wtorek, 10 października 2017

Techniki uczenia się i tajniki pamięci

Zaskakująco szybko dotarliśmy dziś i do głębi i dotykając sedna problemu z 4-klasistami, na lekcji zastępstwa, na której "nie mogę prowadzić języka angielskiego, gdyż nie mam stosownych uprawnień", jak pięknie jest się uczyć. Jak wiele rzeczy może nam się przydać. Jak jest ciekawie, gdy wiemy i rozumiemy i troszkę wtedy - gdy pomagamy uczyć się innym. Przelecieliśmy w 40 minut te obszary pozostawiając 4 minuty na to, by nowość- wiedza i temat "usiadł".  

Ogarnialiśmy bezkres metod nauki i zapamiętywania "na czuja", chaotycznie stosowanych, regulowaliśmy rzeki przypadkowości i spontaniczności uczenia się. Tego jak i co robimy teraz, najczęściej, jak z rodzicami - a jak w klasie i grupie - czy stosujemy te techniki w kolejności, czy planowo, czy w zależności od przedmiotu - czy "bez przypadek". 
No i - co z tego mamy... 

Nawet nie zdążyliśmy dojść do świata motywacji oraz pasji - bo to wyższa szkoła jazdy, koń bez uzdy i bez siodła - najczęściej...
  
I wróciło mi wspomnienie z wakacji, wspomnienie trudnej rozmowy. A na jej końcu pytania.
A moje pytanie do specjalistki z tego zakresu, dziewczyny - która zaatakowała mnie słowem: "Nie możesz, nie wolno prowadzić ci takich zajęć, mówić i czytać, opowiadać i rozbudzać w nich wiedzę -bo nie pasję - ciekawość poznawczą". Do tego, nawet nie doszłyśmy... Bez wypowiedzi i komentarza z mojej strony. Tylko pytanie. Retoryczne - oczywiście... Na tę głośną krytykę, na dość ostry atak i trajkot dwojga ust (dwie nauczycielki) - czyli przykry krytycyzm sofisty, "umysłowca" i zabójcę spontaniczności... Szkolnego analityka i "przePISowca", "regulamin rzecz-święta", takich "odtąd dotąd". I to jeszcze na wakacjach, w trakcie uroczystości poślubnej i rocznicowej, kawki i herbatki w ogrodzie...
To... Konfrontacja, bitwa na słowa. 
Bo nie czyny (choć po czynach lepiej mnie poznać, słowa gubię w zachwycie - czasem).

Zadałam jej wtedy szybkie, chyba odruchowe - jak czuję - pytanie:

Czego, jak ci się wydaje uczysz ich na lekcji - a sama pracuje jako pedagog, koleżanka zaś jest bibliotekarzem, choć wykształcenie polonistyczne - oczywiście. 
Przekazujesz wiedzę, czy ćwiczysz umiejętności???. Dajesz porcję tego co powinni znać, umieć, rozumieć - pojąć. Choc mogą to przeczytać, usłyszeć lub znaleźć w dowolnym miejscu, czyli"#rybę"- czy też - dajesz im #wędkę (patyk, haczyk). Zastanów się, jakby od tego nie zależało twoje życie - ale ich los...

Reakcja, rybka...
Zamknięte usta. Woda dotarła do poziomu warg.

poniedziałek, 15 maja 2017

Wybaczajmy i zapominajmy

Dwa zdarzenia nie przystające czasem do siebie, dwa światy trudne do pogodzenia... Rzeczywistości nie przystające, jak kąty w geometrii, płaszczyzny, jak figury...

Czasem jesteśmy gotowi przepracować jakąś trudną relację, podjąć decyzję o skutkach bolesnych i trudnych w warunkach wyższej konieczności. Odchodzący rodzice, umierając - przy łóżku proszą - o pogodzenie się i gest pojednania pomiędzy dziećmi czy wnukami. Pozostawiają do realizacji pakiet pilnych "zadań" do wykonania: - miłość, - odnowienie relacji, - słowo pierwszy raz wypowiedziane do siebie, od lat...
Zadanie domowe lub zadanie życiowe - "do wykonania". Czasem obarczają dodatkowo - swoją odpowiedzialnością, kiedy indziej, obwiniają za nieudolność i lata przeżyte w gniewie i nienawiści. Nie potrafią żyć i nie mogą odejść niespokojni o to, co pozostawiają.

Ludzkie relacje nie są łatwe, te w rodzinach - raczej kruche i delikatne, wrażliwe są na zmiany, naciski i ingerencje. Przestajemy się lubić, potępiamy za pojedyncze słowa, oddalając się - palimy mosty i zaminowujemy drogi prowadzące do zbliżenia i rozmowy. 

Czasem trzeba osób trzecich lub rodzinnej tragedii, by naprawić bardzo stare rany, pozwolić się im zamknąć, zabliźnić, zarosnąć świeżym mchem,pokrzywami, trawą - czy też - lepiej, bo cudownie, zalać je uzdrawiającymi: oliwą i winem...   

Nigdy nie wiemy, rozpoczynając cały korowód - czy nasza rozmowa i podjęte działania nie wywołają dużo trudniejszych emocji i bólu. Jaki będzie ich dalszy scenariusz i przebieg. Jednak noszenie w sercu bólu, pretensji i zawiści, cierpienie ponad miarę - a męczeńsko utrwalane, z czasem gorzej wygląda. A my - funkcjonujemy chorobliwie, jak zombie, fatalnie znosimy tę nienawiść, pogardę i złość w bezsilności.

Zadra pielęgnowana w sercu, działa na nas bardzo źle. Uzdatnia nas zbyt często do dalszego, konsekwentnego czynienia zła i paskudzenia wokół siebie... W innych obszarach, w stosunku do kolejnych ludzi - w domu i pracy... Potrzebujemy wtedy, tak sobie to tłumaczymy, dalszego udowadniania i uzasadniania tego, co robimy. Mówimy coraz odważniej, raniąc inne osoby, dlaczego cię nie lubię, gardzę tobą, śmieszysz mnie - myślimy to i wypowiadamy bez względu na konsekwencje, i tylko to, co złe - o drugim człowieku... 
Szukamy argumentów z czasem produkując kolejne... "tak, ale...": szykany, złośliwości - z lęku, złości i bezsilności - wskakujemy w ludzką pogardę.

Mamy szansę wybaczyć, nie musimy zapomnieć do końca. Ale takie pielęgnowanie urazy tylko szkodzi. Uleczenie zaś relacji - jest dojrzałą odpowiedzią na wiele trudnych emocji i na cierpienie. Uleczenie ducha i woli, miłość i jej rozpalenie w sobie - to ulga i powrót mocy człowieka. Jeśli nie możesz tego uczynić, zamilknij. 

Nie jesteś w stanie pokochać na nowo i zapomnieć???
Oddalić od siebie???
Przyjmij i ofiaruj to cierpienie i doznawane krzywdy dla i za innych, bardziej rozrywanych emocjami i życiem. Ofiaruj je w sercu Temu, który cię miłuje bez granic, bez warunków, bez wszystkich "ale". Bo zna siebie i zna ciebie, kocha -mimo wszystko, mimo tego ludzkiego brudu i naszych dołów.



 

Spacer po jednej pięciolinii

Spacer po tej samej pięciolinii, czy mogę tak nazwać to zapoznanie, tę aktywność???
Moment gdy chore lub mocno zagubione, zaburzone dziecko zaprasza mnie do swojego świata przeżyć, odczuć i związków. Do śladów jakie odcisnęli na nim ludzie, do swoich motyli i ptaków ale też do strachów i potworów... Bo ten świat czasem jest bajką i ułudą, a czasem mrocznym i fantastycznym horrorem bez wyjścia. Labiryntem w którym mrok z lubością przepędza dzień...

Zagubienie dziecka, zwłaszcza zanim zostanie zdiagnozowane przypomina jakąś malarską mroczność. Ten czas jest trudny dla wszystkich stron, jest w nim więcej pytań niż odpowiedzi. Każda osoba cierpi w tym oddaleniu, nieufności, w pytaniach i wątpliwościach - ale też w poczuciu winy jakie na siebie bierze, naciąga jak używaną skórę... 
Tak szybko padamy, rezygnujemy, załamujemy się. Porównujemy się do tych, co mają lepiej, są zdrowsi i piękniejsi, posiadają to, czego nam brak... 

Nie radzimy sobie z trudnością w jaką życie i los wrzuca nas jak wiśnię w kompot. 
Jak ciało w grób, w pustkę - jak zwierzę w pułapkę...

To zaproszenie do "wspólnej wędrówki po pięciolinii" jest pierwszą próbą nawiązania relacji, kontaktu, gdy nawet do współpracy i zrozumienia jeszcze daleko. 
To trochę tak, jak zobaczyć twarz nadziei, anioła... jak dostrzec światło. 
To trochę tak, jak barwa - zwiastun tęczy, danej od naszego Stwórcy, by zakończyć potop, deszcz, powódź czy pożogę. Sygnał i jasny komunikat - żeby pozostać i trwać, jeszcze nie rezygnować, nie dać za wygraną...

Dziecko nie wyrazi potrzeby, nie powie o co mu chodzi, co w nim tkwi, z czym się mierzy... Jest najczęściej pozostawione i czuje się obco, samotne na pełnej łez ziemi, samotne w kosmosie. Dookoła wrogi świat, jego przedstawiciele - smutni, poważni i zatroskani, przejęci - lecz nieumiejętnie pomagający lub wcale...

To jego życie, a takie inne niż wszystkich. Scenariusz z jakiejś dziwnej i niepowtarzalnej historii, dramatu, który trwa i śni się - mimo porannego otwarcia oczu.
  
Ono trwa w prawdziwym oku cyklonu, bezpieczne. Tam - gdzie znalazło spokój i ukojenie, choć dookoła rozpętała się burza i trwa wycie, hałas, szum, wszystko w nerwach chce oprzeć się i stanąć na ziemi. Możliwie szybko i sprawnie powrócić do równowagi.

Dziecko jest od tego dalekie, ale jest też izolowane... W swej niewiedzy i strachu, zablokowane i smutne, a wszystko to, co je otacza - wygląda podejrzanie tajemniczo. Wsparcie jakie możemy ofiarować jest bezcenne, na samo zaproszenie do jego utworu, do jego życia, na pięciolinię - możemy być wdzięczni...


Zachęcam mocno, łapmy te momenty, te błyski i flashe... Być może jesteśmy "tu i teraz" jedynymi ludźmi dopuszczonymi tak blisko do tajemnicy, do trudności... Cicho odpowiadajmy na pytanie: jakie jest nasze zadanie, po co stanęliśmy na czyjejś drodze - bo nie musimy wiedzieć i rozumieć już, od razu... Tajemnice innych ludzi otaczają nas przecież dość szczelnie, wypełniając przestrzeń. 
Był czas, gdy sami tkwiliśmy w kłopocie, w klinczu, w pułapce...

Nasz świat i świat dziecka przenikają się ale nie są ani tożsame, ani przystające do siebie... 
Nie znajdziemy tu podobieństw czy analogii i nie próbujmy szukać ich na siłę. 

To spotkanie małego człowieka - ono zawsze będzie i niespodzianką, i nową historią, którą warto zgłębić.        

poniedziałek, 8 maja 2017

Otwierajmy serca, uczmy tego innych

Otwierajmy serca i drzwi naszych domów. Gościnnie, wiosna - czas gdy rodzą się szczeniaki i kociaki. Te bardzo chciane i poszukiwane i te mniej, te na których zarabiają hodowcy ale przede wszystkim przychodzą zaskakująco tam, gdzie ani czas ani rzeczywistość nie jest przygotowana na ich przyjęcie.
Ich domem staje się podwórko, szopa a często - pustostan, ogródek działkowy czy las... Otwarty teren...

Jeśli mamy pojemne serca, naprawdę dobre i otwarte, trochę woli by wesprzeć,pomóc i ofiarować czas oraz ruch, to i my możemy być dawcami ich szczęścia i spełnienia. Miłości i troski. Ten dom oraz szansa, może być tym jedynym, tą właściwą... Nic tylko dać się pokochać i zauroczyć jakiemuś stworzeniu, czasem czekającemu przez wiele lat na adopcję, na dach nad głową i dobrą strawę...

Ale najważniejsza jest miłość - otwarta, akceptująca, przełamująca i opór, i naturalną już nieufność. Poczucie braku nadziei, zawód jaki zwierzę przeżywa dotkliwie towarzyszy mu do końca... Żyje w nim skrywana obawa przed odrzuceniem, ono nie zna innego - dotąd - scenariusza, jak bezdomność, samotność, strach i niepewność kolejnego dnia.

Dajmy szansę pociechom, które oddać nam mogą całe swoje serce i dozgonną, czystą wierność. Te oczy, spojrzenie - bezcenne.Uwielbienie i przekonanie o tym, że mają dom kochający i na zawsze swoje miejsce w rodzinie... To nic, że kapcie czasem obślinione lub pogryzione, że czasem wymaga uprzątnięcia podłoga czy "podcerowania" kanapa, płaszcz czy fotel... Wyprania spodnie ubrudzone niecierpliwymi łapami po spacerze... 

Ta miłość nie ma ceny... nie ma miary żadnej. Nie kończy się wraz z końcem życia... 
Bo ona jest nieskończenie niepojęta i piękna. Tak piękne potrafi być tylko całe dobre życie...    

wtorek, 25 kwietnia 2017

Zawiść i smutek rujnuje życie

Zawiść i smutek jest jak jad...
Zatruwa nas od środka. Nie mam czegoś lub brak mi, nie dostałem - nie tylko rzeczy, przedmiotu, ale uczucia, ciepła, poczucia bezpieczeństwa. To odpowiedź na deficyt uwagi, uważności, zainteresowania mną... Na niepoświęcanie mi czasu i energii, brak pochwały i innych wzmocnień pozytywnych, wiary we mnie - że jestem ważny, że dam radę, że wytrzymam, że poradzę sobie z trudnością, rozwiążę problem -  
Może kiedyś, stanę się samodzielny i szczęśliwy, a nie smutny i zależny...

Stajemy dziś w rodzinach, w wychowaniu młodego pokolenia nie tylko przed problemem braku czasu. Zagonienie, czas poświęcany pracy i rozwojowi osobistemu, realizacji zainteresowań własnych, eksplorowania i badania - ponad miarę siebie i świata dookoła nas...
Niszczymy nie tylko planetę ale i relacje ludzkie...

Ale czy nie bardziej jest to problem braku miłości i otwartości... Ciekawości drugiego człowieka i zdolności do poświęcania się mu, oddawania tego, co otrzymaliśmy wcześniej, wdzięczności innym za coś, co byli w stanie nam dać i czego nas nauczyć???

Ratujmy kruchą równowagę, bez niej niezwykle trudno żyć, trudno też ocenić perspektywę działań własnych i innych ludzi, nawet tych z największą wiedzą, przygotowaniem czy doświadczeniem zawodowym, technicznym, każdym innym...
 
Z tym nastawieniem jest i będzie nam trudno uwierzyć w to, co jest daleko - poza nami. W kruchość życia, kruchość naszej historii, ciała i kosmosu jaki nas otacza. Niepowtarzalność tej planety, naszego ekosystemu, naszej rodziny - niepowtarzalność więzi i związków z ludźmi... 

Nie my jesteśmy pępkiem świata... z pewnością - nie ja, nie ty...  

Nowalijki

Moje dziecko blisko 20sto letnie zadało mi pytanie z gatunku "powiało grozą". Mamo, mianowicie, coście wy przez ostatnie lata jej do głowy wkładali... Ano pytanie brzmiało: "Co to są nowalijki, o których wszędzie dookoła słyszę..."
Zdębiałam. Może faktycznie zbyt mało rozmawiam z dziećmi. No to akurat chyba jest mało możliwe, mówię i to czasem zbyt wiele... 
Może nie jasno mówię. Może to archaizm. Obca mowa. Dziwne słowa... Może używamy aż nadto obcobrzmiących słów. Choć dla mnie, to raczej abstrakcja - po tylu latach dochodzę do wniosku, że używałam innego, może niewłaściwego słowa na określenie tego, co zdrowsze po zimie, 6-miesięcznym okresie oczekiwania na słońce i życie, a co - wyraźnie odcina się od tej odchodzącej pory roku... I może na to, co świeże i zielone, zabrakło mi już innych określeń. A może zapominam, nie nauczyłam takich słów. Nie wyjaśniłam... 
Czy to te powody???

Zaskoczyła mnie tak, iż zaniemówiłam... potem już tylko śmiałam się z siebie i nie wierzyłam w to, że nigdy przy dziecku nie mówiłam o pierwszych, świeżych "warzywkach" nowalijki... No może nieprecyzyjnie, nie tylko wtedy, gdy wysyłałam ją do sklepu - kiosku z zieleninką... Po tzw. cokolwiek "zielonego".
Ale gdy sadziłyśmy w doniczce, w ziemi cebulę i końcówki korzenia białej piertuchy... Gdy w ostatnich latach wysiewamy kiełki. Moczymy różne ich nasiona, by puściły pierwsze korzonki i listki...  Gdy kochamy same pożerać świeżą rzeżuchę do serka białego... Gdy sama przecież sieję proso naszego ptaka, bo barwi świat ale i jajko wielkanocne na zielono... 
Po prostu mnie mocno dziewczyna moja "zadziwiła".

Gdy teraz myślę o tej rozmowie, śmiesznej wymianie i grze słów... O warzywie, które jednak dwuznacznie trochę brzmi - dostrzegam przecież jak sama miksuje owoce lub miesza je w ciekawych zestawach kolorystycznych, jak codziennie wchłania mieszankę gotowych sałat - dorzucając to, co kolorowe i zakupione i co niesie w sobie bogactwo karotenu, jak przecież chętnie nawet surowe plastry buraka czy marchwi chrupie. Jemy to, używamy tego, wiemy ze zdrowe... tylko ta nazwa.

Nowe...
Nowe i delikatne, takie - pierwsze życie dla tkanek i ożywienie dla skóry i krwi. To co jest od zawsze a tylko brzmi ekscentrycznie czy też może zbyt podręcznikowo, zbyt tajemniczo - "jak z przepisu" czy też światowo, co ma nazwę nieprzystającą do kolorowej w jednym odcieniu zieleni treści właściwie naci... Czasem tylko - czerwonych kulek rzodkiewki czy młodej kalarepki...   

Muszę się z tego śmiać, zażartować, choć wiem że zdrowe, ale w tej rozmowie - i nasz śmiech oraz to zdziwienie dziecka także było zdrowe, zaskakujące - i takie jak nasze dialogi na cztery nogi - ożywcze... 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Śmierć: pożegnać, pogrzebać

O dramacie rodzących się i umierających zaraz dzieci, pożegnaniu się z odchodzącymi maluszkami ale też jak ciężko o tym mówić i wreszcie - jak długo się pamięta, każdy z nas trochę wie. A to w rodzinie  ktoś miał takie doświadczenie, a to ktoś bliski opowiadał... 

Może sami też uczestniczyliśmy w odchodzeniu, żegnaniu się z dzieckiem, próbie ratowania go. W godzinach spędzonych przy łóżku... W ostatnim też pożegnaniu, we wsparciu rodziców...

Matka jednego z moich uczniów straciła maleńką, kilkumiesięczną córeczkę. Tak się cieszyła na jej urodzenie... Już jej nie ma między nami...


Moja córka zdecydowała się na wolontariat w Szpitalu dziecięcym, oddział do wyboru - jednak czekała ją rozmowa z opiekunem wolontariatu, księdzem i jego wskazanie i osąd... Posłuchał i popatrzył na nią już po rozmowie, zapytał o to jak sobie wyobraża pomoc, działanie, zadania. Podumał chwilę, i powiedział - "już wiem gdzie cię przydzielić... pójdziesz na onkologię dziecięcą".

Ciężar ugina trochę kolana.  Wydaje się to nie zabawą, a na pewno nie rozrywką... choć często ta aktywność taka jest: gry, zabawy, czytanie książek, strojenie się...

Ale najbardziej urzekła mnie prośba jednej z dziewczynek do mojej córki, takiej małej uśmiechniętej buzi - "mogłabyś poczesać mi włoski???". I myśl. Kurcze, co tu czesać, ona nie ma żadnych włosków. Chemia jej zabrała... Na to zdziwienie i milczenie mojej córki dziewczynka z uśmiechem zagadała: "Wiem wiem, na głowie nic nie ma... ale chociaż poudawajmy tą szczotką, że mnie czeszesz po główce..."

I jak tu nie kochać tego co jest, i takiego jak jest... Zanim odejdzie, zanim się ją tylko taką zapamięta. 
Moje dziecko ma czasem orzeszek do zgryzienia... 
I tematy do rozważenia w głowie. 

Czy lekarz może pomóc. Nie wiem, ale niech przynajmniej spróbuje...

poniedziałek, 20 marca 2017

Bliskość warunkiem dobrego rozwoju

Czym jest miłość? Czym może być...
Ta postawa i radość z pojawienia się drugiego człowieka, wyrażana w dotyku, uścisku, opiece i trosce... w radości i spojrzeniu, te pierwsze dwa lata naszego życia - warunkują wszystko. Warunkują nasz rozwój ale też to, jacy kiedyś będziemy - nasze podejście do innych i otaczającego nas świata.
Choćbyśmy nie wiem jak bronili się przed emocjami, nie dopuszczali ich ważności... Mówili sobie - to tylko chemia i biologia bez znaczenia, prawda jest inna. To nasz mózg i ciało będą się domagały relacji i bliskości, chcemy czy nie - manifestujemy taką potrzebę i do pewnego stopnia walczymy o to zaciekle.

Bez czułości, dosłownie przytulania, nasz organizm, nasz mózg rozwija się źle. Brakuje mu najważniejszego... Czasem nawet możemy mówić o rzeczywistych oznakach braku czułości, upośledzaniu się czynności naszego mózgu - jego struktur. Neurobiolodzy straszą, że takie morfologiczne zmiany są nie do odwrócenia! Osoby dorosłe poddawane terapii nie odzyskają tego straconego w dzieciństwie doświadczenia, przeżycia.

Podążanie za dzieckiem,jego rozwojem i potrzebami koliduje, a i owszem, z naszym rozwojem zawodowym, awansem w firmie i wyjazdami. Czasem szybki powrót do pracy uniemożliwia zbudowanie i utrzymanie więzi. Lecz jeśli wybraliśmy macierzyństwo i ojcostwo - wybierzmy do końca. 
Dbajmy - nie tylko o higienę i żywienie. Absolutnie nie tu leży problem...

Emocje - szczęśliwy człowiek to człowiek kochany, przytulany, chciany, witany radosnym uśmiechem, doświadczający fizycznej i emocjonalnej bliskości, więzi...
Ten czas nam dany jest jeden i niepowtarzalny, nie do nadrobienia. Wtedy nasze dziecko zyska potencjał i niezbędne zasoby na kolejne lata życia w grupie, w związku, w rodzinie...
   

środa, 18 stycznia 2017

Odrzucenie nie tylko boli

Psychiczne czy też fizyczne odrzucenie, odtrącenie...
Jak "karać jest łatwiej" drugą osobę, co robimy częściej???
Co bardziej boli każdego z nas, indywidualnie... wreszcie.

Siadamy z moim mężem ostatnio i dość często razem rozmawiając, analizujemy relacje, wiele zdarzeń, kontaktów i rozmów. Trochę z przeszłości, czasem z ostatnich tygodni - typowych scen dla naszego życia, oraz innych znajomych nam osób. Wnioskujemy o ludziach i ich motywacji, rozważając za i przeciw... Ale też więcej rozumiemy, znając już wiele lat osoby o jakich mówimy. Analizujemy też, czy można zrobić coś innego czy można było zapobiec jakimś zdarzeniom, a co na przykład - można wnieść do sprawy teraz, dziś... tak "na świeżo". Jak ją teraz - po latach - rozegrać. Czy jeszcze można ratować sytuację...   

Czasem nasze zdanie, nasze uwagi czy rozmowa z kimś, wiem,  nie mają  już żadnego znaczenia. Tak, często tak właśnie jest - i wiemy to oboje. Nie mamy już wpływu na przeszłość, ona się zamknęła za nami... Choć dziś, po latach - gdy ją oglądamy i analizujemy z perspektywy, wiemy że oswoiła nas i okiełznała. Wiele nam też - wyjaśnia...
Konsekwencje naszych słów, działań i czynów, odciskają na każdym z nas piętno, ślad, znak...

O tym, jak odrzucamy siebie w rodzinie najczęściej... 
Co czynimy dziecku a co, osobie starszej... 

Zdajecie sobie z tego sprawę, myślicie o tym nie mogąc np. zasnąć wieczorem???

Z obrzydzeniem, oddalam cię, bo nie satysfakcjonujesz mnie... Robię to, bo jesteś stary czy szkaradny, niepopularny lub krzywy, chory... Czy też o niskim IQ, mało zdolny - nieudaczny... 

Wciąż może słyszysz: wstyd mi za ciebie, wstydzę się "za"... 
Wreszcie pada: wolałbym, żeby cię nie było... żebyś się nie urodziła. Nie chciałam tego dziecka, dwójka - już mi wystarczyła, a nagle - byłeś/byłaś ty... 
Zacięte usta, pół życia w napięciu - mniejsza wartość człowieka i takie oto o sobie myślenie, jakich inni udzielają nam znaczeń, ocen czy informacji o nas... Przyjmujemy to, chłoniemy jak gąbka, bo w tej atmosferze i słysząc te słowa rozwijamy się i żyjemy. 
Choć tak niech będzie, jeśli nie może być inaczej. Żyjąc nadzieją, że może spotkamy takiego kogoś, kto nas pokocha i pozwoli żyć, i nasze życie - naprawi... 
Aż do głębi, do sedna, aż do końca, tego, kto pomoże przebudować, przeprogramować nas.

Wydaje nam się, że starszym ludziom po prostu "możemy już tak powiedzieć", że ich już nic nie przerazi i nie zaboli... Niczego nie potrzebują lub nie chcą. A już na pewno - nie żyć!!! 

Ciekawe co myślą o decyzji na temat ich życia i śmierci starsi ludzie... O tym, że są skazywani taką nieludzką, zbyt łatwą "decyzją" o ich eutanazji, świadomą decyzją i wolą najbliższych - zwłaszcza dzieci - na śmierć. Ich ojcowie, bacie i dziadkowie, matki rodzące ich 40-50 lat wcześniej... w Holandii, Belgii czy krajach pozornie tylko cywilizowanych zachodniej Europy, jej północy - w klasach Beneluksu.  

Przerażająca i porażająca ludzka katastrofa, niehumanitarna statystyka...
Mówią o tym wprost studenci medycyny, lekarze, katecheci i pracujące za granicą siostry, opiekunki, pielęgniarki.... 

Otwarci i tolerancyjni dla obcych, dla przyjezdnych czy też uciekających. Emigrujących z krajów wojny, konfliktów i niepokojów, repatriantów czy przesiedlanych w inne strony po II wojnie, ale i po innych późniejszych europejskich lokalnych konfliktach. 

Czy w ten sposób odmładzają swoje społeczeństwa. A jakim prawem to czynią, jakim prawem czynimy to my, ludzie - w czym jesteśmy lepsi od nazistów i innych szaleńców, decydujących o ludzkich losach, o czyimś "być czy nie", żyć - czy nie przeżyć...  


W sensie psychologicznym, człowiek zamiera słysząc wciąż takie uwagi na swój temat, bierze 
 je za wewnętrzne przekonania o sobie, trawi te sądy wartościujące, zazdrości rodzeństwu ich pozycji lub przywilejów. Hołduje tej nienawiści i hoduje pogardę, niemoc lub zawiść... 
Uczy się nienawidzić innych tylko dlatego, że im okazywana jest czysta i jasna miłość, szacunek i całe bogactwo emocji - i te złe i te dobre, w równowadze...