środa, 12 czerwca 2019

Totalna miłość matki

Podobno matki potrafią kochać totalnie.
Całą sobą, od stóp do głowy...
Całe wrastają w tę miłość, ogarniają ją nie tylko osobę ale jej rzeczywistość, otoczenie i świat....
Kiedy matka daje szansę, daje ją kolejny raz i jeszcze jedną - na zapas... deklaruje, owszem, że nie wytrzyma tego znów i jeszcze jeden raz - ale też kolejny raz otwiera się na możliwość zmiany... Jej serce i nadzieja rosną raczej, niż maleją... 
Tak wielka jest radość gdy cierpliwość, ofiarowany czas i gorąca miłość zostaje nagrodzona.

Podobnie jest ze stratą, śmiercią i jej przeżywaniem...


ikona św. Moniki
Matki św. Augustyna - biskupa Hippony, filozofa, myśliciela i autora "Wyznań" 

Gdy ktoś bliski jej sercu umiera, gdy matka traci swe dziecko, umiera też jej fragment serca. Nie całe, bo jeszcze tak wiele jest do ukochania, do zaopiekowania się - do wykonania.

Przez jakiś czas nie czuje nic, potem jest bólem. Kiedy matka załamuje się, jest w rozpaczy i trafia w pustkę - jest bólem całą sobą - ten ból rośnie aż w niebo. A z nią całe niebo płacze deszczem... 

Matki są więc potrzebne i po to, by nas grzało słońce miłości i świeciło nad całym światem ale też po to, by mógł spaść deszcz - przepełniony i zasilany łzami matek. 

Bez matek więc ani nie ma życia, ani pogody - ani niepogody. 
Ani ciepła nie ma - ani chłodu po ich odejściu. 

Warto być matką, dla takich wszelkich chwil... na wszelki i na każdy ludzki przypadek...

Kochajcie swoje mamy, warto dodawać im sił... nie szczędźcie słów i czasu swoim mamom.... Trzeba też by i one usłyszały zwielokrotnione: kocham cię!!! 
Tak codziennie, tak po prostu...


(z okazji dnia Matki, i nie tylko z tej okazji.... 26.05.2019 r.)  

Małe kłopoty i drobne wyrzeczenia

Małe wyrzeczenia... Kłopoty. Potknięcia. Co ze sobą niosą i tak właściwie - po co nam one?
Ano przychodzi taki czas, gdy wreszcie je doceniamy... 

Uczymy się planować i jak wydatkować energię nie spalając się całkiem i do końca.
Dzięki tym małym krokom i znoszonym cierpliwie wyrzeczeniom, stajemy się inni... 
Lepsi. Mocniejsi... 

Potrafimy więcej z siebie dać, wykrzesać zapas energii i sił... 

Stajemy się bardziej cierpliwi, pracowici i oddani naszemu zajęciu lub zadaniu przydzielonemu nam przez innych...

One to, te "małe wyrzeczenia" - pokazują nam wszelkie możliwe scenariusze. Oswajają i przyzwyczajają do etapu wionącego nudą i codziennością, powtarzalnością i znojem. 

Pozwalają je wszystkie przeczekać. Zahibernować się czasem... Trwać.
Możliwy i prawdopodobny czas, wysiłek i praca. 

One przygotowują nas na to, co trudniejsze... Na bardziej wymagające chwile, złe oceny, wyśmiewanie czy krytykę ze strony innych... Uczą też, jak żyć i postępować wobec siebie i innych, by zachować godność i spokój. By ostatecznie wygrało człowieczeństwo, a nie tylko chęć, potrzeba i pragnienie... Nie liczył się jedynie wewnętrzny pęd i przymus jednostki...
Okazuje się też z czasem, co dla nas jest ważne, co istotne a co wreszcie z korzyścią dla dalszego rozwoju.

I nie zawsze jest to wygrana, sukces, spektakularna radość z dojścia do celu... Częściej - o sukcesie stanowi fakt przezwyciężenia trudności lub godnego trwania, mimo przeszkód. 


Ta trudność, wielokrotnie też - mała przegrana - uczy nas pokory.
Uczy nas tego, że warto nadal walczyć i rozwijać się. Że nie ma niczego za darmo, że pracujemy na wszystko. Że nie każdą rzecz - stanowisko, miejsce, nagrodę, wartościowy przedmiot, symbole czy idee - można kupić. Jedynie kupić... 

Zamieniając wszystko i sprowadzając do pieniądza, jego siły nabywczej, lądujemy w ślepym zaułku... Bo czasem trzeba dłużej na nagrodę pracować lub - całe życie - czekać na nią. Umiera się ubogim czy mało znanym.

Najistotniejsze staje się to, że te "wyrzeczenia", cierpienia i troski, prośby i westchnienia - trud i pot, wszystkie one poszerzają nasze granice: wytrzymałości, tolerancji, wzmacniają, utrwalają opanowanie i spokój wewnętrzny. Uczą nas odpowiedzialności i tego, że to my mamy wpływ na wszystko - przestajemy być totalnie zewnątrz-sterowni... zależni... 
A co za tym idzie przestajemy być jedynie ulegli, połamani i złamani (duchem i ciałem), złamani na duchu.

Dzięki pracy nas sobą - otwieramy oczy... Nie jesteśmy ślepcami i niewolnikami.

My nie tylko uczymy się godzić z rzeczywistością na jaką nie mamy wielkiego wpływu. 

My zaczynamy rozumieć - i ją, i siebie samych, i drugiego człowieka. 
To, jak bardzo na siebie nawzajem wpływamy, jak jesteśmy od siebie zależni. 
Jak wielka jest rola bieżącej współpracy... Uczymy się tego, jak wiele dla siebie znaczymy, co możemy zrobić jeszcze... Co poprawić, co udoskonalić. 
I co zrobić lepiej, co razem tworzyć warto: czyniąc więcej dobra i mądrzejsze sprawy dla innych - każdego nowego dnia.