wtorek, 25 kwietnia 2017

Zawiść i smutek rujnuje życie

Zawiść i smutek jest jak jad...
Zatruwa nas od środka. Nie mam czegoś lub brak mi, nie dostałem - nie tylko rzeczy, przedmiotu, ale uczucia, ciepła, poczucia bezpieczeństwa. To odpowiedź na deficyt uwagi, uważności, zainteresowania mną... Na niepoświęcanie mi czasu i energii, brak pochwały i innych wzmocnień pozytywnych, wiary we mnie - że jestem ważny, że dam radę, że wytrzymam, że poradzę sobie z trudnością, rozwiążę problem -  
Może kiedyś, stanę się samodzielny i szczęśliwy, a nie smutny i zależny...

Stajemy dziś w rodzinach, w wychowaniu młodego pokolenia nie tylko przed problemem braku czasu. Zagonienie, czas poświęcany pracy i rozwojowi osobistemu, realizacji zainteresowań własnych, eksplorowania i badania - ponad miarę siebie i świata dookoła nas...
Niszczymy nie tylko planetę ale i relacje ludzkie...

Ale czy nie bardziej jest to problem braku miłości i otwartości... Ciekawości drugiego człowieka i zdolności do poświęcania się mu, oddawania tego, co otrzymaliśmy wcześniej, wdzięczności innym za coś, co byli w stanie nam dać i czego nas nauczyć???

Ratujmy kruchą równowagę, bez niej niezwykle trudno żyć, trudno też ocenić perspektywę działań własnych i innych ludzi, nawet tych z największą wiedzą, przygotowaniem czy doświadczeniem zawodowym, technicznym, każdym innym...
 
Z tym nastawieniem jest i będzie nam trudno uwierzyć w to, co jest daleko - poza nami. W kruchość życia, kruchość naszej historii, ciała i kosmosu jaki nas otacza. Niepowtarzalność tej planety, naszego ekosystemu, naszej rodziny - niepowtarzalność więzi i związków z ludźmi... 

Nie my jesteśmy pępkiem świata... z pewnością - nie ja, nie ty...  

Nowalijki

Moje dziecko blisko 20sto letnie zadało mi pytanie z gatunku "powiało grozą". Mamo, mianowicie, coście wy przez ostatnie lata jej do głowy wkładali... Ano pytanie brzmiało: "Co to są nowalijki, o których wszędzie dookoła słyszę..."
Zdębiałam. Może faktycznie zbyt mało rozmawiam z dziećmi. No to akurat chyba jest mało możliwe, mówię i to czasem zbyt wiele... 
Może nie jasno mówię. Może to archaizm. Obca mowa. Dziwne słowa... Może używamy aż nadto obcobrzmiących słów. Choć dla mnie, to raczej abstrakcja - po tylu latach dochodzę do wniosku, że używałam innego, może niewłaściwego słowa na określenie tego, co zdrowsze po zimie, 6-miesięcznym okresie oczekiwania na słońce i życie, a co - wyraźnie odcina się od tej odchodzącej pory roku... I może na to, co świeże i zielone, zabrakło mi już innych określeń. A może zapominam, nie nauczyłam takich słów. Nie wyjaśniłam... 
Czy to te powody???

Zaskoczyła mnie tak, iż zaniemówiłam... potem już tylko śmiałam się z siebie i nie wierzyłam w to, że nigdy przy dziecku nie mówiłam o pierwszych, świeżych "warzywkach" nowalijki... No może nieprecyzyjnie, nie tylko wtedy, gdy wysyłałam ją do sklepu - kiosku z zieleninką... Po tzw. cokolwiek "zielonego".
Ale gdy sadziłyśmy w doniczce, w ziemi cebulę i końcówki korzenia białej piertuchy... Gdy w ostatnich latach wysiewamy kiełki. Moczymy różne ich nasiona, by puściły pierwsze korzonki i listki...  Gdy kochamy same pożerać świeżą rzeżuchę do serka białego... Gdy sama przecież sieję proso naszego ptaka, bo barwi świat ale i jajko wielkanocne na zielono... 
Po prostu mnie mocno dziewczyna moja "zadziwiła".

Gdy teraz myślę o tej rozmowie, śmiesznej wymianie i grze słów... O warzywie, które jednak dwuznacznie trochę brzmi - dostrzegam przecież jak sama miksuje owoce lub miesza je w ciekawych zestawach kolorystycznych, jak codziennie wchłania mieszankę gotowych sałat - dorzucając to, co kolorowe i zakupione i co niesie w sobie bogactwo karotenu, jak przecież chętnie nawet surowe plastry buraka czy marchwi chrupie. Jemy to, używamy tego, wiemy ze zdrowe... tylko ta nazwa.

Nowe...
Nowe i delikatne, takie - pierwsze życie dla tkanek i ożywienie dla skóry i krwi. To co jest od zawsze a tylko brzmi ekscentrycznie czy też może zbyt podręcznikowo, zbyt tajemniczo - "jak z przepisu" czy też światowo, co ma nazwę nieprzystającą do kolorowej w jednym odcieniu zieleni treści właściwie naci... Czasem tylko - czerwonych kulek rzodkiewki czy młodej kalarepki...   

Muszę się z tego śmiać, zażartować, choć wiem że zdrowe, ale w tej rozmowie - i nasz śmiech oraz to zdziwienie dziecka także było zdrowe, zaskakujące - i takie jak nasze dialogi na cztery nogi - ożywcze... 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Śmierć: pożegnać, pogrzebać

O dramacie rodzących się i umierających zaraz dzieci, pożegnaniu się z odchodzącymi maluszkami ale też jak ciężko o tym mówić i wreszcie - jak długo się pamięta, każdy z nas trochę wie. A to w rodzinie  ktoś miał takie doświadczenie, a to ktoś bliski opowiadał... 

Może sami też uczestniczyliśmy w odchodzeniu, żegnaniu się z dzieckiem, próbie ratowania go. W godzinach spędzonych przy łóżku... W ostatnim też pożegnaniu, we wsparciu rodziców...

Matka jednego z moich uczniów straciła maleńką, kilkumiesięczną córeczkę. Tak się cieszyła na jej urodzenie... Już jej nie ma między nami...


Moja córka zdecydowała się na wolontariat w Szpitalu dziecięcym, oddział do wyboru - jednak czekała ją rozmowa z opiekunem wolontariatu, księdzem i jego wskazanie i osąd... Posłuchał i popatrzył na nią już po rozmowie, zapytał o to jak sobie wyobraża pomoc, działanie, zadania. Podumał chwilę, i powiedział - "już wiem gdzie cię przydzielić... pójdziesz na onkologię dziecięcą".

Ciężar ugina trochę kolana.  Wydaje się to nie zabawą, a na pewno nie rozrywką... choć często ta aktywność taka jest: gry, zabawy, czytanie książek, strojenie się...

Ale najbardziej urzekła mnie prośba jednej z dziewczynek do mojej córki, takiej małej uśmiechniętej buzi - "mogłabyś poczesać mi włoski???". I myśl. Kurcze, co tu czesać, ona nie ma żadnych włosków. Chemia jej zabrała... Na to zdziwienie i milczenie mojej córki dziewczynka z uśmiechem zagadała: "Wiem wiem, na głowie nic nie ma... ale chociaż poudawajmy tą szczotką, że mnie czeszesz po główce..."

I jak tu nie kochać tego co jest, i takiego jak jest... Zanim odejdzie, zanim się ją tylko taką zapamięta. 
Moje dziecko ma czasem orzeszek do zgryzienia... 
I tematy do rozważenia w głowie. 

Czy lekarz może pomóc. Nie wiem, ale niech przynajmniej spróbuje...