środa, 11 marca 2015

Dziecko podwójnie ukarane

Wstrząsnął mną program wyświetlany w ubiegłym tygodniu w dwójkowym "Ekspresie Reporterów" poświęcony niespełna dwuletniej dziewczynce skazanej już i tak przez życie na pobyt w Domu Dziecka, skazanej tym samym już na gorszy start, pustkę emocjonalną wokół z uzależnioną matka z doskoku. Dziewczynce - przez dwa tygodnie pozostawionej "samej sobie" w podmiejskim szpitalu...
Dosłownie zostawionej w wydzielinach własnego ciała, "pampersowanej" raz dziennie, na której płacz wyrażający ból i potrzebę zainteresowania, kontaktu już nikt z personelu nie reagował. Gdyby nie zdjęcia wykonane przez matki odwiedzające własne pociechy, przebierające dziecko, troszczące się w elementarny sposób - bo spokoju im nie dawał szloch sieroty - cała społeczność żyłaby chyba w uśpieniu i samozadowoleniu. Miałaby się dobrze - łącznie z opiekunami z placówki. Matka też "miałaby się dobrze" odwiedzając dziecko po godzinie lub pół dziennie - i tak, przecież, niewydolna wychowawczo...
Dziecko...
Jak każde, jak nasze... W pewnym momencie też już zamilkło, nie upominało się o siebie. Chyba samo zrozumiało, że jego płacz i wołanie - nie przynosi  żadnej zmiany...
Jak twierdziły siostry - "nie artykułowała swoich potrzeb".

I tak rodzi się poczucie bezradności...
Braku wpływu na własne życie i osamotnienia, to znaczy właśnie - "być sierotą".

Ciut jest nadziei w epilogu, urzędnicy poruszeni tragedią i zdjęciami wykonanymi na miejscu, w szpitalu - zbadali sprawę, dokonali interwencji. Matka ma szansę walczyć o dziecko. Ale czy cierpienie, odparzenia, leżenie we własnym moczu i kale przez długie godziny i skamlenie już, bo nie wołanie o obecność jeszcze w tym miejscu porusza. Czy coś w ludziach się zmienia, czy też zachowujemy się, jakby pobrano nam najważniejsze organy - serce i mózg...
Dziecko, jest najważniejsze, przy nim wszystko schodzi na dalszy plan.
Dziecko, które osierocił cały świat i życie, ma jeszcze mniej szans na zatrzymanie przy sobie człowieka z jego miłością i troską, ma o wiele trudniejszy start i dopóki nie zgaśnie w nim nadzieja, to przynajmniej te oczy, będą wypatrywały osoby przechodzącej obok.
Właśnie - tak pełne - nadziei....

 

wtorek, 3 marca 2015

Zachować w sobie dziecko

W normalnym trybie dziecko jakie z nas wychodzi, jego zachowanie czy niesforność przeszkadzają i nam, i otoczeniu... Mówi się "nie rób z siebie dziecka", "zachowujesz się jak dziecko", "ale z ciebie dzieciak"... Czy też "kiedy z tego wyrośniesz...", "zaczniesz zachowywać się"... Bardziej boli gdy staramy się dotknąć rozmówcę i szybko zamknąć mu usta lub umniejszyć argumenty - "ryby i dzieci głosu nie mają"... "w twoim wieku to nie przystoi!!!"...
Karcimy siebie i innych za słabości, jakie wynikają z naszej natury częścią której pozostaje ten mały człowiek, nasze wczesne wspomnienia, doświadczenia, emocje przeżywane w dzieciństwie. Wcale nie znaczy - że tylko przyjemne.
Bycie dzieckiem to spontaniczność, naturalność, to emocje... to twórczość i kreatywność, jaką jesteśmy w stanie przywołać. Ale też - cały świat okaleczeń i trudnych wspomnień, czasem odrzucenia, opuszczenia, poniżania czy krzywdzenia jaki kiedyś był naszym udziałem. Zepchnięcia na margines... oddalania właśnie po to, by cierpieć ponad miarę.
Dziecko ratuje nas z opresji, bo przywraca częściowo nasze przeżycia, możemy się do nich odnieść pomagając komuś, angażując się w związek, częściowo - empatyczni czy tolerancyjni na trudne zachowanie.

Niektórzy, całe życie pozostają dziećmi.
Utkwili w dzieciństwie jak w pajęczej sieci, jak w pułapce. I tam tkwią...
Cierpią, czekają, trwają w wierze i niewierze oraz w zwątpieniu, że tym razem ktoś chyba już ręki im nie poda lub nie zdąży...
Mimo wszystko, mimo wszystko trzeba... Trzeba czekać, trzeba wierzyć, czasem prosić o obecność.
Nie uciekać od prawdy i od rzeczywistości po to, aby nie pozostać samemu z cierpieniem i ze sobą samym, na dłużej...