Oczywiście, impreza... mocna i nocna, zakrapiana...
przechwałki czyli jak to mówię "Brzechwałki" od Jana Brzechwy... i kto w roli głównej? - Niewiele letni, nie siwe jeszcze włosy jego głowy, uczucie u mnie: Ratunku, pomocy, toooonęęę
Pogrążam się w dyskusji. Strzały słów z równych stron padają....
Ostatnia myśl ratunkowa: Porobić pranie, ręczne lub "założyć w pralce to, co ma iść", przecież zaraz będzie północ, już kwadransik przed niedziela. Nad to, wróciliśmy specjalnie od pary przyjaciół z gór, z Lipnika właśnie po to, by się "rodzinie spierać i kłócić"??? Żart, moja druga połowa milczy, już wlała w siebie drętwy znieczulacz... - mnie zaczyna latać gula - gadanie, sranie a nie granie.... Muzyki już nie słychać, śmiechy, ironia....
Poczucie mocy - zamykam oczy, zamyślam się, rzucam słowo - jak przynętę, wędkę....
Oto oni, moja siostrzenica i mój rodzony, jedyny brat... kurcze, młodsi i silniejsi ciałem, duchem - no nie wiem, ale zadufani - jak cholera...
NOOoooo, i stało się, lew a nie lwica, się obudził we mnie... Zawrzała we mnie krew - a niech tam, kłótnia wisi na włosku... Uśmiecham się... pierwsze starcie, padammmm, padammm...
Drugie starcie: Podnoszę się - dostaję w łeb od dwóch osób, później - od trzech...
I jeszcze "bratówka", o... przepycha się, dostrzegam komórkę w ręce, przyrosła jej już jakiś czas temu. "Smycz wrośnięta" w dłoń : "Podajcie jej, podajcie..." - rzuca w eter - "Niech doczyta ten punkt, paragraf czy punkt 16, o ruchu prawostronnym" (czyli przepisy Kodeksu o ruchu drogowym...) MYślę do jasnej ciasnej, szlam. Czuję w ustach ostry pył...
Brzmi, jak warunek umowy... Jak prawnicza sztuczka... Jak argument w postaci dobijanego gwoździa.
Coś ewidentnie, na korzyść mężczyzn znalazła. Ja... tymczasem zmęłłam przekleństwo w ustach, wargach swych... O, czuje sama, dziki uśmiech wypełzł na lico, że znalazła broń ostrą jak brzytwa, słowo, dowód... w telefonie zrośniętym z przedramieniem, czai się jak czarna wdowa na zdobycz, to nie smycz.... a obroża. Bransoleta..... niby.
Kontynuujemy...
jeszcze pół godziny - ufff, zaraz wyjdę z pokoju, jest 22.30 - i tak jeszcze mam zrobić pranie przed niedzielą - krótkie słowa, kłótnia... prześmiewki... jak u nikogo, bo Brzechwa by się zatrzymał... zapatrzył i zawołał Leca do zgrabnej fraszki lub innej krótkiej
"Tyle słów, i po co - walka o nic,
Chyba jeszcze nie dokopał się nikt -
do ich pustych, głośno brzmiących
- gliną.... donic...."
Ot, że tak delikatnie rzeknę...
Film poglądowy z Runmaggedonu na pustyni Błędowskiej, szok w oku i podniecenie, więcej smuggle do kieliszków, nalewka malinowa, i zachęcenie, dalej brnięcie, upadek czyli "upadnięcie"...
Ostatnia złotawa myśl przed mrokiem, w złotej godzinie zachodzącego słońca mego: "Mniej znaczy więcej". Słów - tak... Racja - wypowiedzi a i owszem.... Ta zasada nie tyczy się - jednak wielu innych spraw, wielu rzeczy. Rozumu, męstwa, pomocy, uwagi, odwagi, uśmiechu itp. a nawet - inteligencji, zwłaszcza tej emocjonalnej.
Choćbym do mniejszego rozumu, mądrości coś dodać chciała, do żadnego, nawet dziecka, nie będzie to z większą korzyścią... Ta reguła nie działa, w żadnej z tzw. innych kategorii.... Racji, siły, pogody ducha, miłości i wszystkich podobnych kategoriach.
Blog o ekologii i rodzinie: relacjach, wychowaniu, miłości Podstawy oddziaływań psychologicznych Wiele tematów porusza problemy wychowania, zaburzenia zachowania i emocji, dysfunkcje Jak wspierać wychowanie w rodzinie i komunikację małżeńską Na czym polega wsparcie i pomoc psychologiczna Czym jest kontakt terapeutyczny O ekologii i zdrowiu O homeostazie i poszukiwaniu szczęścia Życie w domu Wspólnota i jej potrzeby Wsparcie i bliskość Miłość dziecka i znaczenie zaufania O szkole i roli rodziny
niedziela, 13 listopada 2016
piątek, 11 listopada 2016
#Rodzice Niczym #Bogowie
Małemu dziecku, 3-5 letniemu rodzice jawią się jako byty doskonałe, wszechmogące... Jedynie ubrane po to pewnie, by nie porażać swą potęgą, siłą wglądu, przenikającym spojrzeniem... ich grymas malujący się na twarzy - budzi strach, przerażenie czy uwielbienie, zazdrość, podziw... czasem pychę, poczucie mocy u latorośli... Osłaniają lub zachęcają do rzeczy niebywale doskonałych...
Co na to klasyczna psychologia???
Tak jest i, tak, ma być... rozwojowo. Inaczej - brak rodziców i tego ich - idyllicznego i idealnego - obrazu Mamy i Taty - zakłóciłyby tylko. Poszukiwanie siebie, kształtowanie siebie i swojego charakteru w starszych latach, i ustosunkowanie się do rodziców, ustawianie się wobec nich. Czy - pozytywne, czy - negatywne, negujące - w opozycji "do"... Bycie "wobec". To ten pokoleniowy, odwieczny spór z nimi, rodzicami. Z tak bliskimi nam dorosłymi...
Te niekończące się dyskusje, wieczorne kłótnie, słowa - jakie mocno ranią, dywagacje... achy i ochy... wszystkie "być może", a jednak, nie tak, nie inaczej...
Dlaczego tak jest i czemu w tym trwamy?
Czy dajemy radę tym wszystkim plusom dodatnim i plusom ujemnym?
Nie motywowałby nas ten idylliczny obraz do prawdziwych i zdecydowanych "na wszystko" poszukiwań siebie gdyby nie bliskość jaką do siebie wcześniej mieliśmy...
Ot pada tu pytanie: "Jaki jestem, a - jaki chciałbym być?" - z początku dla nich, potem, dla samego siebie... A jaki??? A - dokąd ja tak naprawdę zmierzam, po co? Z kim, i na ile zagmatwanych sposobów?
Jak chcę żyć... za co, czyli "z czego" zamierzam się utrzymać?
Czy w ogóle chcę coś zmienić w sobie, i dokąd zamierzam...
Pytanie "po co" i "dlaczego", zostawiamy na sam koniec, na ogonek...
Taka wisienka na torcie...
Dobry rodzic - nie "człowiek - #Bóg", a zwyczajny człowiek... pozwoli mnie, jako dziecku i tobie też - upadać, borykać się, mierzyć siły na zamiary, rozwijać się - ale też tracić w sposób naturalny - siły - i potem je odzyskiwać.
Poda rękę i wypowie słowo, które krzepi. Jego jasny uśmiech spowoduje nawrót mocy... zmotywuje, jeszcze raz spowoduje, że powstaniemy do zmagań - sporu lub walki, potyczki najważniejszej - o siebie, o swoje prawa, o jakieś mocne "ja", dookreślone i właściwe, maksymalnie zobiektywizowane... nie filozoficzne, pokiełbaszone i pogubione, zestrachane i panicznie lękające się życia. Uzasadnione nie tylko tym że żyję, bo stworzył mnie Bóg wykorzystując miłość i bliskość moich rodziców, maksymalną i dobrą miłość... - ale szukam uzasadnienia dalej, uzasadnienia dla Życia - nie biologią, podziałem i formą blastuli czy podziałem mejotycznym czy mitotycznym - szukam głębiej i dalej....
Zasadności i celu dla życia - etycznego, moralnie osadzonego , wzbogacone o prawdziwego ducha...
Tak dochodzimy do poszukiwania sensu, sedna życia...
ale to już zupełnie inna bajka i będzie o tym i tu, w kontekście gruopy (odniesienia, grupy - jaką tworzy szeroko pojęta rodzina, oraz na wzór - społeczeństwa).
A na innej stronce -
www.ja-psycholog.blogspot.com - o indywidualnych poszukiwaniach....
- y:
Co na to klasyczna psychologia???
Tak jest i, tak, ma być... rozwojowo. Inaczej - brak rodziców i tego ich - idyllicznego i idealnego - obrazu Mamy i Taty - zakłóciłyby tylko. Poszukiwanie siebie, kształtowanie siebie i swojego charakteru w starszych latach, i ustosunkowanie się do rodziców, ustawianie się wobec nich. Czy - pozytywne, czy - negatywne, negujące - w opozycji "do"... Bycie "wobec". To ten pokoleniowy, odwieczny spór z nimi, rodzicami. Z tak bliskimi nam dorosłymi...
Te niekończące się dyskusje, wieczorne kłótnie, słowa - jakie mocno ranią, dywagacje... achy i ochy... wszystkie "być może", a jednak, nie tak, nie inaczej...
Dlaczego tak jest i czemu w tym trwamy?
Czy dajemy radę tym wszystkim plusom dodatnim i plusom ujemnym?
Nie motywowałby nas ten idylliczny obraz do prawdziwych i zdecydowanych "na wszystko" poszukiwań siebie gdyby nie bliskość jaką do siebie wcześniej mieliśmy...
Ot pada tu pytanie: "Jaki jestem, a - jaki chciałbym być?" - z początku dla nich, potem, dla samego siebie... A jaki??? A - dokąd ja tak naprawdę zmierzam, po co? Z kim, i na ile zagmatwanych sposobów?
Jak chcę żyć... za co, czyli "z czego" zamierzam się utrzymać?
Czy w ogóle chcę coś zmienić w sobie, i dokąd zamierzam...
Pytanie "po co" i "dlaczego", zostawiamy na sam koniec, na ogonek...
Taka wisienka na torcie...
Dobry rodzic - nie "człowiek - #Bóg", a zwyczajny człowiek... pozwoli mnie, jako dziecku i tobie też - upadać, borykać się, mierzyć siły na zamiary, rozwijać się - ale też tracić w sposób naturalny - siły - i potem je odzyskiwać.
Poda rękę i wypowie słowo, które krzepi. Jego jasny uśmiech spowoduje nawrót mocy... zmotywuje, jeszcze raz spowoduje, że powstaniemy do zmagań - sporu lub walki, potyczki najważniejszej - o siebie, o swoje prawa, o jakieś mocne "ja", dookreślone i właściwe, maksymalnie zobiektywizowane... nie filozoficzne, pokiełbaszone i pogubione, zestrachane i panicznie lękające się życia. Uzasadnione nie tylko tym że żyję, bo stworzył mnie Bóg wykorzystując miłość i bliskość moich rodziców, maksymalną i dobrą miłość... - ale szukam uzasadnienia dalej, uzasadnienia dla Życia - nie biologią, podziałem i formą blastuli czy podziałem mejotycznym czy mitotycznym - szukam głębiej i dalej....
Zasadności i celu dla życia - etycznego, moralnie osadzonego , wzbogacone o prawdziwego ducha...
Tak dochodzimy do poszukiwania sensu, sedna życia...
ale to już zupełnie inna bajka i będzie o tym i tu, w kontekście gruopy (odniesienia, grupy - jaką tworzy szeroko pojęta rodzina, oraz na wzór - społeczeństwa).
A na innej stronce -
www.ja-psycholog.blogspot.com - o indywidualnych poszukiwaniach....
- y:
Subskrybuj:
Posty (Atom)