Kto chce, umie i potrafi wytrzymać bliskość... Powiedzieć "znam, rozumiem, lubię go/ją takiego/taką, jaki/jaka jest.
Poznać i być jak najbliżej życia. Doświadczyć...
Żeby się nauczyć tak naprawdę tej bliskości, poczuć ją i przybliżyć się do drugiego, nie wystarczy czytać o tym czy też wziąć udział w jednorazowym kursie. Taka przygoda, doświadczenia - i złe, i dobre, i trudne i rozwijające, uwypuklają się z czasem z mocnym akcentem i wykorzystaniem znaczenia i wagi tych rozlicznych umiejętności (i ich kompilacji), które rozwijaliśmy w ramach różnych doświadczeń, spotkań, rozmów czy wreszcie w ramach przedmiotów szkolnych.
Ważne jest też to, że tak naprawdę zdobywamy je i potwierdzamy w kontekście codziennego rozwiązywania problemów, stawania w szranki, konkurowania, zmagania z samym sobą, wysiłku ponad stan, ale też - współpracy w grupie.
Przykładowo - nawet uczenie się wiersza na pamięć, definicji czy zasad dynamiki Newtona to nie tylko trening poznawczy i poprawa naszej pojemności, ale także w dużej mierze - trening emocjonalny. Bowiem musimy szerzej potraktować to, co nowe i to co początkowo nas przerasta. Zdajemy sobie sprawę, że stajemy przed wyzwaniem jakie wymaga poradzenia sobie z zadaniem, pomimo doświadczanych trudności, obaw i braku natychmiastowych efektów. Mało tego, czasem też zmierzenia się z porażką w tym względzie. W tym procesie bierzemy pod uwagę całokształt funkcjonowania człowieka jako ucznia, jako studenta, kursanta a nawet wcześniej, przedszkolaka.
Ważne są cechy jego osobowości, motywacja, kompetencje emocjonalne, a także wsparcie otrzymywane od innych. Po co nam wtedy mama, tata, instruktor, towarzysz, nauczyciel... No właśnie, po co nam te osoby.
Czy w procesie nauki, uczenia siebie i innych - edukacji - jesteśmy sami???
No nie.... Wtedy trochę działa siła przekazu, pasja uczącej nas osoby, stymulacja - oraz nasza podatność, ciekawość (poznawcza, świata, czujność), sprawczość, pasja i samodzielność. Nasza bardziej, ale i - towarzyszącej osoby, tutora, mistrza.
A co z tymi, którzy już na starcie mają trudniej... Których biologiczne wyposażenie już na starcie ograniczyło, deficyty pogłębiły się. Którzy stracili w wyniku wypadku, choroby... Uszkodzenia, utraty...
Co w sytuacji, gdy mówimy - możliwa jest tylko i aż, magiczna "edukacja włączająca". Wtedy wracamy do szerszego spojrzenia na inne atrakcyjne, kombinowane i łączone zgrabnie, różnorodne metody nauczania. Metody pamiętające o funkcjach tych co są i tych, co ich brakuje. Dzięki nim każdemu z uczniów możemy wskazać lub razem z nim odnaleźć, odkryć - najlepszy dla siebie, dla niego sposób nauki.
I jeszcze, warte podkreślenia jest to, że szanse dotyczą też elastycznych sposobów, metod oceniania. Nie szeregujących, rangujących, ale z nastawieniem na motywowanie do rozwoju i na wskazywanie innych, mocnych stron uczniów, a nie jedynie błędów i odstępstw od przyjętych standardów.
Wraca tu stara prawda, że ocena ma być środkiem do celu - a to przede wszystkim informacja zwrotna, wypowiedź o uczniu jako indywidualności, o dziecku jako podmiocie naszych działań, bo.... mamy nie tylko ocenić - ale docenić. Dostrzec połączenie wysiłku i pracy.
A w swej warstwie informacyjnej wskazujemy w niej kierunek i sposób poprawy, postępu i kolejnych zadań do realizacji.
Tak wiem, wymaga to czułości i postawy tolerancji, mądrości i otwartości na indywidualne cechy każdego z dzieci, i nieograniczonej cierpliwości, poszukiwania nowych metod w otwartości na jednostkę i jej rówieśników. Współpracy i wspierania w ich różnorodności... Tylko tak, damy radę rozwinąć się wszystkim. A nie w oderwaniu od tego co jest, jak jest.
Zagłębieni w ich "inności". Z akceptacją.
Odwagi... ja jestem, jak to powiedział - zapewniając o niesłychanej cierpliwości i akceptacji dla słabości i strachu innych, dla bezradności, choroby i stanu strachu... - Jezus. Do uczniów w łodzi. Na środku Genezaret. Tyberiadzkiego, i do Marii Magdaleny - na słowo RaBBUNI: "(...) NIE ZATRZYMUJ MNIE..... JESZCZE NIE WSZEDŁEM DO DOMU MOJEGO I TWOJEGO OJCA... TWOJEGO I MOJEGO BOGA, ...."
;)))))