Czyli o zbliżającym się dniu matki... i dniu rodziny...
http://www.e-psycholog.pl/index.php/niesforne-dzieci-smutne-matki-i-sfrustrowani-ojcowie/
Pogrążone w smutku, bólu, zagonione i nie odczuwające wsparcia... Znikąd.
Czują się samotne w swoich zmaganiach - zakupy, zaopatrzenie domu, plan dnia, gotowanie i wyprasowanie stroju szkolnego, koszuli mężowi, jeszcze dla siebie urwanie kawałka czasu - makijaż, zdrowy wygląd - sok lub smuffie, liść sałaty i woda, dużo wody - bo tak mówią z ekranów i piszą wszystkie "wiosenne gazety".
Mniej, chudziej, wolniej... uśmiechnij się... bądź pogodna, miej czas dla siebie, na relaks i książkę - zwolnij.
Świat paradoksów i pobożnych życzeń.
W dniu i okolicy dnia matki, dnia rodziny... Tej rodziny co powinna wesprzeć, dać klimat i miejsce na takie działanie i "zajęcie się sobą". Na odmianę - odmłodzenie czy tylko regenerację sił witalnych.
Czy nie zbyt wiele... jak na jedną małą zebrę??? Jak mówi moja pani doktor - gdy zagoniona padam u niej na fotel, a ona słucha mojego serca... gdy jeszcze nie skończyłam mówić, co mnie sprowadza, co boli, ile przede mną - a ile już totalnie - poza mną???
Gdzie rozum, gdzie serce... Gdzie one są i czy razem funkcjonują...
Czy obraz rodziny, nie tylko polskiej to ten - z gazet, z tabloidów i reklam, "z plakatów" i ulotek znanych marek i sklepów, usługodawców i dawców/ "udzielaczy" kredytów na te wszystkie "dary nieba" i pożyczek...
Obraz rodziny, więzi i miłości rodzinnej. Rola w nim - kobiety, ikony i odwzorowanie boskiej rodzicielki. Nie matrony, ale pięknej i pełnej spokoju osoby - delikatnej i cierpliwej miłości, źródła miłości.
Tak wygląda nasz dzień codzienny... Ten rodziny (wielorodzinny), blokowy - systemowy i klatkowy wielkich osiedli i społeczności... Zabudowanych i ciasnych - drogich przecież miast. Ale - inny ma wyraz na festynie szkolnym, parafialnym czy też którejś z rady dzielnic.
Inny wymiar ma ta rodzina podczas uroczystości rodzinnej czy też wyjazdu wakacyjnego, zwanego odpoczynkiem...
Inny wreszcie - w czterech ścianach kuchni i pokoju. W kolorze khaki i rudy brąz, starej tapety i królującej nadal - w mieszkaniach i domach wielopokoleniowych - boazerii.
Każdy z domowników, zna swe miejsce...
Ale matka - stara się nad wszystkim panować, najczęściej swoim kosztem. Dziecko może się złościć, buntować, przeżywać i dorastać... mężczyzna - zarabia i utrzymuje rodzinę, więc musi odpocząć i zrelaksować się, mieć czas dla siebie i na swoje hobby lub coś nie coś - wypić, aby się rozluźnił...
A ona??? Trwa, działa, pracuje na 2-3 etatach.
Rodzi i wychowuje, biegnie, kupuje... Gotuje i częstuje, przyjmuje gości. Uśmiecha się - delikatnie, zmysłowo...
Bez względu na siebie - swoją chorobę czy stan swojego zdrowia...
Biegnie odwiedzić matkę czy teściową, bo trzeba. Bo wypada... Bo warto???
Ze względu - na innych, na rodzinę, na zadanie, na tę o jakiej "myśli", jaką wspomina: na konsekwencje obietnicy, świadomość słowa...
I ta ulotna, a tak mocna - trwała i nieśmiertelna wierność...
Tym ideałom i tej jednej, jedynej przysiędze.
Niepokoje nasze, znoje nasze, przerażająca pustka... Wszystkie one żądają i pragną czegoś, wpływając na funkcjonowanie. Czegokolwiek, bo nie ma tu wysublimowanych pragnień, "zaspokajacze i zapełniacze...mile widziane".
Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu... i zamyśleniu - nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie - kawałku niecodziennego.vloga.... NV właśnie o. Adama Szustaka... Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama - szczerej "nocnej spowiedzi" przed słuchaczami... - zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!
Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu - ja nie wiem...
Pewnie kiepska - może nawet, całkiem zła... Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka...
Wtedy też, zaświecił mi się mój "zielony ogarek", ten - jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz... czy to nie jest "zaraz", zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją - jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także - w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce...
I tak "pozytywistycznie" patrząc na to zjawisko - jakie Ojciec Szustak popełnił: "ma ojciec rację, świętą rację...
to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje
sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta".
Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi - jest najpierw dziwnie, smutno i szaro... ale następnie źle, potem
gorzej, w pewnym momencie też - samotnie, strasznie i potwornie...
Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!
A nawet w poniższych komentarzach jest to "pomieszane"!!!
Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby - nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności - poczucia winy, zadaniowości - czyli tzw. "zawinienie" sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach - nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!
Jeden czyta -
"depresja" inny "samotność" czy "nowe może przede mną" - inne czyli szansa...
A ktoś jeszcze - przeczekam... Kłopot i trudność - jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej "czuję, że się rozpadam"....
Tak się nie robi, to nieludzkie - miałam pierwsze odczucie, ale...
Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza...
Inne komentarze - są pozytywniejsze, ciekawe ale - też - magiczne!!!
O tej sprawie - "pustce" jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!
Pustka, jak w fizyce - próżnia - nie znosi być "próżna" przecież. Stara się każdy z nas,
i człowiek i natura - zapełnić ją - byle nie w popłochu, strachu i
pośpiechu...
I my, dajmy działać wtedy Bogu...
Tam gdzie jest miejsce - wkracza duch... każdy... Obyśmy nie pozostawili miejsca złemu, kłopotliwemu duchowi. Naszej ciemności... Smutkowi i żalowi...
Dobry Duch - Duch święty ma ten wspaniały i dobry zwyczaj, że czeka i prosi o zgodę - przygotowuje on miejsce wspierając nas... Gdy jest w nas decyzja - bo Bóg - decyzjom błogosławi - ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu - Bóg... i Bóg - Jezus...
"Puste" tak po ludzku... to dobre miejsce, już czekające - przygotowane, bo my uporządkowaliśmy
je - posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie - jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie - pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i
wspaniałym miejscem...
Dobrym, w sensie - wystarczająco dobrym obszarem człowieka - bo gościnnie otwartym.
Jakie mam powody do radości?
Co mnie cieszy, a co smuci?
Łatwo tu o
pomyłkę - jeśli myślimy o zwyczajnej i codziennej radości. Przecież są osoby jakim nie zdarza się codziennie śmiać do łez, do rozpuku... bo...
Powody są różne - nie tylko choroba czy kalectwo, śmierć i inne straty...
Dziś bardziej religijnie bo inaczej nie można zrozumieć istoty szczęścia, jej dwoistości za każdym doznaniem. Szczęścia tak - jak i miłości, skomplikowanego - postawy bycia szczęśliwym a nie - uczucia (odczucia szczęścia, dobrostanu, pogody ducha, relaksu i głupkowatego uśmiechu na twarzy).
Niektórzy uczniowie, Jezusa tak jak i moi wychowankowie,znajome dzieci ale i dorośli - z przykrością
słuchali Jego słów, i nadal tak czynią i przeżywają. Jak ogrom zła, przekleństwo czy "zamach na wolność" całego świata!!! Jak przed wiekami, tak teraz - w Polsce i na dalszym wschodzie i bliższym, w cywilizowanym zachodnim świecie prawda o Jezusie, Dobra Nowina budziła w każdym z nich, słuchaczy i uczniów - kolejne złe emocje...
A przecież
jest ona Dobrą Nowiną dla wszystkich narodów i dla każdego człowieka.
Radość, którą obiecuje Jezus, nie jest łatwa ani oczywista, czasem może
to być radość pomimo smutku.
Świat ten nie rozumie różnych rodzajów radości - anie też, jej wielopłaszczyznowości...
Jak może się cieszyć siostra zakonna - "roześmiane siostrzyczki" to abstrakcja.
Musi być nam wszystkim trudno, ciężko i źle - czasem mawiamy, jako Polacy!!! Smutek, znój i nuda!
Jak tedy rozumieć słowa Jezusa do uczniów, skierowane jeszcze za życia a zapowiadające "inny rodzaj obecności i tym samym radości w świecie, radości przeżywanej "przez Świat" - już po śmierci Jezusa przecież, a całe 2 tysiące lat później.
Radość z obecności ducha - od pierwszego dnia stworzenia, aż do kolejnego zesłania go i następujących za każdym razem w Zielone Świątki, zesłań, w momencie - Bierzmowań - zstąpień na konkretnych młodych ludzi... w modlitwie i trudzie - całościowych zejść i zstąpień Ducha, Parakleta, na Ziemię!!!
I tak: "Trwajcie we mnie (...) Jak ja trwam w jedności z Ojcem.
I dalej: (...) Jeszcze chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie
Mnie". Wówczas niektórzy z Jego uczniów mówili między sobą: "Cóż to
znaczy, co nam mówi: "Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu
chwila, a ujrzycie Mnie";
oraz: "Idę do Ojca"?"
Mówili więc: "Cóż znaczy
ta chwila, o której mówi?"
Przerażeni uczniowie, patrzą - i lękają się i bronią przed nadmiarem dobra oraz nadmiarem wiedzy. Przecież to prości ludzie, w większości, którzy w prosty sposób rozumują:
(...) Nie rozumiemy tego, co powiada. Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: "Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: "Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie?" Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz przemieni się w radość".
Radości cud!!! Cudna ma radość z ożywienia, poprzez zmartwychwstałego. I - oby nigdy nie zgasła, bo sama - nie pozwolę jej zgasnąć nigdy! Przenigdy.
Mroczna wieża...
demoniczna walka, o wieżę, która strzeże i umacnia mój świat, twój świat i wszech-świat... tym samym, czyli światy każdego z nas, z osobna... Tu w plasterku pomarańczy, w tej mapie, wszystko spotyka się i łączy... Jak w znaku mangi, jak w obszarze czerni i bieli... połaczonej, przenikającej się...
W symboliczny sposób - opisanie tego co w nas: istoty dobrej i złej, zarazem, potencjałów jakie każdy ma a jakie umiejętnie rozwijane, będą doskonaliły się i wzrastały...
Jak w diagnozie i badaniu testem Roschacha - widać niewiele, ale... Tak jak w teście Raven'a - i Wechslera - mierzymy, my psychologowie czy ci parapsychologowie z działów HR firm i consultingu, w każdej z korporacji - wszyscy i liczymy, i -"ważymy punkty". Nakładamy na ustalone przez kogoś normy... Wtedy i tylko tak (???? tylko???) czytamy człowieka, jaki przychodzi do nas czy do pracy, czy do diagnozy, pełnej...
I przenosimy to (ten wynik konkretnego człowieka) na płaski wykres... Spłaszczamy też całą sprawę sprowadzając do jakichś liczb i ilorazów...
Dlaczego nie postępujemy inaczej... Rozwojowo...
Jak u Gardenera - w postaci "wielorakiej inteligencji" patrząc na bogactwo cech i przymiotów, rozmaitość ludzką - tu uzyskujemy zakresy i przestrzenną wizję potencjałów.
Doskonałości, i mniejsze doskonałości... To co Bóg w nas stworzył i co dał, uruchomił - "animate" (ożywił, animował, tchnął wraz z duszą i duchem, pierwiastkiem życia). Zaczął - a teraz świat i my, kontynuujemy dzieło... My sami, nasi rodzice, grupy koleżeńskie i rówieśnicze - idole, modele i nauczyciele, przewodnicy i guru... Wiemy, że to co wrażliwie można zniszczyć i zabić, można i uruchomić (oni - muszą... bo potrafią?)
By drgnęło...
By czas i przestrzeń - stała się przyjacielem, dokonało się w nas - wzrost i zmiana.
Rozwój...
Bo jak zawsze piszę i mówię, celem naszym: "rozwój nasz jest, a nie - zwój..."
Teraz o filmie....
Pierwsza część ekranizacji... "Mrocznej wieży", tej powieści - no może obszernego opowiadania, opowiadania jakie można nie tylko raz - przeczytać i przepuścić przez siebie, daje nam wrażenie surowej i prostej. Czasem prostackiej czy taniej produkcji (niski budżet).
Czujemy, że gdyby to i owo ograniczyć, tnąc dłużyzny, dywagacje, przeciągające się spojrzenia - w nicość, patrzenie w przestrzeń i nieznane - byłby to film lepszy. Ale przez innych, uboższy, bo mało wiarygodny... a my w wartkiej akcji nie znaleźlibyśmy tych głębszych walorów.
Bo właśnie przez oczy bohaterów... patrzymy "na rzeczywistość taką, jaką ona jest naprawdę"...
To, co pierwotne... jest i było zawsze.
To, co wtórne - nakłada się i łączy i pomnaża - życie, wartości, obawy czasem i lęki - emocje i bogactwo zachowań - nasze ach i och... uniesienia.
Świat - zawsze dodaje lub też niweluje, ujmuje z tego co jest. I ujmuje, gdy się gubimy i zatracamy, gdy pozostajemy sami i bez wsparcia - to On jest jak magiczne drzewo z filmu AVATAR, Aiwa... Nawet wtedy, gdy człowiek czy postać ginie, Ono - przejmuje całą jej energię i życie, buduje siebie i buduje innych - nią.
Coś
większego, ktoś potężniejszy przecież, niż my, podtrzymuje życie a tym
samym cudowną miłość, więź... Bez lęku i bez strat.
Jedynie
przechodzenie coraz to nowych obszarów i energii. To drzewo, to życie i
jego początek, jego Stwórca - jak pierwowzór tego drzewa filmowego jak "ze
światłowodów" - ma potęgę i moc. I panowanie na tej planecie... gdzie mieszkają duże, błękitne stwory.
Jak dziecko, jak ziarno kiełkujące do słońca - jesteśmy, gdy na śmierć przecież, wcześniej - jest każde z naszych ojców i matek, w ziemię wrzucone. Już na to po części gotowe, aby umrzeć. I - gdy my gaśniemy... Wtedy rodzi się nowe życie, nowa istota, nowy człowiek... Nowa szansa.
To prawda, a nie magia żadna... jest zjednoczenie. Bycie w jednym organizmie, jak w porównaniu z J 15 i J 17 - do tkwiącym w jedności, zapuszczonym korzeniem i ciałem "w krzewie winnym, w prawdziwym życiu, od korzenia po najmniejszą gałązkę...
To drzewo, ta pierwotna istota i siła, w każdym społeczeństwie, na planecie i w kulturze jakiejkolwiek, ma poważanie u starszyzny plemienia, ludzi mądrych - mądrością i tych, posiadaczy wiedzy oraz doświadczenia życiowego - zwanych kapłanami czy duchowymi. Bardziej pragnie prawdy, dobra i podtrzymania piękna - niż pieniędzy, bogactwa i sił...
To co w nasiono, w nowe, w życie przecież idzie.... Jak z dmuchawca, po przekwitniętym złotym mleczu. Jak zrzuca je Aiwa w jednej z pierwszych scen filmu "Avatar I", jako znak wybrania i naznaczenie. Powtórka z kadru prawie już 10-letniego filmu, czekającego na kontynuację w odmętach mórz. Przypominanego znów w jeden z telewizji polskich.
To ziarenko przypomina tym samym, bohatera przypowieści z Ewangelii: jest jak zboża ziarno rzucone przez siewcę...
Avatar. Hosty... z "Westworld" 1 i 2. Stworzenie i stwórca... Stworzenie jakie nie przeskoczy swojego Stwórcy nigdy, bo nie może, nie jest w stanie!!!
Początek - jak fresku kaplicy Sykstyńskiej, akt stworzenia i narodzenia, początek życia - "Stań się!!!" Tu jesteś, tu jest On. A gdzie się zakończy i czym???
Kto to wie???
Ludzie czasem wierzą a czasem - ufają w to, co nie jest ich. Bo może lepsze, bo inne, po bardziej przemyślane... Bo może jest takie jakie "powinno być". Nie ich pomysł, nie koncepcja - nie prawo ich czy nie porządek ich działań. Nie - sami - podejmują decyzję... Ale wtedy też nie biorą za nią odpowiedzialności. Bo działać pod przymusem lub ze wskazania lub też, w złej czy dobrej, albo i - gorszej wierze... nie można, nie trzeba czasem, bilansując zyski - do szkód powstałych - i nie da się... Na dłuższą chwilę się "nie da".
Lubią prosić: wskaż mi, co mam robić i gdzie iść...
Lubią - mówić to on, ona mnie zmusiła, spowodowała, że zjadłem... owoc poznania dobrego i złego, wiedzy.
To niewiasta to uczyniła, a ona na to: "Nie ja, wąż mnie zwiódł..."
A jakbyście dokładniej wczytali się w słowo o stworzeniu, z Księgi Rodzaju, to Bóg do Adama mówił - to możesz, a to nie... To drzewo jest też smaczne, i dobry owoc daje - ale jest zakazane. Ewy, jeszcze wtedy "na świecie nie było", była ułomkiem żebra...
Tym czymś co - z mężczyzny - podczas snu, Bóg wydobędzie dopiero za chwil parę i uczyni - dopełnienie... To "kość z kości i krew z krwi".
Skąd mogła więc wiedzieć, ta - inteligentna i mądra istota o zakazie, skoro... Niestety, pełen poruszenia i zachwytu, zakochany z motylami w brzuchu... z przeproszeniem..., ten sam Adam - nic nie mówiący mądrego wcześniej, poza "istota", "istota żywa" (nazwy dla każdego zwierzęcia szukając coraz to, nowej i wyszukanej)... Zamilkł.
Zakochany, nie uprzedził o konsekwencjach. Czemu??? Ja nie wiem tego.
Ach, gdyby nie kobieta. Gdyby nie wszystkie te dobre kobiety, matki, kobiety - matki - Polki!!! To myśl, to pomysł....
Autonomia do poprawki: zamiast, zastąp mnie, zadecyduj za mnie... popchnij mnie do... zrób za mnie, Wysłużenie się innymi, my Polacy i my ludzie, w ogóle, - mamy też we krwi. Większość z nas czuje się bezpieczniej i komfortowo, gdy szef lub przewodnik, ktoś z wiedzą czy mapą oraz na stanowisku - głowa rodziny, wspólnoty, kościoła, posyła - pielęgnuje, daje, ofiarowuje się - wierzy (nie w nas) dzielnie i działa... Lecz czyni to "za nas", piętno zostawiając w nas...
Spijanie śmietanki. Odbieranie nagród nad którymi kłopotały się i pracowały zespoły, koncerny, jeden człowiek... Kupowanie patentów, kradzież patentów... Pomysłów, obrazów - dzieł wszelkich...
Zasłanianie się. Cudze plecy - mniej boli, mniej dotkliwiej biją czy kąsają... za spódnicą matki, zawsze bezpieczniej
I pytanie moje, na koniec. Gdzie jesteś, dokąd zmierzasz. Gdzie się znajdujesz - czy wiesz to, czy przypuszczasz??? Czy masz tę jasność dla siebie!
Czy to jeszcze ja, czy to - inny jakiś... Ja.
Bo - we mnie jest spokój i wielki luz, od kilku już lat... wielki spokój. Wiem dokładnie kim, w czym, i gdzie jestem na tej planecie... Na tym świecie i o tym czasie!!!
Matka Polka, Matka - jest tylko jedna.... - jak z popularnego skeczu-kawału. Mała. Malutka. Młodziutka... Maleństwo!!!
Ta sama. I wciąż... Matka!!! Matka "łizlerów" i królowa matka - pszczelego rodu....