Zawiść i smutek jest jak jad...
Zatruwa nas od środka. Nie
mam czegoś lub brak mi, nie dostałem - nie tylko rzeczy, przedmiotu,
ale uczucia, ciepła, poczucia bezpieczeństwa. To odpowiedź na deficyt
uwagi, uważności, zainteresowania mną... Na niepoświęcanie mi czasu i
energii, brak pochwały i innych wzmocnień pozytywnych, wiary we mnie -
że jestem ważny, że dam radę, że wytrzymam, że poradzę sobie z
trudnością, rozwiążę problem -
Może kiedyś, stanę się samodzielny i szczęśliwy, a nie smutny i zależny...
Stajemy
dziś w rodzinach, w wychowaniu młodego pokolenia nie tylko przed
problemem braku czasu. Zagonienie, czas poświęcany pracy i rozwojowi
osobistemu, realizacji zainteresowań własnych, eksplorowania i badania -
ponad miarę siebie i świata dookoła nas...
Niszczymy nie tylko planetę ale i relacje ludzkie...
Ale
czy nie bardziej jest to problem braku miłości i otwartości...
Ciekawości drugiego człowieka i zdolności do poświęcania się mu,
oddawania tego, co otrzymaliśmy wcześniej, wdzięczności innym za coś, co
byli w stanie nam dać i czego nas nauczyć???
Ratujmy
kruchą równowagę, bez niej niezwykle trudno żyć, trudno też ocenić
perspektywę działań własnych i innych ludzi, nawet tych z największą
wiedzą, przygotowaniem czy doświadczeniem zawodowym, technicznym, każdym
innym...
Z
tym nastawieniem jest i będzie nam trudno uwierzyć w to, co jest daleko
- poza nami. W kruchość życia, kruchość naszej historii, ciała i
kosmosu jaki nas otacza. Niepowtarzalność tej planety, naszego
ekosystemu, naszej rodziny - niepowtarzalność więzi i związków z
ludźmi...
Nie my jesteśmy pępkiem świata... z pewnością - nie ja, nie ty...
Blog o ekologii i rodzinie: relacjach, wychowaniu, miłości Podstawy oddziaływań psychologicznych Wiele tematów porusza problemy wychowania, zaburzenia zachowania i emocji, dysfunkcje Jak wspierać wychowanie w rodzinie i komunikację małżeńską Na czym polega wsparcie i pomoc psychologiczna Czym jest kontakt terapeutyczny O ekologii i zdrowiu O homeostazie i poszukiwaniu szczęścia Życie w domu Wspólnota i jej potrzeby Wsparcie i bliskość Miłość dziecka i znaczenie zaufania O szkole i roli rodziny
wtorek, 25 kwietnia 2017
Nowalijki
Moje dziecko blisko 20sto letnie zadało mi pytanie z gatunku "powiało grozą". Mamo, mianowicie, coście wy przez ostatnie lata jej do głowy wkładali... Ano pytanie brzmiało: "Co to są nowalijki, o których wszędzie dookoła słyszę..."
Zdębiałam. Może faktycznie zbyt mało rozmawiam z dziećmi. No to akurat chyba jest mało możliwe, mówię i to czasem zbyt wiele...
Może nie jasno mówię. Może to archaizm. Obca mowa. Dziwne słowa... Może używamy aż nadto obcobrzmiących słów. Choć dla mnie, to raczej abstrakcja - po tylu latach dochodzę do wniosku, że używałam innego, może niewłaściwego słowa na określenie tego, co zdrowsze po zimie, 6-miesięcznym okresie oczekiwania na słońce i życie, a co - wyraźnie odcina się od tej odchodzącej pory roku... I może na to, co świeże i zielone, zabrakło mi już innych określeń. A może zapominam, nie nauczyłam takich słów. Nie wyjaśniłam...
Czy to te powody???
Zaskoczyła mnie tak, iż zaniemówiłam... potem już tylko śmiałam się z siebie i nie wierzyłam w to, że nigdy przy dziecku nie mówiłam o pierwszych, świeżych "warzywkach" nowalijki... No może nieprecyzyjnie, nie tylko wtedy, gdy wysyłałam ją do sklepu - kiosku z zieleninką... Po tzw. cokolwiek "zielonego".
Ale gdy sadziłyśmy w doniczce, w ziemi cebulę i końcówki korzenia białej piertuchy... Gdy w ostatnich latach wysiewamy kiełki. Moczymy różne ich nasiona, by puściły pierwsze korzonki i listki... Gdy kochamy same pożerać świeżą rzeżuchę do serka białego... Gdy sama przecież sieję proso naszego ptaka, bo barwi świat ale i jajko wielkanocne na zielono...
Po prostu mnie mocno dziewczyna moja "zadziwiła".
Gdy teraz myślę o tej rozmowie, śmiesznej wymianie i grze słów... O warzywie, które jednak dwuznacznie trochę brzmi - dostrzegam przecież jak sama miksuje owoce lub miesza je w ciekawych zestawach kolorystycznych, jak codziennie wchłania mieszankę gotowych sałat - dorzucając to, co kolorowe i zakupione i co niesie w sobie bogactwo karotenu, jak przecież chętnie nawet surowe plastry buraka czy marchwi chrupie. Jemy to, używamy tego, wiemy ze zdrowe... tylko ta nazwa.
Nowe...
Nowe i delikatne, takie - pierwsze życie dla tkanek i ożywienie dla skóry i krwi. To co jest od zawsze a tylko brzmi ekscentrycznie czy też może zbyt podręcznikowo, zbyt tajemniczo - "jak z przepisu" czy też światowo, co ma nazwę nieprzystającą do kolorowej w jednym odcieniu zieleni treści właściwie naci... Czasem tylko - czerwonych kulek rzodkiewki czy młodej kalarepki...
Muszę się z tego śmiać, zażartować, choć wiem że zdrowe, ale w tej rozmowie - i nasz śmiech oraz to zdziwienie dziecka także było zdrowe, zaskakujące - i takie jak nasze dialogi na cztery nogi - ożywcze...
Zdębiałam. Może faktycznie zbyt mało rozmawiam z dziećmi. No to akurat chyba jest mało możliwe, mówię i to czasem zbyt wiele...
Może nie jasno mówię. Może to archaizm. Obca mowa. Dziwne słowa... Może używamy aż nadto obcobrzmiących słów. Choć dla mnie, to raczej abstrakcja - po tylu latach dochodzę do wniosku, że używałam innego, może niewłaściwego słowa na określenie tego, co zdrowsze po zimie, 6-miesięcznym okresie oczekiwania na słońce i życie, a co - wyraźnie odcina się od tej odchodzącej pory roku... I może na to, co świeże i zielone, zabrakło mi już innych określeń. A może zapominam, nie nauczyłam takich słów. Nie wyjaśniłam...
Czy to te powody???
Zaskoczyła mnie tak, iż zaniemówiłam... potem już tylko śmiałam się z siebie i nie wierzyłam w to, że nigdy przy dziecku nie mówiłam o pierwszych, świeżych "warzywkach" nowalijki... No może nieprecyzyjnie, nie tylko wtedy, gdy wysyłałam ją do sklepu - kiosku z zieleninką... Po tzw. cokolwiek "zielonego".
Ale gdy sadziłyśmy w doniczce, w ziemi cebulę i końcówki korzenia białej piertuchy... Gdy w ostatnich latach wysiewamy kiełki. Moczymy różne ich nasiona, by puściły pierwsze korzonki i listki... Gdy kochamy same pożerać świeżą rzeżuchę do serka białego... Gdy sama przecież sieję proso naszego ptaka, bo barwi świat ale i jajko wielkanocne na zielono...
Po prostu mnie mocno dziewczyna moja "zadziwiła".
Gdy teraz myślę o tej rozmowie, śmiesznej wymianie i grze słów... O warzywie, które jednak dwuznacznie trochę brzmi - dostrzegam przecież jak sama miksuje owoce lub miesza je w ciekawych zestawach kolorystycznych, jak codziennie wchłania mieszankę gotowych sałat - dorzucając to, co kolorowe i zakupione i co niesie w sobie bogactwo karotenu, jak przecież chętnie nawet surowe plastry buraka czy marchwi chrupie. Jemy to, używamy tego, wiemy ze zdrowe... tylko ta nazwa.
Nowe...
Nowe i delikatne, takie - pierwsze życie dla tkanek i ożywienie dla skóry i krwi. To co jest od zawsze a tylko brzmi ekscentrycznie czy też może zbyt podręcznikowo, zbyt tajemniczo - "jak z przepisu" czy też światowo, co ma nazwę nieprzystającą do kolorowej w jednym odcieniu zieleni treści właściwie naci... Czasem tylko - czerwonych kulek rzodkiewki czy młodej kalarepki...
Muszę się z tego śmiać, zażartować, choć wiem że zdrowe, ale w tej rozmowie - i nasz śmiech oraz to zdziwienie dziecka także było zdrowe, zaskakujące - i takie jak nasze dialogi na cztery nogi - ożywcze...
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Śmierć: pożegnać, pogrzebać
O dramacie rodzących się i umierających zaraz dzieci, pożegnaniu się z
odchodzącymi maluszkami ale też jak ciężko o tym mówić i wreszcie - jak
długo się pamięta, każdy z nas trochę wie. A to w rodzinie ktoś miał
takie doświadczenie, a to ktoś bliski opowiadał...
Może sami też uczestniczyliśmy w odchodzeniu, żegnaniu się z dzieckiem, próbie ratowania go. W godzinach spędzonych przy łóżku... W ostatnim też pożegnaniu, we wsparciu rodziców...
Matka jednego z moich uczniów straciła maleńką, kilkumiesięczną córeczkę. Tak się cieszyła na jej urodzenie... Już jej nie ma między nami...
Moja córka zdecydowała się na wolontariat w Szpitalu dziecięcym, oddział do wyboru - jednak czekała ją rozmowa z opiekunem wolontariatu, księdzem i jego wskazanie i osąd... Posłuchał i popatrzył na nią już po rozmowie, zapytał o to jak sobie wyobraża pomoc, działanie, zadania. Podumał chwilę, i powiedział - "już wiem gdzie cię przydzielić... pójdziesz na onkologię dziecięcą".
Ciężar ugina trochę kolana. Wydaje się to nie zabawą, a na pewno nie rozrywką... choć często ta aktywność taka jest: gry, zabawy, czytanie książek, strojenie się...
Ale najbardziej urzekła mnie prośba jednej z dziewczynek do mojej córki, takiej małej uśmiechniętej buzi - "mogłabyś poczesać mi włoski???". I myśl. Kurcze, co tu czesać, ona nie ma żadnych włosków. Chemia jej zabrała... Na to zdziwienie i milczenie mojej córki dziewczynka z uśmiechem zagadała: "Wiem wiem, na głowie nic nie ma... ale chociaż poudawajmy tą szczotką, że mnie czeszesz po główce..."
I jak tu nie kochać tego co jest, i takiego jak jest... Zanim odejdzie, zanim się ją tylko taką zapamięta.
Moje dziecko ma czasem orzeszek do zgryzienia...
I tematy do rozważenia w głowie.
Czy lekarz może pomóc. Nie wiem, ale niech przynajmniej spróbuje...
Może sami też uczestniczyliśmy w odchodzeniu, żegnaniu się z dzieckiem, próbie ratowania go. W godzinach spędzonych przy łóżku... W ostatnim też pożegnaniu, we wsparciu rodziców...
Matka jednego z moich uczniów straciła maleńką, kilkumiesięczną córeczkę. Tak się cieszyła na jej urodzenie... Już jej nie ma między nami...
Moja córka zdecydowała się na wolontariat w Szpitalu dziecięcym, oddział do wyboru - jednak czekała ją rozmowa z opiekunem wolontariatu, księdzem i jego wskazanie i osąd... Posłuchał i popatrzył na nią już po rozmowie, zapytał o to jak sobie wyobraża pomoc, działanie, zadania. Podumał chwilę, i powiedział - "już wiem gdzie cię przydzielić... pójdziesz na onkologię dziecięcą".
Ciężar ugina trochę kolana. Wydaje się to nie zabawą, a na pewno nie rozrywką... choć często ta aktywność taka jest: gry, zabawy, czytanie książek, strojenie się...
Ale najbardziej urzekła mnie prośba jednej z dziewczynek do mojej córki, takiej małej uśmiechniętej buzi - "mogłabyś poczesać mi włoski???". I myśl. Kurcze, co tu czesać, ona nie ma żadnych włosków. Chemia jej zabrała... Na to zdziwienie i milczenie mojej córki dziewczynka z uśmiechem zagadała: "Wiem wiem, na głowie nic nie ma... ale chociaż poudawajmy tą szczotką, że mnie czeszesz po główce..."
I jak tu nie kochać tego co jest, i takiego jak jest... Zanim odejdzie, zanim się ją tylko taką zapamięta.
Moje dziecko ma czasem orzeszek do zgryzienia...
I tematy do rozważenia w głowie.
Czy lekarz może pomóc. Nie wiem, ale niech przynajmniej spróbuje...
Subskrybuj:
Posty (Atom)