sobie, jak drugi człowiek, zwłaszcza młody, potrafi być delikatny. Wrażliwe na to "moje" i "ja".

Dajmy sobie szansę.
Usiądźmy, poczekajmy. Tak wiele możemy nauczyć się jeden od drugiego.      

piątek, 18 września 2015

Depresja u nastolatków

Często wydaje nam się że dzieci są bezgranicznie szczęśliwe, wręcz beztroskie. Jedynie uśmiechnięte, że widzą świat i swoją przyszłość w jasnych barwach… kochają życie i całą otaczającą je rzeczywistość.
Jesteśmy optymistami, czasem nie stać nas na wnikliwą obserwację i realistyczną ocenę sytuacji…
Dzieciom, a zwłaszcza nastolatkom towarzyszy bowiem często stan znacznego obniżenia nastroju, wypełniają go obawy lub wątpliwości – rozstanie rodziców, śmierć w rodzinie a nawet własne niepowodzenia, nieodwzajemnione uczucie.

Prawda jest taka, że taki stan może  towarzyszyć każdemu, kto przeżywa trudne lub traumatyczne sytuacje życiowe, każdego z nas potrafi przecież przygnębić poważna choroba fizyczna czy rozwód rodziców, odrzucenie grupy rówieśniczej, przeżycie traumatycznej sytuacji – napaść, pobicie, kradzież czy inna forma przemocy… bycie jej świadkiem lub ofiarą.
Najbardziej obciążająca jest przewlekłość tego stanu dla młodej osoby. Czasem towarzyszy im poczucie bezdennego smutku nieprzerwanie, przez długi czas. Nie mogą uczyć się, nie chcą rozmawiać o tym czy spotykać się z innymi, zamykają się w czterech ścianach.

Kolejno pojawiają się myśli: jestem niewiele wart, sam nie potrafię, nie zależy mi na… aż do finalnego: moje życie i egzystencja nie ma sensu i znaczenia.

Nastolatek doświadcza więc smutku i beznadziei, poczucia całkowitej bezwartościowości i dodatkowo, poczucia winy. Obwinia jedynie siebie za ten stan i brak poprawy. Najczęściej jest zamknięty w sobie i milczący, lub drażliwy i płaczliwy. Nic go nie motywuje, nie cieszy, już nie oczekuje zmiany na lepsze…
Trudno nam przyjąć i zaakceptować wynikające z bezradności ataki złości, płacz, a w czasie nauki – duże problemy z samodzielnością i koncentracją. 
Nawet szkolni koledzy czy starzy znajomi i spotkania z nimi nie sprawiają im dotychczasowej radości. Tym samym, wycofuje się kontaktów z przyjaciółmi i dalszą rodziną, przestaje wychodzić z domu, zamyka się w pokoju, w czterech ścianach. Do tego dochodzą też zaburzenia odżywiania się ale też – zmiana trybu funkcjonowania: zwyczajów związanych ze snem i czuwaniem, bezsenność czy nadmierna senność. Warto być uważnym na te zmienne stany, gdyż w głębokiej depresji obecne mogą być  u młodych osób myśli samobójcze.   

Depresja u nastolatków różni się od tej u dorosłych właśnie okresowymi stanami  drażliwości – kłótliwości, wulgaryzmów, prowokacji. Dorośli częściej zamiast tego, przeżywają smutek. U nastolatka mamy zmieniające się fale – od silnej frustracji poprzez  wybuch gniewu, manifestuje on swoje zagubienie i bezradność. Także samotność i niezrozumienie przez innych.

Warto wiedzieć, że w takim stanie nastolatek zmaga się sam z brakiem poczucia własnej wartości, dlatego też może być ekstremalnie wrażliwy na krytykę, śmiech, ironię - słowem można go dotknąć silniej niż innym zachowaniem.

Nastolatki z depresją są dodatkowo dość męczliwe, często też narzekają na dolegliwości fizyczne – zwłaszcza bólowe: bóle głowy lub bóle brzucha, uogólnione i trudne do potwierdzenia w badaniach fizykalnych – najczęściej nie mają one żadnego medycznego uzasadnienia. 
Nastolatek z depresją cierpi, „boli go życie” ale właśnie dlatego nie zostawiajmy go samemu sobie. Winniśmy towarzyszyć mu, obserwować, być czujnymi - aby nie uciekł nam ważny komunikat – cicha prośba, nieśmiała próba zwrócenia uwagi na siebie…

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Sieci zastawiane na dziecko przez #media

Kiedy naszą pociechę zostawimy bez nadzoru przed telewizorem, świat ten się o niego upomni i zatroszczy... zmieniając jego mózg w szarą, chropowatą gąbkę, chłonącą wszystko - każdy komercyjny produkt, sugestię czy reklamę... Nadal śmieszy nas to, że nawet malutkie dzieci potrafią "odśpiewać czy wyrecytować" jakąś reklamę, zapowiadany produkt czy program... Popisujemy się tym jak nową i bezcenną umiejętnością.
W tym czasie wrażliwość i osobowość naszego dziecka kurczy się, zanika... Pozostaje ono poza więzią i poza relacją z drugim człowiekiem. Jego mały, młody mózg jest niemiłosiernie prany i bity...
Bez refleksji, wątpliwości...
Reszty zniszczenia dokonają gry, filmy i gadżety, jakie zalegają na półkach w dziecięcych pokojach. Zaprzestajemy czytania i opowiadania bajek przed snem naszemu dziecku, zamiast tulenia do snu i pozostawienia z pluszakiem do snu tuli go pozytywka lub kaseta/płyta z muzyką... Przestajemy razem śpiewać i śmiać się podczas wspólnie oglądanych filmów, oglądać zdjęcia wspominając "stare, dobre czasy", na urodziny rodzice z dziećmi spotykają się w wynajętej "sztucznej przestrzeni" w anikino lub innej bawialni - potem może w parku linowym czy podczas painballa...
Uspokajamy siebie i nasze sumienie że "ogarnęliśmy to i owo" i poukładaliśmy milusińskiemu dzień...

A tak naprawdę oddalamy się i to w tempie komety Halleya, od naszych marzeń, snów i wyobrażeń o byciu mamą i tatą, o byciu rodziną. A media zyskują nowy obiekt dla konsumpcjonizmu, będą kusić kolorowym światem atrap i obietnicami szczęścia, zadowolenia i spełnienia, kreować pragnienia "to, czego chcę, co sobie życzę"...
Taki scenariusz może się nie spełnić o ile urwiemy sporo czasu wolnego jego "zjadaczom", pochłaniaczom - komputerowi i odbiornikom telewizyjnym - jeśli spędzimy ze sobą i z bliskimi czas na podróżach, spacerach, rozmowach ale i milcząc - będziemy oglądać świat, słuchać go i podziwiać w jego prostocie i codziennych barwach... W słońcu i w deszczu....

#Rozwód i rozstanie

Prawdziwa miłość, dojrzała jest czymś głębszym niż tylko uczucie jakie żywimy do drugiej osoby. Ulotne, chwilowe, skore do zmiany lub do wygaśnięcia, do przeniesienia na kolejny obiekt.
Miłość ta sprawdzana jest jak stal przez kowala, poddawana obróbce - raz w gorącu ognia, kiedy indziej - lodowatej wodzie emocji. Jakiś totalny maniak kazał jej się zmienia i rozwijać - ale nie - wypalać i odchodzić...

Nawet po śmierci człowieka miłość może trwać i nie pogrzebie jej nikt, nie można jej zamknąć w trumnie z osobą...
Nie na darmo, święty Paweł napisał w 2.Liście do Koryntian o trwałych postawach i cnotach - nadziei, wierze i miłości: "... z nich zaś najmocniejsza i najtrwalsza jest miłość". A teraz właśnie taki Pawłowy jest czas w kalendarzu liturgicznym - wciąż czytania z Dziejów Apostolskich... Taki wierny "odzyskiwaniu formy" i poszukiwaniu nowego, głębszego siebie. Czas trudnych dowodów i braku kompromisów.
Ale życie ludzi, jest tylko realizacją tworzonych przez nich samych scenariuszy. Lepszych lub gorszych... Ich sumy lub ich różnicy...


Dziś rozmawiałam z kobietą, która po blisko pół roku zaczęła dopiero godzić się wewnętrzne ze swoim rozwodem, po 25 latach małżeństwa. Mówiła o tym jako o "nowej sytuacji do jakiej cały czas stara się przywyknąć". I o tym, że czuła się dziwnie gdy po 15 minutach rozprawy, gdy wszystko co było pomiędzy nimi, małżonkami - nagle (- i tu pstryknęła palcami), "ot, tak...", decyzją sądu i za porozumieniem stron - przestało być... "Zniknęło nasze 25 lat", bez szarpaniny... Bez krzyków... I bez świadków, jakich często małżonkowie ciągną za/ze sobą do sądów. Na szczęście też, obyło się bez ofiar - bez dzieci - bo ich nie mają razem...
Decyzją sądu zmienia się "rzeczywistość osób". Zmienia się życie, aktywność i dzień codzienny...

Poddaję się, bo nie wiem jak to można nazwać, gdy ludzie wkładają ręce do kieszeni - odchodząc, nie trzymają się już za dłonie - gdy żegnają się z tym, co było treścią ich codziennych dni właśnie "ot, tak".
Teraz już coś innego przyszło im realizować, ktoś inny, dzień za dniem - w głowie tylko inne jakieś "nic" lub/i pustka. Obawa przed kolejnym związkiem, człowiekiem lub też strach przed nowym niepowodzeniem i wejściem "na poważne" w nową znajomość. Jak przekreślić 25 lat bycia razem jedną decyzją???...

Nie wiem i nie umiałabym tego zrobić...
Mimo że dni w małżeństwie są różne, ale kiedyś dokonując takiej decyzji podtrzymujemy ją i potwierdzamy każdym następnym dniem, każdym działaniem.

W sądzie dzieją się sprawy różne, czasem też - przestają się dziać. Czasem głośno ludzie idą w swoim kierunku, kiedy indziej - rozstają się głośno lub z rozgłosem. Dziwne, że coś "ma się zadziać" tam, gdzie liczą się konkretne działania, podejmowane kroki i fakty... fakty... fakty...  

środa, 15 kwietnia 2015

Rodzice to także my

Dopóki mamy po naście i dwadzieścia kilka lat wciąż nie wierzymy, że już jesteśmy na tyle poważni, starzy i dojrzali by pełnić role rodzicielskie. Rodzice - to nasi opiekunowie. To osoby, którym zmarszczki pokryły znaczną część twarzy, mówiące "innym językiem"...
My młodzi, my młodzi...
Czasem, tak zostaje nam na całe życie, że człowiek nie bierze na siebie trosk, ciężaru i odpowiedzialności za wychowanie, utrzymanie, opiekę... Podrzucamy nasze dzieci innym, jak "grona gniewu" lub jak kukułcze jaja.
Taki "młodziak" i "świeżak" w roli rodzica nie decyduje, nie mówi "tak - nie", nie trzyma się planu i reguł, stawiając na spontaniczne sytuacje i adaptowanie się do - danej tylko - chwili.
Brak nam cierpliwości i konsekwencji. Jeśli mamy pretensje, to nie do siebie. Szukamy usprawiedliwienia, luki, słabości...

Gdybyśmy pozwolili sobie na zachowanie grożące nam przypadkowym ukazaniem naszych słabości, delikatnym i pozornym odsłonięciem, nie darowalibyśmy sobie tego. Zgrzytanie zębów, złość na siebie, strach przed kompromitacją... i delikatna schiza.
W dzisiejszym świecie trudno o odpowiedzi na pytania, jakich nie zadajemy - lub zadajemy je bardzo rzadko...
Oddajmy sprawiedliwość czasom, w jakich przyszło nam żyć. Duże z nas dzieci, warto dostrzec to, i...  pora dorosnąć do roli jaką pełnimy.
Teraz, albo już nigdy...

Dziecko w sieci

Dziecko uwikłane, zamknięte w szkle, w ekranie...
Kubistyczna forma, brak życia ale aktywność - elektryczne impulsy, połączenie mózgów za pośrednictwem kabli.
Dziecko czy młody człowiek ubrany w czerń, depresyjny i pusty w środku, to ten sam mały potomek który wpadł wcześniej w sieciowe pułapki.
Każdemu z nas zdarzyło się dłużej posiedzieć przy komputerze, a to poszukiwania w sklepach internetowych podczas świątecznych zakupów, a to ubiór, jaki upatrzyliśmy sobie w sieciowym sklepie, i kopiemy w sieci by odszukać okazję życia... A to książka lub płyta ciężka do zlokalizowania w realu. A dzieciak już widzi i upomina nas...
Czasem zaległa praca przyniesiona do domu, szef nie ma litości... lub też drugie zajęcie, dziecko nas zlokalizowało raz kolejny - i zapamiętało w takiej aktywności. Zostaliśmy przyłapani...

Dziecko oddaje się tej aktywności całkowicie, nawet gdy efekt boli, gdy krzywdzone jest w sieci, kiedy inni pastwią się nad nim i pozytywnie go nie określają...
Gra lub buduje sojusze, zdobywa punkty lub przyczółki gdzieś podczas wojen, atakuje całe królestwa. Ma profil - o jaki go nie podejrzewamy. Jego "ja-wirtualne" ma się nijak do obrazu jaki znamy z codziennych rozmów i wspólnych posiłków... Oddalony, obcy - jak pasażer Nostromo, inny, niepospolity lub też - skrajnie trudny i pokręcony.
Ofiara - na własne życzenie, ofiara sieci i snapchatu, a gdzie byliśmy my??? Gdzie jego obrońcy i rycerze, my śpimy, 100 lat za nim, wyprzedzeni, rozgromieni, znieczuleni i odlegli. Za ścianą... Z mylnym, wewnętrznym przekonaniem, że robimy tyle, ile należy i to, co należało zrobić... Ojjj, szok. Uśpieni w czujności i tylko tyle...

środa, 11 marca 2015

Dziecko podwójnie ukarane

Wstrząsnął mną program wyświetlany w ubiegłym tygodniu w dwójkowym "Ekspresie Reporterów" poświęcony niespełna dwuletniej dziewczynce skazanej już i tak przez życie na pobyt w Domu Dziecka, skazanej tym samym już na gorszy start, pustkę emocjonalną wokół z uzależnioną matka z doskoku. Dziewczynce - przez dwa tygodnie pozostawionej "samej sobie" w podmiejskim szpitalu...
Dosłownie zostawionej w wydzielinach własnego ciała, "pampersowanej" raz dziennie, na której płacz wyrażający ból i potrzebę zainteresowania, kontaktu już nikt z personelu nie reagował. Gdyby nie zdjęcia wykonane przez matki odwiedzające własne pociechy, przebierające dziecko, troszczące się w elementarny sposób - bo spokoju im nie dawał szloch sieroty - cała społeczność żyłaby chyba w uśpieniu i samozadowoleniu. Miałaby się dobrze - łącznie z opiekunami z placówki. Matka też "miałaby się dobrze" odwiedzając dziecko po godzinie lub pół dziennie - i tak, przecież, niewydolna wychowawczo...
Dziecko...
Jak każde, jak nasze... W pewnym momencie też już zamilkło, nie upominało się o siebie. Chyba samo zrozumiało, że jego płacz i wołanie - nie przynosi  żadnej zmiany...
Jak twierdziły siostry - "nie artykułowała swoich potrzeb".

I tak rodzi się poczucie bezradności...
Braku wpływu na własne życie i osamotnienia, to znaczy właśnie - "być sierotą".

Ciut jest nadziei w epilogu, urzędnicy poruszeni tragedią i zdjęciami wykonanymi na miejscu, w szpitalu - zbadali sprawę, dokonali interwencji. Matka ma szansę walczyć o dziecko. Ale czy cierpienie, odparzenia, leżenie we własnym moczu i kale przez długie godziny i skamlenie już, bo nie wołanie o obecność jeszcze w tym miejscu porusza. Czy coś w ludziach się zmienia, czy też zachowujemy się, jakby pobrano nam najważniejsze organy - serce i mózg...
Dziecko, jest najważniejsze, przy nim wszystko schodzi na dalszy plan.
Dziecko, które osierocił cały świat i życie, ma jeszcze mniej szans na zatrzymanie przy sobie człowieka z jego miłością i troską, ma o wiele trudniejszy start i dopóki nie zgaśnie w nim nadzieja, to przynajmniej te oczy, będą wypatrywały osoby przechodzącej obok.
Właśnie - tak pełne - nadziei....

 

wtorek, 3 marca 2015

Zachować w sobie dziecko

W normalnym trybie dziecko jakie z nas wychodzi, jego zachowanie czy niesforność przeszkadzają i nam, i otoczeniu... Mówi się "nie rób z siebie dziecka", "zachowujesz się jak dziecko", "ale z ciebie dzieciak"... Czy też "kiedy z tego wyrośniesz...", "zaczniesz zachowywać się"... Bardziej boli gdy staramy się dotknąć rozmówcę i szybko zamknąć mu usta lub umniejszyć argumenty - "ryby i dzieci głosu nie mają"... "w twoim wieku to nie przystoi!!!"...
Karcimy siebie i innych za słabości, jakie wynikają z naszej natury częścią której pozostaje ten mały człowiek, nasze wczesne wspomnienia, doświadczenia, emocje przeżywane w dzieciństwie. Wcale nie znaczy - że tylko przyjemne.
Bycie dzieckiem to spontaniczność, naturalność, to emocje... to twórczość i kreatywność, jaką jesteśmy w stanie przywołać. Ale też - cały świat okaleczeń i trudnych wspomnień, czasem odrzucenia, opuszczenia, poniżania czy krzywdzenia jaki kiedyś był naszym udziałem. Zepchnięcia na margines... oddalania właśnie po to, by cierpieć ponad miarę.
Dziecko ratuje nas z opresji, bo przywraca częściowo nasze przeżycia, możemy się do nich odnieść pomagając komuś, angażując się w związek, częściowo - empatyczni czy tolerancyjni na trudne zachowanie.

Niektórzy, całe życie pozostają dziećmi.
Utkwili w dzieciństwie jak w pajęczej sieci, jak w pułapce. I tam tkwią...
Cierpią, czekają, trwają w wierze i niewierze oraz w zwątpieniu, że tym razem ktoś chyba już ręki im nie poda lub nie zdąży...
Mimo wszystko, mimo wszystko trzeba... Trzeba czekać, trzeba wierzyć, czasem prosić o obecność.
Nie uciekać od prawdy i od rzeczywistości po to, aby nie pozostać samemu z cierpieniem i ze sobą samym, na dłużej...  

czwartek, 26 lutego 2015

Rodzina i kruche emocje

Rodzina??? Nieznana.
Nieznana im, choć mieszkają razem. Nikt nie jest ciekawy nikogo. Nudzi się w obliczu otwartych wyznań. Chowa w sobie niepewność, trudności. Skamle o uwagę a potem odrzuca, bo przyjąć jej nie umie, nie potrafi, boi się...

Czy potrafimy nie krzywdzić się wzajemnie i szanować emocje jakie rodzą się w nas. Czy uczymy tego bliskich. Czy wreszcie poza emocjami budujemy nasze postawy??? Nasze życie jest nieustannym poligonem ale też ziemią jaką użyźniamy codziennie, marząc, że nasza praca przyniesie dobry, cenny owoc... Wyjątkowy i drogocenny.
Że podzielimy się nim z innymi, że wzbudzimy zachwyt...

Czasem nawet zdaje się nam, że emanujemy szczęściem. Udaje się nam dobrze przeżyć dzień i to nas cieszy niezwykle. Mamy siłę i ochotę na jeszcze, na powtórzenie tego...
Kiedy indziej - nie zwracamy uwagi na siebie, nie dlatego, że jej nie potrzebujemy.
W domu, w rodzinie, w małżeństwie jesteśmy nieciekawi siebie. Zamykamy nie tylko oczy ale i serce na drugiego - męczy nas i nudzi, nie wpisuje się w wyobrażenie.
Nieuważni, niedelikatni.
Odrzucamy - bo tak prościej i łatwiej. A czasem z powodu głęboko tkwiącego w nas egoizmu, w odczuciu osobistego zagrożenia. Boimy się odkrywania siebie, jakby groziło to katastrofą naszej integralności.

Może nikt wcześniej z nami tak nie postępował. Nie otaczał ciepłem, opieką, nie ofiarował
i nie nauczył "bycia blisko".
A może szybko przekonaliśmy się sami, że to tylko pozory i gra.
Ale życie to nie jest gra... Prawda??? Ono jest jednorazowe. Dane jest nam raz na zawsze
i tylko nam. Reflektujmy więc i sprawdzajmy wszystkie możliwości tak, by na końcu nie żałować, że nie zrobiliśmy tego, co w głębi serca uważaliśmy za słuszne...  

Gruba kreska

Odcięcie się od krzywdzącej rzeczywistości, od tego, co dom... co inni zrobili nam...
Tak często mówią młodzi, "chciałbym", "potrzebuję"... "Pragnę" aby zacząć żyć inaczej, świadomie, samodzielnie, bez ciągłego wracania i tarzania się w tym, do czego już nie możemy odwrócić, zaprzeczyć temu i wpłynąć na zmianę rzeczywistości lub przeszłości...

Wielu żyje w poczuciu krzywdy i dramatu - odrzucenia, deprywacji potrzeb, skandalicznego poniżania. Braku wiary w możliwości, wyśmiewania prób, ironizowania planów...
Zbyt młode matki miały kiedyś i teraz, mają dzieci, a nie odniosły się jeszcze (nie zdążyły) do siebie i swoich potrzeb, marzeń, planów. I nagle dane im jest błądzić i kraść drogę życia innych - swoich dzieci...

Odrzucone dziewczyny, młode kobiety, skreślone na starcie... O niewykształconej jeszcze autonomii - pozbawiane złudzeń, "snów o potędze" i marzeń. Nie, nie w kulturze islamskiej, nie tylko na zachodzie Europy -  lecz tu, w kraju, obok nas...
Traktowane inaczej. Zaprzecza się ich potrzebom, wyśmiewa marzenia. Trywializuje plany i zamierzenia. Nazywa je złudzeniami.

Pozwala im się żyć, lecz nie wierzyć. Nie uwierzyć w siebie... Nie rozwijać skrzydeł. łamie im się zawiązki skrzydeł chętnie i nieodwracalnie.


Dziecko, które się nudzi... "Mamo, nic mnie nie stymuluje..."

Dziecko które się nudzi... odrzucone, smutne, samotne. O małej wyobraźni i symbolicznych, niewielkich zainteresowaniach. Porzucone...
Nie tylko zabawki elektroniczne i gadżety, przedmioty powszechnego uwielbienia "rangujące" dziecko w hierarchii młodzieży (rówieśników). Dziecko czeka na coś innego. Na uwagę kogoś innego. Na miłość, zauważenie, na obecność człowieka.
Każdy przedmiot w pewnym momencie nudzi się, powszednieje. Zastępuje go inny, i tak za każdym razem. Czy chcemy nauczyć takiego "zastępowania" przez niego osób???
Takiej uważności na człowieka, która odziera ze złudzeń. 
Przeliczania i otwierania portfela a nie serca. Sprawdzania stanu konta...

To człowiek dla człowieka winien być wartością i jego obecność, jego czas oraz uważne słuchanie, zrozumienie, akceptacja dla naszych skrajnie różnych stanów emocjonalnych. 
Nie głód wrażeń i przeżyć. Nie elektroniczna stymulacja grami i filmami. Papka. Słodka jak papaja - a nie, wytrawny, wysokiej klasy dżem z dyni z domieszką goździków...

Mój mąż często powtarza, że powoli kończą się te czasy gdy przy jednym stole, na wyjeździe, na wakacjach czy na podwórku spotykają się dzieci i tych, którzy mają bardzo trudną sytuację materialną i ci "dziani" i zaradni, dzieci z innych, bogatych kast. Spotyka się i przyjaźni margines, wykluczeni - biedni - oraz osoby ze skrajnie innej rzeczywistości u których każdy wydatek jest akceptowalny, dobry, satysfakcjonujący...
Prawda walczy o swoje racje. Czas nas sprawdza...
Społeczeństwo zdaje swoisty egzamin z lojalności i prawdy swoich uczuć.
Egzamin z racji "na człowieka" a nie zabawkę. Nie na wrażenie i emocję, która tylko chwilę trwa i zniknie, nim rozpocznie się nowy, pogodny dzień.

Ostatnie momenty, gdy liczy się człowiek. Związki pomiędzy ludźmi. Ich trwałość, sprawdzalność. Wierność w przyjaźni, braterskość, oddanie...
  

poniedziałek, 9 lutego 2015

Jeść ekologicznie

Czy wychowanie może być ekologiczne, nie tylko modne i na czasie, ale w pełnej równowadze i ze zdrowiem w tle??? W zgodzie z naturą i z jej towarzyszeniem???
Chętnie ciągniemy nasze dzieciaki w każdy zakątek świata, w upale i deszczu zwiedzamy cuda natury, dbamy - aby nie zostawiać w górach śmieci, odpadków i butelek po sobie, nie karmić lisów - no chyba tylko wiewiórki. Pochylamy się nad rzadkimi gatunkami, endemity obchodzimy bosą stopą z szacunkiem.
I jeszcze tylko to myślenie... 
Zostawić po sobie coś dla innych.

Do tego, trzeba by dodać - uczenie chodzenia z siatką czy płócienną torbą na zakupy - zamiast reklamówek, uczenie by zamykać kran gdy szorujemy z dbałością zęby, uczyć recyclingu i w szkole i w domu, i w przedszkolu już - z makulatury, plastiku a i innych zbiorów - jak szkło, da się zrobić użytek. To te produkty, które mogą posłużyć wiele razy.

Każdy eko-człowiek sprowadza filozofię do pokarmu... Jestem tym, co jem, do eko-produktów, orzechów brazylijskich zamiast proszku - do innej jakości w żywieniu, głębszej filozofii.
A tu, u nas w domach... Czasem na talerzu warto zmienić kolory, proporcje, zaakcentować dany smak, walor i kolor - po prostu. Czy to jest z eko-farmy czy ze społeczności dzielącej się dobrymi i pewnymi wyrobami???
Od zaprzyjaźnionego rolnika czy babci i cioci... Czasem warto soki i warzywa oswoić z naszą pociechą.
Poza tym pokazać jak wyciskamy sok i robimy powidła, to nie grzech. Nawet jak uda nam się spalić przy tym garnek, nie tracimy nic na autorytecie, smaczniej jest zjeść pajdę chleba z własnym dżemem, gdy owoce zbieraliśmy u babci na działce sami. Wiemy co i dlaczego tak pachnie, smakuje...

Dzieci okrywają z nami smak zapachów i barw, zobaczą i skosztują też miejsca, które mamy szansę zachować i dla innych. Nie zapominajmy, że planeta robi się ciasna i że to my zarzucamy ją naszymi odpadkami i śmieciami. Wygląda i pachnie dzięki nam - nieciekawie.

Wbić się i pojechać wszędzie, to nasz cel i marzenie. Ale zaraz przyjdzie taki moment, że nie zostanie już nic zadeptanego, zepsutego, zniszczonego, zaznaczonego naszą ręką... Odciskając ślady, róbmy mniej szkody. Zwierzaki, będą nam bardzo wdzięczne jeśli ocalimy i ich i nasz świat, choć troszeczkę... 

Ciche dni

W relacji pomiędzy dwojgiem ludzi bywa różnie. Czasem nie wystarcza nam sił i pasji aby trwać przy sobie, aby się wspierać i walczyć przy sobie. Koncentrujemy się na walce ze sobą, często też - wbrew sobie. Co innego podpowiada nam logika, co innego - serce...
W naszej rzeczywistości wielu ludzi odpuszcza sobie związki, relacje. Nie wkłada wysiłku w ich podtrzymanie, odbudowę. Tak jak łatwiej nam zastąpić stary telewizor czy meble w kuchni nowymi, tak staramy się zrobić i ze związkami z ludźmi.
Zerwać, oddalić, odsunąć - często zniechęcić.
Przedsmak stanowią "ciche dni", trudne do zniesienia milczenie, kłopotliwe sytuacje gdy pod jednym dachem mijamy się bez słowa. Nie kończymy wypowiedzi, tylko czynimy jakieś obojętne gesty. Potem mijamy się nawet przy posiłkach, przy stole. Chcielibyśmy może by druga strona nas rozumiała, pojęła intencje, ale nie wytłumaczymy za skarby o co nam chodzi...

W zawieszeniu, cierpiący - ale z zadartą bródką w górę...
Pojęcie wygranej, nie pasuje tu... Tyle tylko, że nie oddajemy pola.
Wściekle zajadli, pewni swego, dumni z pełnego uzbrojenia i gotowości do starcia w każdym momencie...

Życie podtrzymuje w nas tę fikcję, że nie pracuje się z meblem czy rzeczą uszkodzoną, zepsutą... przestaje się człowiek przywiązywać do czegokolwiek i kogokolwiek. Oddaje pola... Z czasem odchodzi, oddala się. Szuka zamienników lub uzupełnienia gdzieś poza związkiem.
Czy gonimy marzenia??? Chyba nie, raczej - podtrzymujemy ogień pod złudzeniami. Złudzenie zasłania nam z czasem pole widzenia i odbiera pole manewru.
A milczenie, suchość w emocjach, sztywność, pustka i brak słów codziennych - trwa.

piątek, 6 lutego 2015

Takie buty

Czasem wydaje nam się, że nie pasujemy do aktualnej rzeczywistości, do czasów w jakich żyjemy. Że córka czy syn są kosmitami i wysysają z nas nie tylko pieniądze, ale wszystkie siły, radość, spontaniczność, gaszą entuzjazm, przynoszą ujmę...
Padamy na twarz by istocie swej zabezpieczyć wszystko i jeszcze więcej, a potem co? Brak wdzięczności, traktowanie tego jak oczywistość. Ależ jasne - że tak... Po to żyjemy... Dla nich, dla niej, to jego prowadzimy, przez świat i życie, w sukces, odzianego w splendor, spektakularne sukcesy. Jak mawia się o niektórych - "złote dziecko" nam rośnie... warte wszystkiego...

A my??? A nasze potrzeby, nasza codzienność i marzenia jakie nadal mamy i którym hołdujemy. Dlaczego zakopujemy je tak głęboko, by nie mieć do nich dostępu??? Czemu skrywamy emocje? Mówimy, nie ważne - nie ważne to, co ja i mnie, dla mnie, we mnie...

Bez nas, nie ma was. Bez naszej samorealizacji - nie istnieją nasze dzieci.
Jedynie brak satysfakcji i cierpienie.
A gdyby tak proporcjonalnie - przynajmniej - zadbać o obie strony. Dojść do połowy drogi, spotkać się tam, odkryć na nowo. Każde z nas jest warte realizacji marzeń, pragnień, tak jak wypoczynku, odrobiny luksusu, szaleństwa czy ekstrawagancji.

Jeśli zapomnimy o sobie, zapomnijmy, że z cudzego szczęścia uda nam się uszczknąć cokolwiek...
To tylko ułuda...

Odseparować się od siebie

Stwarzamy sytuacje z których nie można wyjść, uciec. Wikłamy się w zależności oraz smutne związki. Rozstania są bolesne ale przede wszystkim długotrwałe...
Znam teraz jedną rodzinę - w której ojciec i matka walczą o uwagę i obecność w życiu dwójki swoich dzieci dosłownie wyrywając je sobie. Każdego dnia. Oboje przez 4 dni w tygodniu mają do nich w trakcie kilku godzin spotkań prawa. Wyjścia i dodatkowe uroczystości w szkole - burzą ten i tak, nietrwały porządek. Kłótnie są codziennie, przy dzieciach także. Patrzą zdziwione, zlęknione jak wygląda świat dorosłych. Dwóch synów skażonych nienawiścią i gniewem dwójki dorosłych. Czasem ogarnięci rozpaczą, smutkiem i we łzach - kiedy indziej, chłodni i obojetni. Bezsilni.

Świat dorosłych jest dla nich krainą abstrakcji. Jest trudny i nieprzewidywalny. Do tego też niesprawiedliwy, mocno okrutny. Nie ma w nim nic stałego, codziennie można spodziewać się kary, krzyku lub fochów ze strony walczących dorosłych...
Nie mówię już o tym, że w spór zostają wciągnięci i zaangażowani nauczyciele, wychowawcy, panie ze świetlicy - wszyscy na drodze takich osób. Winni są nawet ci, którzy nie przyłożyli ręki do wymiany zdań czy bojów o dziecko. Coś powiedzieli, skomentowali, napisali, spojrzeli może nie tak...

  
Pod płaszczykiem miłości, ktoś psuje dziecięce serca - jak zabawkę, jak pozytywkę...
Jakim prawem??? Prawem silniejszego, i odnoszę wrażenie - właściciela - a nie, matki czy ojca.