wtorek, 18 grudnia 2018

Nie mów tak, gdy myślisz nie

O asertywności powiedziano już naprawdę wiele. Czasem zbyt dużo, by to wszystko podnieść i unieść w życie. Najczęściej mówi się o odmowie, asertywnej i stanowczej. Mocnej i osobistej odmowie...
Asertywność - to nie tylko zachowanie ale cała, złożona, skomplikowana postawa. Daje nam oddech, poczucie swobody i wolność, pozwala nam na zachowanie godności oraz pokazuje całą spójność naszych myśli i następujących po nich, w konsekwencji - czynów. 

Asertywność to postawa zgodności wewnętrznej. Harmonii - ekologiczna i zdrowa jedność sił, potencjału i przekonań o sobie i innych. Taka pozytywna energia zmiany. Jednocześnie odczuwane przekonanie o tym co czuję i wiem, jaki mam stosunek do działania, bez dyskontowania osoby. Do tego, bez poczucia winy czy niepewności, że to co zaraz zrobię lub powiem - jaki czyn podejmę i to, jak zakomunikuję o decyzji innym, jest w harmonii ze mną. Oddaje mnie całego. Nie szkodzi, a buduje też perspektywę dalszej współpracy.

W tym wszystkim jakże ważna jest pewność i spokój, nastawienie "nie krzywdzę nikogo". Dzięki niej uzyskujemy wewnętrzny pokój - nie mamy wątpliwości, jakie dotychczas targały nami. Budziły wciąż powracające poczucie winy...
Generalnie - nie mamy takich lub nie dopuszczamy do takiego odczucia... 
W obu stronach wymiany, w sobie i adwersarzu - nie wywołujemy poczucia winy, choć pewnie dyskomfort jest przeżywany. 

Dlaczego? Bo często przecież prośba czy propozycja pada z ust osoby dla nas ważnej, istotnej - przyjaciela czy kolegi. Czasem mamy czy taty... do dziecka, i odwrotnie. Ta znajomość, układ tajny przez poufny, wiążący nas - powoduje ów dyskomfort. 

Bo wydaje nam się że przez całe życie i nadal - pozostajemy we współzależności... I tyle, aż tyle... Więc jak tu mówić - nie chcę, nie potrzebuję, nie zrobię tego, nie smakuje mi... nie lubię... mam przesyt. Gdy myślę o niesmacznym posiłku, który zawsze ugodowo przyjmowałam - aż wreszcie mam tej ugodowości dość, tej "zgody powszedniej" - nawet milczącego "tak".

Czym się zasłaniam, ano moją racją, człowiekiem we mnie ze swoją niezależnością czy mądrością - tym moim "dość tego!". Przecież nie przedkładam siebie nad drugiego człowieka, nie po to, by mieć przewagę... ale by zachować godność. Zachować wręcz siebie, obronić siebie...

Jestem mały, jestem słaby... Ale mam swoje zdanie. Bo już wystarczy tej ugody we mnie, nie smakuje mi zupa mleczna z kożuchem. Zawsze była wstrętna... ale wreszcie dojrzałem, ja mam odwagę i podjąłem decyzję by to powiedzieć... Nie, nie będę więcej jej jadła...

Pierwszy raz czuję się wolna, pierwszy raz niezależna - już czas na mnie. Dojrzewam do bycia osobą niezależną. Do dookreślenia siebie, powiedzenia: Oto jestem! Taka właśnie jestem! 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Nie mogę tak dłużej...

Nie mogę tego ciągnąć, budować, współtworzyć... Nie mam siły, brakuje mi dawnej świeżości. Coraz więcej młodych mam chce tylko wejść do pokoju, do gabinetu - ale nie rozmawiać, zostawić coś, złożyć dokument czy podanie i uciec niby zając - byle dalej...

Ta niegdysiejsza prośba o rozmowę i czas - to dzisiejsze wykrzyczane na skróty życzenie czy bezosobowy komunikat. Bez zatrzymania i bez dłuższej refleksji. Wypowiedziany szybko i z rezygnacją, w bezradności... kiedy człowiek jest spięty, samotny, opuszczony...

To wszystko brzmi jak jęk... Jak stęknięcie.
Jak dźwięk wypuszczanego powietrza... 
Bezdechu...  Zatrzymanie.

I choćby chciało się pomóc i wesprzeć - to tego człowieka już nie ma. Jest może jeszcze sam korpus... lub ktoś właśnie ukrył się, zbiega po schodach, znika... Chyba, że sytuacja dotyczy wartościowego przedmiotu. Wtedy mamy go na chwilę. Rozbiegany, spanikowany - bo powinien być już gdzie indziej. 

Czy czeka na nas tylko jakieś inne "gdzieś" i świat się tak zmienił, tak pędzi, że nasze relacje porwały się jak sieci pajęczyny. Czy kilka rzeczy można realizować w jednym momencie, płytko i powierzchownie...

Niestety, takie odnoszę wrażenie, że przykładamy małą wagę do związków międzyludzkich, zależności, do współdziałania. Nie lubimy też towarzyszącego wychowaniu wysiłku, pracy, konieczności zatrzymania się, przemyślenia strategii i podjęcia kolejnych kroków. Boimy się skupienia i refleksji... Wszelkiej aktywności wymagającej od nas czasu i pomysłu, intensywnej pracy... Nawet - gdy podmiotem wspólnego działania - jest dziecko.