czwartek, 7 października 2021

Głos we mnie, głos w tobie

W czym tkwi najszerzej mówiąc trudność...

Czy w nieporozumieniu lub braku zrozumienia dla słowa, zdania, wypowiedzenia - drugiej osoby...

Drewno, czy drzewo?


Wieża Babel z drewien, w drewutni pod zamkiem w Korzkiew - czy to nasza wspólna sprawa?

Hmmm, zastanawiające - (...) ale to znaczy to jednocześnie: "Nie rozumiem drugiego człowieka".

Brakuje języka wspólnego nam wszystkim?

Nie, nie brakuje go... To nie wojna o kolejne esperanto, to nie talk shaw - w języku angielskim czy innym - międzynarodowym narzeczu... Wtedy anglista, AMERYKANISTA - STALI BY SIĘ RZECZNIKAMI SPRAWY!!! Mamy go, znamy taki język...



Ale wydaje nam się - że znów, zbudowalibyśmy kolejną, i kolejną - Wieżę Babel....

O stawianiu granic i stawianiu dziecku wymagań!

 

O POTRZEBIE STAWIANIA WYMAGAŃ

Umiejętność stawiania granic, wymagań, mówienia "nie" - na różnych etapach rozwoju dziecka i jego wychowywania jest bardzo ważną i dość trudną w praktyce umiejętnością. Dlaczego? Powodów jest wiele - tak jak i sądów na ten temat.




(od autora: Ten temat nadal mnie nurtuje, nawet po 20 latach pracy z dziećmi i ich rodzicami, i dla mnie - wymaga on cyklicznego omawiania!) 

Od całkowitego bagatelizowania tej kwestii, pozbawienia wychowania jakichkolwiek ram i reguł, a rodziców sankcji w postaci kary (zasługi modelu tzw. wychowania bezstresowego), poprzez cały szereg pedagogicznych rozważań szukających miejsca dla rodziców i szkoły w życiu dziecka, a poddających w poważne wątpliwości możliwość ich współpracy, dodatkowo pomijających sugestie psychologów. 

Pedagodzy (nauczyciele) zapominają często, że ich zadaniem jest wychowanie i kształcenie jednocześnie! Ten problem porusza też wiele interdyscyplinarnych opracowań, w których spór wiodą teologowie, psycholodzy, pedagodzy, a czasem i lekarze, próbując dowieść swoich racji. Trudno jest prowadzić rozważania w rodzaju, co było pierwsze…, o wyższości świąt Bożego Narodzenia…, batalię o to, kto z nas ma rację, kto powinien… Zyskiem jest jedynie fragmentaryczność i relatywizacja zbyt istotnych problemów.

Czym są owe wymagania i jaka jest ich rola?

Wyznaczanie granic i stawianie wymagań jest niezwykle ważne dla umiejętności prawidłowej oceny własnych możliwości, orientacji we własnych uczuciach, stawianiu sobie realnych celów, realizacji marzeń. Pozwala też rozeznać granice "ja" i innych ludzi, szanować je i poznawać konsekwencje ich łamania. Uczy, jak być blisko, dawać i brać miłość, jak być autentycznym i realizować swój rozwojowy potencjał, nie niszcząc otaczającego świata ludzi i przedmiotów. Poznanie granic to też ważny krok do podjęcia odpowiedzialności za siebie i własne czyny.

W przyszłości umiejętości te (zapoczątkowane przez rodziców, a rozwijane przez następnych nauczycieli) będą ważne także dla świadomości i kontrolowania wyrażania w zachowaniu (a nie - odczuwania) własnych emocji, rozpoznawania ich. W rozwoju pasji poznawania otaczającego świata przedmiotów i ludzi, do wchodzeniea z nimi w satysfakcjonujący kontakt i tworzenia autentycznych więzi.

O znaczeniu stawiania wymagań w rozwoju przeczytacie w pracach Winnicotta, popularnych książkach Skynnera i Cleese'iego, Gordona czy Rogolla. Ten ostatni wypowiada się w tych słowach: "Zaburzenia psychiczne mogą się rozwinąć, gdy rodzice stawiają dziecku zbyt wielkie lub zbyt małe wymagania. W pierwszym przypadku dziecko będzie skłonne do nadmiernego przystosowania się i do powątpiewania we własną wartość, a także w swą zdolność kontrolowania siebie i otoczenia. W przypadku drugim dziecko będzie traktowało siebie jako centrum wszechświata, nie będąc w stanie dostosować się do wymogów społecznych. Takie dziecko - doprawdy - posiada zbyt wiele władzy w tym świecie, szczególnie gdy opanuje tych, którzy chcieli mu się pomóc w opanowaniu samego siebie. Może ono stać się nadmiernie bojaźliwe, ale też skłonne do przechwałek i niepohamowane, zwłaszcza gdy jego wychowawcy uchylą się od odpowiedzialności za kontrolę nad nim"*).

Aneta Sendra-Wójcik

*) R.Rogoll, Aby być sobą, PWN, Warszawa 1989, s.129.

 

 

 

KTO WYMYŚLIŁ EKOLOGIĘ PROBLEMÓW RODZINNYCH

Tytuł cyklu poświęconego rodzinie, autorstwa Anety Sendry-Wójcik przypadkowo jest zbieżny z podtytułem książki Ryszarda Praszkiera Zmieniać nie zmieniając. Ekologia problemów rodzinnych poświęconej zagadnieniu psychoterapii rodzin. R. Praszkier to specjalista psychologii klinicznej, licencjonowany psychoterapeuta i superwizor psychoterapii, kierownik Osiedlowego Ośrodka Zdrowia Psychicznego Dzieci i Młodzieży "Synapsis" w Warszawie i prezes Fundacji o tej samej nazwie oraz przedstawiciel "Ashoka-Polska". Na ten sam temat ukazał się w kwartalniku "Gestalt" (nr 14, lato '94, s.9) wywiad pt. O podejściu ekologicznym w terapii opowiada Ryszard Praszkier w rozmowie z Zofią Pierzchałową. Nieco przekornym komentarzem do niego był felieton bohatera wywiadu w tym samym piśmie (cz.I - nr 15, jesień '94, cz.II - nr 16, zima '94) pt. Zabawa w latanie. Autor ten jest też współwydawcą i redaktorem, m.in. serii wydawniczej poświęconej terapii rodzin. Zauważenie analogii między równowagą naszej planety a równowagą w grupach ludzkich, których szczególnym przypadkiem jest rodzina, nie jest więc pomysłem nowatorskim.

(jarek)

Ryszard Praszkier, Zmieniać nie zmieniając. Ekologia problemów rodzinnych, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1992, ss.110.

wtorek, 7 września 2021

O EKOLOGII I RODZINIE raz jeszcze! po latach....


 O EKOLOGII I RODZINIE



Skąd pomysł połączenia tych dwu fenomenów? Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia?

Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?

Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i - ogólnie mówiąc - środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań. Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek - jaką jest rodzina - tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.

W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy. Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny - wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.

To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia - potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. 

Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko - czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: "gdzie tkwi błąd?" - gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?

Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym. Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd? Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko otrzymywanie gotowych odpowiedzi.

Aneta Sendra-Wójcik


"Zielone Brygady. Pismo Ekologów" nr 4 (94), Kwiecień '97

środa, 16 czerwca 2021

Poza horyzont

Bazą dla rozwoju są pasje i zainteresowania, to one skłaniają nas do planowania, głębokiego poznawania, poszukiwania jak i wyboru spośród otaczających nas osób - podobnych pasjonatów.

Mówimy wtedy, że sięgamy poza horyzont - symbolicznie oczywiście, że patrzymy i podążamy gdzieś dalej. Że nie stawiamy żadnych barier, nie tworzymy przeszkód - nie mówimy wtedy - niemożliwe... tego się nie da zrobić, dłużej nie podołam.

Po pierwsze, zawsze jest ktoś kto mnie wspiera, kibicuje, wierzy we mnie.

Po drugie - bywa, że dana osoba jest przy moim boku, podziela aktywność lub realizujemy ją razem. Od marzenia i planowania aż do samej realizacji. Czasem - jest to grupa ludzi.

Po trzecie - wytrwałości uczą mnie małe, poprzednie sukcesy, a porażki, pokazują jak pięknie podnosiłem się i zwyciężałem przeciwności losu. Ile jestem wart, co mnie prowadzi, czy jestem wytrwały w dążeniach. Osiągnięte zaś cele - są dowodem, że było warto.

Gdy oddalam się od codziennych i wiejących nudą przyzwyczajeń, jeszcze bardziej czuję się w bliskości z niebem, bliżej raju, gwiazd. 

Stąd ten sentyment, ta pasja - ciągle zyskuje niewyczerpalne paliwo...




Warto pamiętać, że to właśnie trudności mijają, one odchodzą w niepamięć a wzmacnia nas to, co zobaczyliśmy, przeżyliśmy, czego wspólnie doświadczyliśmy, co przeszliśmy zwycięsko - to nasz zysk. To właśnie - możemy innym przekazać i nauczyć: "nie rezygnowania" z marzeń, ideałów. 

Odważnego zabierania głosu i tworzenia czegoś, o walorze nowości. 

Czynienia sobie jakiegoś skrawka ziemi i świata, naprawdę - poddanym.          

środa, 9 czerwca 2021

Własnymi siłami

 Każdy chciałby ze swoim życiem się mierzyć, wziąć je za bary i wygrać w zawodach na przeciążanie, napinanie mięśni, dźwiganie ciężarów. Poczuć satysfakcję z tego, ile osiąga sam, w pojedynkę. Zostać człowiekiem roku czy dekady w tej walce.

Wydaje nam się że przez naturę zostaliśmy wyposażeni we wszystko, posiedliśmy wiedzę i umiejętności potrzebne do życia oraz zwyciężania, i że jesteśmy prawdziwie "wybrani", że w ten sposób obdarowani supermocami, jesteśmy po prostu wyjątkowi - ponadczasowi.

W takim złudzeniu wychowują nas szczególnie matki całując czoło i rany na paluszku, na kolanie. Dbając o najmniejsze zranienia. Matki kochają ten rodzaj troski i same starają się być balsamem na duszę... Potem, gdy ich zabraknie - czegoś takiego szukamy w rzeczywistości. Skupiamy się na "zapasowej", tej bezpiecznej kwiecistej spódnicy, jaka dawała ciepło, koiła łzy, była asekuracją i drogą ucieczki. Mamy jakąś zaczarowaną i wizję, i potrzebę. Bardzo głęboko uwewnętrznioną...

Tak naprawdę poddani jesteśmy prawu natury, jak jeden człowiek. Odczuwamy i upał i mróz, i głód czy pragnienie bardzo podobnie. Pracując nad sobą stajemy się ciut mniej wrażliwi, ale w samotności dochodzi do nas (dociera do wnętrza, wpuszczamy ją), jedna z prawd. Człowiek jest stworzeniem, nie stwórcą. Z nim - może więcej - w nim, osiąga pełnię. A bez niego - znika w toni historii a nawet pamięć o nim jest krucha i ulotna...

Jeśli chcemy się mierzyć z czasem i ogromem żywiołów, świata zwierząt i przyrody ożywionej i nieożywionej, wszelką energią rzek i mórz, siłą wody i wszelkich zjawisk fizycznych, ruchem planet, czy zimnym światłem gwiazd - popatrzmy na tę naszą kruchość i niemoc... Żyjąc tu, na ziemi, nie ruszyliśmy się jeszcze prawie o krok. Tkwimy w dziwnych relacjach, w naszym bałaganie... czasem czyniąc to życie innym - trudniejsze, niemożliwe, pełne bólu i nieszczęścia. 

Dlatego, powtarzajmy sobie codziennie prawdę o swojej niemocy. Nie o wyjątkowości... Bo moc tkwi zupełnie gdzie indziej, często nie mamy jej w mięśniach - a w głowie. W naszej psychice. W naszych sercach.


Początki winnicy w Korzkwi, pod Krakowem

Zmieniając siebie i pracując nad rozwojem potencjału i uzdolnień, kształcąc się dla innych a nie tylko dla siebie, troszcząc się wzajemnie o innych, o członków rodziny i zupełnie obcych sobie ludzi (jak lekarz, pielęgniarka to czynią) uczynimy daleko więcej.... Biorąc się za siebie, wspierając innych jesteśmy w stanie uczynić więcej niż jeden krok. 

I nie będzie to ucieczka, a wspólna sprawa, lepsza - przemiana, wspólne wzrastanie czy budowanie. 

środa, 19 maja 2021

Nieuleczalna

Nie tylko choroba bywa nieuleczalna...

Może to być też miłość, taka co żyje w nas i nie chce się dać pogrzebać, zapomnieć... co wraca, we wspomnieniach, przeżyciach, odczuciach. W chwilach trudnych, przypomina się gdy mamy kryzys w aktualnej relacji.

Może to być ból po stracie kogoś. Codziennie budzimy się z nim i zasypiamy. Może też towarzyszyć czyjemuś odchodzeniu... Może trwać w nas tęsknota. Wyrzut, że ktoś odszedł a nie ja... Mój brat, bracia umarli - ale dlaczego oni??? Tego smutku czasem nie da się opanować, wzmaga się - bo dorzucamy do ognia, dostarczamy paliwa dla tej tęsknoty, nieuleczalnej i trwającej niebezpiecznie długo. Nie da się tego cierpienia i trwania w nim odłożyć na chwilę na bok, przytępić jego intensywności. Paraliżujący ból, pustka, samotność... Stymulujemy ją, dodając sił - bo nie jesteśmy w stanie odciąć się - ratując własną skórę. Zrobić nic sensownego swoją ludzką siłą, umiejętnością. Na nic wpłynąć, niczego też zatrzymać. Przeciwdziałać zmianie. Nikogo ochronić czy uleczyć - ani drugiego człowieka, dziecka czy ojca, ani też siebie...

Może to być gniew lub zazdrość, nad jaką nie potrafimy zapanować. Zakończyć jej, utulić czy uleczyć... Można ją czuć "do" kogoś lub być zazdrosnym "o" człowieka. Jego nieobecność, odejście czy nawet śmierć. O jego szczęście czy powodzenie... Powodzenie w życiu, to co ma lub zdobył ciężką pracą. Gniew niszczący jak jad, a skierowany do środka wreszcie - taki, co rozsadza wolę i taki, co torpeduje każde działanie. Emocja i przeżywanie jej pełne ognia i nieposkromione, zimne i ostre jak broń, i gładkie niczym sztylet.    

To, co jest nieuleczalne, czemu nie zapobiegniemy, ma swoje konsekwencje i odciska ślady stóp w naszym osobistym czasie, w naszym trwaniu, jego kształcie i komforcie, w naszym całym życiu. To nie musi być somatyczne schorzenie, ale piętno zaznaczające się na duszy. Zostaje z nami, bo na tę obecność i burzenie naszej codzienności pozwoliliśmy. Na demolkę w obrębie naszej świadomości i naszej woli... 

Wpuściliśmy jakąś niszczącą energię w nasze życie to, co miało być zakończone, zamknięte i zapomniane. Ona nie buduje nic celowego, dobrego - a rujnuje to, co misternie staramy się przeprojektować. Wzmocnić, postawić na nogach.

Oddajmy przeszłości to, co należy do niej - co minione, zamknięte, bezpowrotne. Co odeszło. Na co już nie wpływamy. Zamknijmy jak szkatułkę, oddalając od siebie konsekwencje ciągłego rozpamiętywania wariantów - jakich już nigdy nie sprawdzimy. Tej partii szachów już nie rozegramy, przeciwnik zniknął, zestarzał się... I to nawet wtedy, gdy byłem nim sam. Nie powołamy do życia tego, co odeszło, co umarło na naszych oczach. Co się skończyło... 

Dajmy też po stokroć odejść marom przeszłości, bo oglądając się wstecz, nigdy nie poczujemy się szczęśliwi i bezpieczni w tym miejscu, w jakim się znaleźliśmy. 



Zacznijmy żyć tym co mamy tu i teraz...

poniedziałek, 17 maja 2021

Nasze nastroje

Inni ludzie są w dużym stopniu uzależnieni od naszego nastawienia dnia, od chwili. Lęków jakie nas dopadły właśnie teraz, lub tego jak poradziliśmy sobie z trudnością. Od humoru lub też wszelkich trosk i obciążeń jakimi nas dziś dotknęło życie.

My cierpimy, ale cierpią z naszej ręki lub z nami inni. Może nie mają - nie mieli na to ochoty. Może systematycznie wprzęgamy ich w ten "nasz świat" smutków i kłopotów.

Ile to razy w rozmowie okazuje się, że nie odrywamy się - nie potrafimy lub nie chcemy - i tkwimy właśnie w tym, co nas przycisnęło do ziemi i nie pozwala się nam podnieść. Trudność przeżywana i zmaganie się z nią, jest pewnego rodzaju sprawdzianem czy ćwiczeniem człowieka, i obejmuje przecież prawie wszystkich. Niewielu z nas chodzi tylko po obłokach, nie raniąc swoich stóp doczesnymi przeżyciami i doświadczeniami.

Warto nie grać fałszywie bohatera, cierpiętnika czy samotnego wojownika, bo nie o to w życiu chodzi by doświadczać jedynie razów, batów... Jakby cierpienie miało uwznioślać, szlifować twardość, charakter. Stawać nas w obliczu samotności.

Pokazywać na każdym kroku deficyty - że nie umiem, że wiele mi brakuje do osiągnięcia celu czy doskonałości. Albo, że nie potrafię się dźwignąć, uczyć na błędach, że jestem samotny i bezradny. Niestety, wtedy też łatwo być opuszczonym, ludzie traktują cierpiących jak trędowatych, jakby ich doznania były zaraźliwe, niosły jedynie negatywne doznania dla całego otoczenia. Nie stają się one okazją do dawania wsparcia i odciążenia - lecz uników - "nie mam dziś czasu, jestem niezwykle zajęty", "nie potrafię ci pomóc, nie umiem, brak mi doświadczenia", "zapytaj fachowca".   

Obok gnuśnego, smutnego i przygnębionego nikt nie lubi przebywać. Nikt nie zaprasza go do swojego towarzystwa. Omija go to, co najlepsze. Tworzy się obok niego pusta przestrzeń, jak obok kropli płynu do mycia naczyń na powierzchni brudnej wody.   

Co innego prawdziwie radosny i lekki, temu z łatwością przychodzi jednanie sobie ludzi, każda opowieść jest barwna a słowo - pocieszające. Nie szkoda z nim przegadać godziny, bo pogoda ducha udziela się - spływa na otoczenie. W zależności od nastroju jesteśmy mile, lub źle widziani. Ktoś nas do grupy czy na wyjazd zabiera (zaprasza do pokoju, na prywatkę), ale i każdą zmianę prościej przeżywamy, przyjmujemy. Czasem jesteśmy i duszą towarzystwa, często dajemy się poznać z ciekawej i oryginalnej strony... Zwyżkuje nasza forma.

A w jakimś momencie naszego życia coś takiego "nam się przytrafia". Nie wiadomo skąd i dlaczego... Świetne oceny z egzaminu czy masa przeczytanych książek, film i dobra płyta nie dają radości. Zmiana boli. 



Przychodzi smutek, ogarnia nas rezygnacja. Dom staje się więzieniem i azylem jednocześnie... Czar prysł. I zostaje jeden lub dwóch - wąskie grono przyjaciół, pytających, czy coś się dzieje, jak mogą pomóc, zapraszających na pizzę lub pogawędkę. Potrafią uratować, przede wszystkim - przynosząc ze sobą nadzieję... Nadzieję na lepszy kolejny dzień.

U ludzi młodych, z tymi nastrojami - tak właśnie może być. Życie boli... Dzień do dnia nie jest podobny, a zmiana - przychodzi znienacka.     

wtorek, 27 kwietnia 2021

Bądźmy dla siebie dobrzy

Czy pracujesz w domu, czy się uczysz, czy jesteś mamą czy tatą czy też dzieckiem, o niepokornym lub radosnym usposobieniu, żyj i pozwól innym odczuwać radość z tego, co i jak wykonują.

Zacznijmy my, ludzie, być dla siebie wyrozumiali, dobrzy, serdeczni...

Ciężar czujemy wszyscy, chorujemy lub współodczuwamy. Mamy kogoś w rodzinie, kto odszedł, zmarł, zniknął... Trudno jest każdemu z nas bo po roku zmęczenie i znużenie całą sytuacją pandemiczną bierze górę nad rozsądkiem i spokojem, stajemy się szydercami i prześmiewcami. Dlaczego? Bo tylko nas boli i tylko my - cierpimy, nikt inny nie czuje i nie jest mu trudno... Naprawdę, tylko my???

Proszę, otwórzmy oczy serca, podziękujmy za rzeczy małe. Za herbatę z cytryną zrobioną pospiesznie przez żonę, za bułkę z serkiem i szczypiorkiem wetkniętą w kieszeń płaszcza mężowi, gdy wybiega z domu załatwić sprawunki i zarobić na chleb dla rodziny.

Wspierajmy się - a nie popychajmy. 

Przytulmy to dziecko, które podejdzie i pragnie bliskości, a nie mówmy mu: "jesteś za duży na czułości", bo ta czułość teraz jak nigdy, pomoże stać nam na nogach... Pomoże wzrosnąć w siłę... Uspokoi, nada pewności.

Na miłość nie jest nigdy za wcześnie czy zbyt późno, ona nie jest ulotna. Nie da się jej zabić czy pogrzebać - zawsze ma krew i ciało, niech nie będzie dla nas - bo nie jest (!!!) pojęciem, regułką  czy patetycznym wierszem... Miłość nie jest jedynie pustym słowem, hasłem, wypełniaczem. 



środa, 7 kwietnia 2021

Jeśli nie przyjaźń - to co?

Wątpliwości na każdym kroku.

Podsycają je media, podsycają ci co ucierpieli, którzy stracili coś w relacji - godność, prawo do tajemnicy, do odejścia samemu, a nie - bycia porzuconym, odrzuconym...

Samotni z wyboru... Zdradzeni...

Przyjęło się to, że bronimy się przed wyborem innych częściej niż ufamy ślepo. Mówimy o starych przyjaciołach, gdy dzwonią po latach - właśnie się dowiedzieli gdzie mieszkamy lub że mamy stałą czy dobrą pracę, usłyszeli od naszych bliskich i/lub innych znajomych. Mówimy - "interesowny". Dzwoni, bo czegoś chce. Z niepokojem...

Z wyrzutem, ostrożnie czy podejrzliwie: "ma jakiś biznes". Odnawia starą znajomość, bo mu trudno. Sam lub w kryzysie. Bo zaległe przeprosiny? Nie, nawet nie zaczyna od przepraszam - znów fałszywie uwodzi... 

Tacy właśnie jesteśmy? Gdzieś głęboko, pod skórą? Ach, czuję pismo nosem (włącza się ta nasza pierwotna podejrzliwość), w kilku wariantach... 

1. Wiem, dzwoni, bo zależy mu na powrocie do "starego i sprawdzonego schematu". Chce wyjechać na wakacje ze mną, z nami... bo to zawsze korzystne i ciekawe, a miejscówka pozwala na prawdziwy relaks... 

2. Kiedy indziej, rzadko pamięta o mnie czy moim święcie. Przechodzi obok mnie bez słowa, nie zauważa w sklepie czy sytuacji publicznej, pomija wzrokiem, robi coś "mimo" i od niechcenia. 

3. Coś śmierdzi mi... On chyba "kluczy i kombinuje"... O co chodzi tak na prawdę. Gdzie jest to "drugie dno" i jaka towarzyszy mu motywacja.

Jesteśmy uwarunkowani naszą historią, dotychczasowymi doświadczeniami i przeżywanymi trudnościami oraz kryzysami. 

Dobro - gdy spotyka nas rzadko, od święta - zbyt słabo buduje przyzwyczajenia... Słabo cementuje nas, słabo wyposażeni łatwo dajemy się wciągnąć w spiralę podejrzliwości i lęku. 

Nie ufamy i nie wierzymy, zakładając czarny scenariusz... 

Dzieciństwo może nas ukształtować pięknie. Życie zaś z jego przewrotnymi doświadczeniami i osobami niekoniecznie nam przychylnymi, a spotkanymi wiele razy, wciąż i od nowa niesie zamęt. Odmieniając - zwyczajnie - tę idyllę.



Stąd tak ważne jest w życiu przeżywanie różnorodnych doświadczeń. By do czegoś nie przyzwyczaić się zanadto, nie przesiąknąć nieufnością i strachem. Wątpliwościami...

Przytulenie, bliskość osób w życiu, pomocne dłonie, odwdzięczanie się tym samym bez przeliczania - kalkulacji i konieczności odwzajemniania, to dobra szkoła życia... 

Dar z samego siebie, bez pozostawiania kogoś dłużnym i w obowiązku. Wspomnienie tego stanu, tego przeżywania, tego doświadczenia - pozostanie w pamięci: w każdej sferze - dotykowej (jak w rodzinie), skojarzeniu, powidokach... 

Doświadczając dobra, niesiemy je dalej, niesiemy je innym - też całym organizmem, w najdrobniejszych porach naszej skóry... A nawet, gdzieś głębiej, w naszym mózgu...

czwartek, 11 marca 2021

Przytulanie to życia dawanie

Potrafimy wiele brać jeden od drugiego, ale też wiele dawać. Bardzo wiele ... Jesteśmy bogaci w dawanie... Ofiarowanie swojego czasu i siebie innym. Nawet gdy nie posądzamy się o to, nie spodziewamy się od kogoś drugiego takiej postawy. Czasem dobro przychodzi nam uczynić zaskakująco łatwo, a jałmużna dotkliwa przecież - nie boli, bo wychodzi gdzieś z wnętrza nas. Zainteresowani innymi ludźmi, poznajemy i odkrywamy siebie. I wzajemnie... 

Małe dziecko chce i pragnie, przytulić się patrzeć, wetrzeć się w nas, pachnieć nami... Przylgnąć. Bo to zdrowe i bardzo potrzebne. Dla niego jesteśmy bazą. Stanowimy jakąś opokę i fundament. Jesteśmy podstawowym nośnikiem ciepła, dosłownego i tego symbolicznego. Wszelkiego bezpieczeństwa i całego dobra świata tego, dobra materialnego i cielesnego. To my dla dziecka, niemowlęcia - jesteśmy podporą i pociechą. Portem... Bezpieczną przystanią... Oczekiwaniem... Cali jesteśmy tym oczekiwaniem, wiąże się to czasem ze szkodą lub stratą dla nas samych...

I tak, właśnie tacy powinniśmy być, powinniśmy funkcjonować w lekkiej, niekłamanej symbiozie - w takiej mikoryzie jak drzewo z grzybem, jak sosna z borowikiem... Nawet - kosztem siebie. Do pewnego czasu, oczywiście. Potem - będąc w dialogu, w dyskusji i sporze, ale z całym rozsądkiem. Rozerwać skorupę uprzedzeń i sztywnej etykiety, zgromadzonych doświadczeń i radykalnych reguł, książkowych poglądów, estetycznych i higienicznych zaleceń.

Bo to całe przytulanie, dające "nowe życie" i wzmacniające całą naszą energią miłości - stanowić będzie ten życiowy bastion. Warownia, ale i piękna wieża z widokiem na okolicę i na innych ludzi.

To przytulanie, życia dawanie - to jeszcze ładowanie akumulatorów człowieka, zysk i piękne doświadczenie dla jego przyszłych relacji. 







Czułość, wszędzie gdzie jesteśmy podróżuje z wami


Dla pełnego ich budowania i nie unikania czułości i bliskości z innymi. Bliskość z zachowaniem poczucia komfortu i bezpieczeństwa, nieutożsamiona z bliskością "seksualnego zbliżenia". Bo nie tylko o bliskości fizycznej mówimy, nie tej w dorosłości... Nie zmierzamy kochając drugą osobę do jej podporządkowania lub dominacji!!! 

I to ono właśnie, przytulanie z troską i miłością, na wezwanie, potrzebę - pozostanie na całe życie dobrym doświadczeniem, zwyczajem i odniesieniem w dzieciństwie, z dzieciństwa w całej naszej młodości. Będzie też najprawdopodobniej odwzorowane w dorosłości - w nowej rodzinie i we własnym modelu macierzyństwa. W byciu mamą...

Jako dorośli już, w stosunku do dorosłych - jesteśmy tacy właśnie, dobrzy, kochający i gorący - lub skrajnie inni. Chłodni, nieprzystępni, pełni odpychającej rezerwy. Pełni sprzeczności. Zagmatwania...

Raniący innych - jak kaktusy. Trudno do nas się przytulić, nie sposób nas "ogolić".






piątek, 5 marca 2021

Mam #serce

Mieć serce do pracy, działania...

Serce okazywać innym...

Mówić coś, robić prosto z serca...

Życzliwym i prawdziwym być...

Z sercem na dłoni...

Prócz tych związków wyrazowych i frazeologicznych jest jeszcze jedna prawda o działaniach w których motorem, napędem i niejako sprawcą jest nasze serce. To co wypełnia nasze wnętrze, stanowi o jakości każdej podejmowanej i realizowanej aktywności. Ten wewnętrzny ogień nasz, co pozwala nam płonąć lecz się nie spalać...

Jeżeli nasze działania tam się rodzą, ich napęd i energia właśnie wypływa z serca, jest to już w znacznej mierze gwarancja sukcesu lub też - prawdziwej wytrwałości. Jakości starań i ich rozległości, totalności, niezależności od wszelkich czynników zakłócających czy stawianych przez świat, innych ludzi - ograniczeń. Wszelkich "nie da się", nie - "to nie jest wykonalne", "to wydaje się być niemożliwe do zrealizowania...". Tak, komuś może i takie się wydaje.

O tym przekonać mogę się tylko ja sam, próbując... My swojego pomysłu i marzenia, tak łatwo, nie porzucimy - zbyt szybko, z obawą, lękiem czy przy najmniejszym zmęczeniu, zniechęceniu, niepowodzeniu danej realizacji. 

To nasza - wewnętrzna - gotowość przekraczania dobrostanu, poczucia bezpieczeństwa i podejmowania ryzyka - ona właśnie zasadza się w sercu...  



Bo nigdzie takich zachodów słońca i wschodów, jak na morzu...

Nasze serce i ten płomień podsycany wewnątrz pozwalają nam życie smakować, często i jednocześnie naginając rzeczywistość. Zbliżając się do tego, co wydaje się lub jest ryzykowne czy niebezpieczne. Co pokazuje, jakim człowiekiem jestem w głębi i tak naprawdę, co powoduje, że tak naprawdę mogę powiedzieć o sobie i innych: "sprawdzam..." . 

Bo przecież nie zaryzykuję niczego, bez opuszczenia mojej "strefy komfortu", mojej mielizny czy portu w jakim cumuję... Ale w porcie - tylko się stoi się pięknie i pięknie się wygląda. A na morzu i oceanie - się pływa. 

W życiu chodzi właśnie o to, by wyjść z portu, i po prostu - płynąć... By się kołysać, ciąć wodę, by zmierzać do celu lub choćby - iść przed siebie... 

Po stokroć, zawsze - właśnie o to chodzi.



czwartek, 4 marca 2021

Pomiędzy poświęceniem a zaangażowaniem

Różnice tkwią nie tylko w słowie, w przedmiotach, w szczegółach - lecz w człowieku... 
Nie brońmy się przed nimi. Otwierajmy się na te drobne szczegóły jakie nas dookreślają.

Chcesz zebrać kosz pełen grzybów... idź tam gdzie chcesz a nie tam gdzie musisz!!!

Dla części ludzi to "jedno i to samo"... "masło maślane" jak nazwalibyśmy to wykorzystując powszechnie używany pleonazm. Dwie postawy - choć przecież całkiem różne i mające u źródeł inną motywację, zlewają się tym samym - w jedno. Przenikają się tak, że dopiero po dłuższym zastanowieniu - odróżniamy je i dostrzegamy ich specyfikę... Tak... Po dłuższym poznaniu. Doświadczaniu...

Tę różnicę możemy zrozumieć właśnie z pewnej perspektywy, po latach. Ocenić ją, wtedy gdy trochę przeżyjemy... Gdy uzasadnimy rodzaj naszej aktywności - przyjrzymy się motywom i poziomowi jej zaangażowania. Zadamy sobie pytanie nie - co robić i czego nie, ale jak naprawdę pragniemy żyć....

Dzieje się tak zwykle po przeżyciu kilkudziesięciu lat i doznaniu wielu dobrych, lepszych oraz tych - niekoniecznie miłych rzeczy... Nie wcześniej.

Bo wcześniej, czyli w bardzo młodej dorosłości - wszystko się nam gmatwa, czasem z powodu niekonsekwencji, zagubienia, niepewności jaką odczuwamy, a kiedy indziej, właśnie przez nią. Bo ktoś inny zawsze decyzje podejmował za nas. Przez ten upór człowieczy... Ale i przez rezygnację z siebie, gubimy zapał i kierunek. I nasze doznanie i przeżywanie rzeczywistości często określamy jako "mieszane" lub bez satysfakcji. Czy też - określamy nasze życie i poziom satysfakcji jako "nie do końca zadowalające/y". No bo... Jestem spłoszony... jestem samotny... Nie odczuwam szczęścia. Nie czuję też nic pozytywnego. Żadnych wibracji...

Kiedy się poświęcamy czujemy przymus, najpierw zewnętrzny: trzeba, powinno się, jesteś mu to winny (pamięć o kimś? wspomnienie obietnicy?), bo... tak cię wychowałam (mama?). Bo "tak wypada" (ale jak?)... i wiele wiele innych "podpowiedzi" ukierunkowujących naszą rosnącą bezradność i brak pasji, zapału... One stają się konstruktami w naszej głowie od jakich ciężko się uwolnić. Są jak scenariusz czy mapa naszej aktywności. Wciąż czujemy się winni i w obowiązku... 

Brak odczuwania satysfakcji rośnie szybciej, niż jesteśmy w stanie znaleźć kolejne uzasadnienie. Poświęcenie zakłada ten przymus, można się poświęcić dla rodziców - zostając na zawsze samotnym, z nimi w pustym domu, bez przyjaciela czy męża... swojej rodziny i dzieci. Nie ryzykować w ten sposób. Oddać się temu co znane - choć coraz trudniejsze. Niezrozumiałe! Można poświęcić "życie innych" w imię niepisanych zasad: zakładając, że siostra zaopiekują się niepełnosprawnym bratem. Ułożyć mu/jej przyszłość pod nasze dyktando, nie pytając o wolę i o decyzję. Można - już bardziej świadomie, myśląc i parafując ten fakt - oddać swój organ, narząd, szpik czy krew i osocze - innej osobie. A nawet jak w czasie wojny miało to miejsce, swoje życie... 

Można poświęcić się czemuś lub komuś... Malarstwu i rzeźbie (Frida czy kochanka Rodena - słynna rzeźbiarka, ale dopiero po śmierci - Camille Claudel) bo uważam, że tylko ja tak mogę i potrafię. Tylko ja tak piszę, namaluję i wykreuję z bloku marmuru, tak zaśpiewam - choć ktoś inny będzie na tym żerował, pasł się... Bo ma nazwisko, pieniądze, sam jest autorytetem lub ma znajomości. Być może wstępnie będę żyła w "jego" cieniu... Jest znany, a ja zajmę się jego chorobą lub niepełnosprawnością... Jego charakterem...

Nie tak. Nie tylko tak... Choć cel, by tworzyć i móc działać czasem był tylko tak możliwy do osiągnięcia. Zostać pasjonatem - o tak!!! Trwać, być. Zostać zapamiętanym. W innym przypadku - koszt przewyższa zysk (tu poszukaj... Sylwia Plath i jej poezja). 

No właśnie, a kim jest pasjonat?. Zaangażowanym na 100% człowiekiem, gotowym wejść w nieznaną dolinę - w jaskinię gdzie trzeba zaryzykować. Żyć pełnią życia i tworzyć, budować i być prawdziwym autorem "twórcą swojej rzeczywistości"... 

Ufać sobie i żyć, w pełni i "na całej petardzie" jak pisał o swoim byciu i aktywności śp. ks. Jan Kaczkowski - doskonały ksiądz i opiekun hospicjum. Do samego końca życia pracujący i pomagający ludziom, realizujący swoje trudne plany i wielkie, nieprzystające do jego osoby marzenia - jak mówili inni, nieprzystające do jego kruchej i wątłego zdrowia osoby. 

Iść w to, na czym ci najbardziej zależy. Biec za marzeniem... Bo życie takie czy inne, jest niewiadomą - jest nieznane, nowe i tajemnicze. 

Nowe - bo to tajemnica, sama w sobie... Dzikie i niepowtarzalne, tak - bo dla każdego jest totalnie inne, choćby jego scenariusz i wybory - wydawały się podobne, a jednak - życie jest największą tajemnicą.

Jak fragment obrazu. Nie widzisz reszty. Dopiero zaczynasz malować... pierwsze rysy.

wtorek, 2 marca 2021

Uwielbiam

Tak po prostu, i życiowo... Mocno i z całego serca. Uwielbiam...

Śpiewam życiem pieśni uwielbienia... wzmocnienia i wzrostu. Dzięki temu odzyskuję większość zmarnowanych czy straconych lekko sił. Odnajduję się, gdy jestem pogubiona... Liżę rany...Gdy wróg u bram, a zły łypie - gdy człowiek podejrzewa, człowieka... I gdy zaczyna się okres chłodu i pustki, śmierci dookoła, czystego mroźnego nieba i gwiazdy biją pokłon bezkresowi. Mam ten czas - dla siebie...

Ku wzrostowi... Buduje siłę, wnętrze oczyszcza... Pozbawia złudzeń, że wszystko jest w moich rękach i tylko ja, człowiek potrafię swoje sprawy ogarnąć. Uczy pokory, Słowo najpełniejsze. I nadzieja - nieśmiertelna.

"Dlaczego rozpaczasz, ma duszo,

I dlaczego drżysz we mnie? Ufaj Bogu, jeszcze będę Go wielbił, On moim wybawieniem i On moim Bogiem!" Psalm 42


Cichy zakątek, na cmentarzu - Czerna, Krzeszowice k/Krakowa


Kiedykolwiek czytam ten fragment, w momentach totalnego zagubienia i rozpaczy... 
Gdy puszczają wszystkie obrony. I kiedy tylko światło i płomień, żyje On we mnie, jakże mnie dźwiga i jakże skrzydeł dodaje... 

Bo taka mała w tym wszystkim się sobie wydaję. Taka krucha.

I gdyby nie to, nie świadomość, że jest coś bardziej ważnego i to o wiele większego ode mnie, coś doskonalszego po stokroć, sensowniejszego niż całe nasze ludzkie - bolesne istnienie, to Coś wiecznego i skomplikowanego - po wielokroć nie dawałabym rady. 

To te słowa by mnie za każdym razem powaliły a nie podnosiły... Ciągnęłyby w totalnie niemożliwe, nieogarnione. W dół. Ale świadomość, że jest i istnieje, nieobojętne mu moja życie, praca, wysiłek w nią wkładany. Moje upadki i moje powstania, całe to "moje ludzkie dobro" jest Mu bliskie, znane... I moje bezpieczeństwo i wzrastanie - jest w jego boskich dłoniach... 

I zawsze - napawa mnie radością... Szukam w nim siły. Zawsze. 

I zawsze - jak On - nieskończonej.