wtorek, 25 listopada 2014

Szukać porozumienia za wszelką cenę???

Czasem przychodzi przemilczeć wiele...

#Szukanie rozwiązań... 
Współpraca, a nie kompromis czy inny rodzaj współzależności i pozornej straty, zamiast zysku! Przystanąć i nie dać się sprowokować. Komunikacja, sprawna i dobra - to nie wszystko. Zwłaszcza, że czasem towarzyszy nam tylko przekonanie o posiadaniu takich umiejętności.
I choć ja, uczę się tego - krok po kroku - od parunastu już lat czy miesięcy, to  w niektórych sprawach wiem 
a może z czasem odkryłam i zrozumiałam, że "mniej, znaczy więcej".
Zawsze jednak podkreślam, że w każdej trudności, w konfliktach czy też "trudnych sprawach" warto jest osobiście spotkać się - rozmawiać, kontaktować się. Wyjaśnianie na piśmie, gmatwa... lub - źle nastawia. Nie każdy z nas dobrze reaguje na słowo pisane. Czasem wydruk tekstu staje się bronią (też tak w życiu miałam, byłam zaatakowana i podsumowana za to, co napisałam mało świadomie - i wysłałam pocztą.... mailem ).

Niestety, czasem to wyrok albo samobójstwo - wtedy już - zwaśnione strony mogą nie szukać porozumienia... Zniszczyć wroga a nie oportunistę czy adwersarza. Dobrze, gdy drugą stronę - rozmówcę - zna się 
wcześniej, dobrze się "ją czyta" z zachowań, przyzwyczajeń, z jego zwyczajów i pasji.... 
Dobrze "znać się" po prostu już całe lata, lata znajomości.
I jeszcze ja, to - co po mojej stronie...
Dobrze jest odnosić treści i przemyślenia do twojego charakteru ale i ... nastroju chwili... Ważne by pamiętać o niezwykłej prawdzie, naprawdę starej, stara prawda psychologów -to ta, że  zawsze w swoich aktywnościach "istniejemy i mówimy, zachowujemy się w kontekście"!!!
Do tego zadam pytanie:   Czy omawianie swoich trudności z innymi matkami, mężami, pracownikami, zawodnikami czy też rodziną - po szybkich zmianach - pomaga ??? 
Wydaje mi się że niekoniecznie" ...


Z autopsji powiem,  że w ostatni czwartek  (ubiegły tydzień 20.11.2014 r. wypłaciłam taką ustną wątpliwość, i zareagowałam burzliwie na zarzuty "tzw. do wszystkich dzieci, a w tej sytuacji do rodziców naszych "studniówkowiczów"... Ja - nie wytrzymałam... Dla mnie zachowanie faceta, który za wszelką cenę starał się upokorzyć nas - naszą szóstkę - czy też, wywołać skruchę??? i poczucie winy???...Strasznie poczułam się!!! Jak wyrwany do tablicy szczeniak czy też chłopiec do bicia

Wiesz, czasem tak bywa...
i uczymy się milczeć ale wnikliwie obserwować i analizować...
i trzeba się odezwać, ale w ustanej rozmowie wyjaśniamy "na gorąco"różne wątpliwości, 
mówimy też tak, aby miały okazję zniknąć  sarkazmy, 
w relacji z człowiekiem - szanujemy każdego człowieka, nie dlatego comówi i jak - ale za to, że jest człowiekiem..., cel też rozmowy jest inny - nie "załatwia się"  kogoś ani też   "nie idzie na wojnę" za to mamy - coś na kształt "współdziałania" czyli  "ty coś dla mnie, i ja coś w twoim kierunku"...
Warto tak spojrzeć  i na problem, i na siebie (na obie strony sporu). Zawsze powiem, że warto...

środa, 5 listopada 2014

"Szczęśliwa mama" część druga, ironiczna

Myślisz, że chodzenie na zakupy nie męczy??
A co powiesz na siatkę jabłek, ziemniaki, dwa mleka i kalafior, pół kilograma cebuli i mięso na obiad - pod pachą zaś, wetknięty papier toaletowy - "dziesięciopak  wód oczywiście... No i zapomniałaś o chlebie, wracaj...
W domu czekają nieumyte okna, choć mówisz: już i zaraz...
Boli, to boli...
A dzieci myślą chyba tylko o tym "co by tu jeszcze" i czego zażyczyć sobie, prócz
gwiazdki z nieba... I witają w progu zmęczoną matkę hasłem: "A dyni nie dawali,
nie było w sklepie???" czy możesz nam tę pyszną zupę - krem zrobić, mamo (chyba padło to zmiękczające serce matki słowo, i zmięte w ustach "mamo" czy "mamusiu".

Ja na to: "Ależ była" - .. i wyciągam lekko już siwiejącą, małą dynię spod pachy..." w sam raz na dwa obiady, a o sobie to już nic nie myślę, już nie dam rady i nie mam siły, tej pierwotnej."na ty"...
"Dałam radę, naprawdę, ale kiedyś przyjdzie takich dzień... padnę, a upadek mój będzie wielki".
Jestem przecież z niewielkiego miasta, ale mam serducho wielkie jak Księżyce Dwa... Wszystko... miłość zaśpi, wyjedzie na urlop czy za inną granicę.
Jak nikt, ty sama (kobieto-matko i Polko) wiesz jak to jest....

Skóra mi sztywnieje, grubnie czasem. Staję się prawie "rasowym krokodylem".
Czasem - ja pozwalam innym na chodzenie w szpilkach po mojej głowie, no i wtedy, w takiej sytuacji już chyba wiem, ja - daję się uwieźć. Oszukać innym, tym dalszym - "innym"...

środa, 10 września 2014

Myślenie stereotypami...

Rosjanin pijak...
Egipcjanin, nachalny naciągacz...
Polak - leniwy i bez pomysłu, i jeszcze tylko narzeka...
Niemiec - uwielbia porządek...
Żyd liczy pieniądze i udziela lichwiarskich pożyczek w przerwie na grę na skrzypcach. Czy też - ktoś może jest oszczędny tak, jak Szkot... czytaj: sknera.

Myślimy i działamy, funkcjonujemy i porządkujemy świat najczęściej wykorzystując to, co niezbyt dokładne, pozornie tylko prawdziwe, a najczęściej krzywdzące.
Stereotypy.
W myśleniu, w naszym działaniu... w zachowaniu. Nawet gdy mówimy o rolach kobiecych i męskich, szkole, nauce - o wychowaniu dzieci. O naszej rzeczywistości, sąsiedzie, o świecie... ktoś-gdzieś-tam zaciera ręce, a tym samym my, oddalamy się od siebie i oddalamy się od prawdy...
Rzekłabym...
TRACIMY KONTAKT Z RZECZYWISTOŚCIĄ...
Ba, myśląc stereotypami - tworzymy własną "nierzeczywistość".
Oddalamy się też od faktów, od prawdy.
Co gorsze, przestajemy się starać o zmianę, o poszukiwanie odpowiedzi, poznawanie prawdy. Dociekanie... Nie pracujemy też nad zmianą naszych forowanych ocen, zmianą dziwnych nawyków i przyzwyczajeń, ale też stajemy się mniej refleksyjni i elastyczni w spojrzeniu na drugiego człowieka. Nie jesteśmy go już tak ciekawi... Wszak "wiemy już wszystko".


A może by tak "stanąć na ziemi własnymi nogami", głęboko odetchnąć, nauczyć się chodzić na nowo i wreszcie - "nie oceniać"???
Nie pogrążać w nicości, niebycie - tak - na ślepo??? I siebie, i innych...
Nie skreślać, nie krzywdzić dostrzeganiem, wtedy już, tylko pozorów czy szukaniem potwierdzenia dla czynionych - zbyt prosto i szybko - fałszywych założeń????

Zachęcam, podejmijmy każdy we własnym imieniu ten wysiłek. Tę pracę...Spróbujmy wziąć się za bary ze stereotypowym myśleniem o ludziach, pracy, życiu. O szefie, blondynkach, księżach, o babie co przychodzi znów do lekarza, a lekarz - też baba...
No dalej, zróbmy to. Od dziś, od wczoraj - spróbujmy spojrzeć choć raz, na nowo przyjaznym okiem i wykazać się wrażliwością i zrozumieniem tak po prawdzie - należącymi się każdemu, każdej drugiej istocie.  

sobota, 16 sierpnia 2014

Całe życie można uprawiać fikcję

Trudno przekonać innych do swoich racji... Niektórzy poprzestają przez część życia na uzasadnianiu swoich wyborów, działań i popełnianych błędów... jedynie przed sobą...
Oczyszczają atmosferę, usypiają wątpliwości  i znajdują "niezłe" usprawiedliwienia dla wyskoków pociechy. Można taki sport uprawiać prawie całe życie.
Nawet - uzależnić się od tego stylu życia...

Znam matki zaprzeczające prawdzie o swoich dzieciach, o ich działaniach - używki, zachowania ryzykowne, kontakty, przyjaźnie - nie wnikają w to głęboko. Pomijają milczeniem, zadowolone z każdej deklaracji. Słyszą tylko to, czego pragną... Otwierają się na to tylko, co przynosi spokój serca...
Poprzestają na zapewnieniach.

Znam ojców, którzy twierdzą że znaleźli czy odzyskali kontakt z dzieckiem, spędzają z nimi czas - zwykle - za niewielki pieniądz. Te chwile ich uspokajają, gaszą też niepokój sumienia. Niepokój racjonalny, specyficzny, obcy ich znajomym i kolegom z pracy. Dzięki temu mają o kim i o czym opowiadać, kim pochwalić się - pomijają istotne szczegóły w swoich opowieściach, wstydzą się sami siebie, wstydzą się, ze osoba z którą są, przebywają to zupełnie inny człowiek. Ale kogo to w zasadzie obchodzi.
Kogo interesuje prawda, zwłaszcza, gdy jest tak niepopularna...
Nieudana... Gdy tak boli???
  
Pozbyć się odpowiedzialności i współodpowiedzialności za porażkę, nieuchronną choć oddalaną - odraczaną skutecznie...
Nie warto szukać i dociekać z nimi obiektywnej prawdy.
"Obiektywne" dla nich (już) nie istnieje...

wtorek, 5 sierpnia 2014

Cud życia

On, chory na nieuleczalną chorobę genetyczną. Ona, do końca życia zaś musi zażywać leki, by jej mózg pracował normalnie.
Połączył ich los, ich miłość i owoc tej miłości.
To najcudowniejsza historia jakiej jestem świadkiem...
I ta miłość, to ziarenko, ten owoc jest czystym szczęściem i w dwójnasób oddaje im wszystko co najlepsze, dziękując za szansę, jaką mu dali.
Racjonalnie, związek bez szans, dla naszych polskich władz, dziecko do usunięcia nazwane 'ryzykiem zbyt wielkim'. A tu rodzi się w domu pełnym spontanicznej radości i niezwykłej miłości taki oto cud.
Zaprzeczyć trzeba rozsadkowi i rozumowi aby dostać to co najlepsze...
I nie warto tylko kręcić o tym filmów i pisać książek. Trzeba patrzeć na to, zarażać się tym i napełniać, realizować dalej i pokazywać jako wzór do naśladowania...
Czysta miłość...
Czysty cud życia naszego, jakże cieszę się mogąc mu kibicować z bliska...

sobota, 26 lipca 2014

Gdy życie staje się udręką...

Mówi się często, że nie da się już żyć, gdy ktoś bliski umiera. 
Gdy przychodzi nam żyć dalej samotnie, samemu. Bo matka, 
czy ojciec byli ważni. Także wtedy, gdy odchodzą dzieci, 
nawet oddalając się, a stanowiły dla nas tak istotną część życia.
I gdy refleksja - nas samych - przybliża do rzadko stawianego, nieodgadnionego, 
czasem też - trudnego, bolesnego i kłopotliwego pytania: 
Dlaczego mnie to spotyka? 
Jaki miało to sens? Czemu nas - właśnie nas, to dotknęło? 
Czy potrafię być "sam na sam"? I czy dam sobie teraz radę? 
Co mam począć... Dla kogo mam żyć...

Odpowiedź:  TERAZ  I  ZAWSZE,  DLA  SIEBIE...


Życie nie musi być udręką gdy potrafimy żyć autonomicznie, sami 
ze sobą, gdy poświęcimy czas swoim pasjom, gdy coś zaczniemy 
- kolejny raz, i na nowo...

Kiedy potrafimy się cieszyć jutrem...
Dobre wspomnienie też jest budulcem, zaczynem do kreowania naszego 
wizerunku - do rozpoczęcia na nowo jakiejś drogi, podróży, 
spaceru przez życie... 

Nawet gdy coś się kończy, to coś się jednocześnie zaczyna... 

Oddalenie też może przynieść coś dobrego, nowego, być zaczynem zmiany. 
Rozpoczęciem poszukiwań, dostrzeganiem nowych perspektyw... 

Motywacją, jakiej nigdy nie oczekiwaliśmy - ale i motywem do podążania 
ambitnie i prosto, znów przed siebie... A nie tylko - zatrzymania się i ciągłego 
przeżywania (symbolicznego) naszej straty. 
  

czwartek, 10 lipca 2014

Nie mam szczęścia do szczęścia

Zwrot paradoksalny???
Niekoniecznie. W sytuacji gdy nadchodzą wakacje i pozornie - czasu jest więcej i to w nadmiarze, częściej niż podczas sezonu pracy, na wszelką dostępną aktywność zwykle pozostajemy we wszechogarniającym: Po co? Czy warto? Czy ja zasłużyłam? Czy mi się należy?
Nie dość, że potwornie nie doceniamy siebie, gdy i tak - inni zwykle nie doceniają nas wcale, to jeszcze, próbujemy - celnie kopnąć siebie samych - w kostkę... Ugodzić, w czułe miejsce, dotkliwie skaleczyć.
Nasze serducho i duszę...

Że przecież, nie zasługujemy na miłość, troskę i opiekę, to dobrze już wiemy - prawda. Całe nasze krótkie życie jesteśmy o tym przekonywani. Teraz - bijemy się już tylko o uwagę, i o to, by samemu o siebie zadbać.
Dla kogoś może to być uśmiech i radość dziecka, dla innego - zdrowie, powodzenie członków rodziny... Kto inny odczuwa zadowolenie gdy podróżuje, czyta, gdy jest na dobrym, eksponowanym stanowisku... Kto inny ma się dobrze, gdy ma pełny portfel i żadnych finansowych zobowiązań...
Odczuwamy pełnię dobra i szczęścia... Tak, to czasem nam się wydarza, kiedy indziej - wydaje się nam...
Spróbujmy, no dalej...
Choć przez czas jakiś...
Dać możliwość i szansę przeżycia i doświadczenia czegoś dobrego, bezkarności i bezkrytycznego odczuwania przyjemności i szczęścia - nie tak od razu bezgranicznego. Jakiegoś jednak "dostatku"... Prawdziwie świadomego - rzeczywistego dobra.

Małego, prostego i skromnego...
Jeśli nam się uda, jeśli dostaniemy je, jeśli przeżyjemy i doświadczymy go - już jesteśmy szczęściarzami...

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Gdy nic się nie udaje i wysiłki idą na marne


Czasem mamy uczucie, że całe nasze życie i rzeczywistość, 
sprzysięgły się przeciw nam. Że zostaliśmy sami i słabi. 
Nie udaje się nam nic i nie ma prawa się udać, powodzenie zaś
stało się dla nas legendą - słowem pustym i obcym.
Dodatkowo czujemy się opuszczeni, całkiem słabi, 
nie możemy liczyć na nikogo i na nic. 

Każda rzecz, jaką realizujemy kończy się fiaskiem, 
niepowodzeniem, jest pewną klęską. Inni zaś, oceniają nas 
jako nieudaczników, pechowców, ludzi skazanych na porażkę, 
niewartych wsparcia ani też poświęcenia nam odrobiny czasu.
Czasem nawet budzimy lęk w innych, że towarzyszenie nam, 
bycie blisko nas, spowoduje stratę i marne szanse na sukces, 
także u innych, u naszych przyjaciół. 

Nie jesteśmy dla innych oparciem. 

Mamy wrażenie że nic się nam nie ma prawa udać teraz, 
i że już nigdy się nie uda. 
Zły los się od nas nie odwróci. 
I to, że nie ma sensu żadne już działanie. 
Czasem też - mamy wewnętrzne przekonanie, że dlatego ponoszę 
klęskę za klęską, bo tak być już powinno. 
Bo wcześniej - zbyt łatwo i niezasadnie wygrywaliśmy 
swoje życie.
Najtrudniejsze jest też to, że zaczynamy czuć się samotni
i na tę pustkę wokół siebie i samotność, reagujemy równie 
silnie bezradnością. Na opuszczenie przez przyjaciół 
nie potrafimy reagować już złością - ale najczęściej - 
bezradnością, smutkiem, powolną akceptacją, dramatycznym 
napięciem. Poczuciem klęski, opuszczenia. 

Czujemy też ból porażki i brak nadziei w każdym momencie.

Nie znamy już poczucia krzywdy, klęski, ale powoli 
i nieubłaganie - dopuszczamy do siebie odczucie - 
“widocznie, należało mi się”.   

poniedziałek, 16 czerwca 2014

'#Jako rzecze Zaratustra' czyli często śni się nam, żeśmy bogami

Żeby uczyć kogoś bycia prawdziwym człowiekiem , trzeba nim być... nie zaś pokazywać ilustracje i regułki w książkach, zasady i paragrafy ilustrujące miraże np. przekazów medialnych, "celebryckich" kłamstw vel. niezbywalnych i jedynie słusznych prawd, no i klasycznie - naszych ulubionych polityków u władzy...
Po wielu latach trudnych ćwiczeń i mocnych doświadczeń, zaskakujących zwrotów akcji i w wyniku szeregu mocnych doznań - zdarza się, że nadal żyjemy... Te, które pozwalają na dokonanie korekty zachowań, pozwalają też skutecznie przeżyć. I to - udaje się nam całkiem nieźle...
Wartości... zasady...
Współcześnie: słowa niezrozumiałe, archaiczne, trywialne... Czasem puste, zwykle zaś - wypierane przez pustkę lub wręcz pochłaniającą wszystko (i wszystkich) - emocjonalną czarną dziurę. 

Długo "nie pociągniemy" sami i bezbronni, niewyposażeni, nieprzygotowani wśród ludzi, bez odrobiny zaufania, nadziei i umiłowania prawdy. Bez pewnej dozy i umiłowania ryzyka - ale i sporej otwartości, ciekawości świata, bez dążenia do poznania... głodu wiedzy...
Uznać jednak musimy, że nie my tu stanowimy zasady, nie my stworzyliśmy ten świat a przede wszystkim dzięki nam on jedynie może przestać istnieć. Nic dodać, tylko godnie trwać, bo nawet co do ilości włosów na własnej głowie... Niewiele możemy ich dodać czy też ująć sobie... Nic nam też nie pozwala wpłynąć na stan wyposażenia nas w potencjał - umiejętności, posiadanych zalet, zdolności, sprawność wrodzoną... Gdyż jeśli je mamy - cieszmy się, i dzielmy nimi... bądźmy szczęśliwi - posiadając. 
Jeśli zaś nie, nic to, nie martwmy się...
Tak widocznie jest, ma być, ale i musi, no i... tak być powinno...
Pytanie, jakie się rodzi w mej głowie, to nie "co" ale "jak". Jak rozwinąć w sobie potencjał, jak nauczyć tego pogodzenia wewnętrznego samego siebie i równocześnie wrażliwości na sprawy innych.
Jak uczyć się ofiarności, dzielenia się dobrem - szacunku, wielkiego serca, zaufania kolejne pokolenia - naszych uczniów, młodzież, wychowanków. I... jak dotrzeć z tą tą prawdą do swoich dzieci i innych podopiecznych. 
Jak inaczej i refleksyjnie postępować, działać mądrze??? Bez zadufania i fałszywej, pustej dumy zamykającej człowieka... 
Bez spłycającego człowieka poczucia wyjątkowości, wybrania, posiadania "boskiego wskazania", "boskiego genu" z pewną dozą bezkarności i nietykalności: "to mój syn/córka - nie rusz...", "milcz, czy ewentualnie - ignoruj jej/jego błędy", czy też "hej ty - nie wtrącaj się", a może: "przestań ich upominać, zabraniam - nie wolno ci tego czynić... tylko ja mam do tego prawo".
Takich ludzi, uzurpujących sobie specjalne traktowanie jest mnóstwo, niektórych dotkliwie boli życie... Inni pozornie oddają się w nasze ręce, zaraz jednak uderzają znienacka, atakują chytrze, za piękne - odpowiadają nadobnym...  

Nie nauczymy się inaczej pracować nad sobą ale i "zmianą wewnętrzną", bez prawdziwego "dociążenia odpowiedzialnością", licznymi trudnościami, nie da się ignorować zasad, znaczenia rozsądku oraz samodzielnego myślenia.
Pora na wysiłek: "nie ma kołaczy bez trudniejszej pracy", bez refleksji, wrażliwości... 
Zdaniem wielu, naprawdę -  "da się żyć", "da się to prze-żyć".
Może i się "jakoś-takoś" da, ale - po ludzku, po prostu, inaczej - nie wypada. Inaczej, czyli byle-jak, to płaskie - lekkomyślne. A dodatkowo i po ludzku mówiąc, jest niegrzecznie, jest nieludzko, banalnie - ale też, haniebnie...  
Krwawy lub lekko krwisty befsztyk, "kanapka z człowiekiem"...  Można powiedzieć, że nie czując, nie współodczuwając, powoli stajemy się mistrzami gry pozorów i absurdów, "bycia" za wszelką cenę... i pomimo innych bliźnich, drugiego człowieka.
Nawet często postrzegając siebie poza godnością, poza dobrem i z daleka od człowieczeństwa. A co w takim razie z pięknem - z tym, co staramy się umieścić na tronie, poza dostatnim życiem, poza jego używkami, zyskiem, ponad pozornymi korzyściami - uprawomocnionymi aktualnie i nieprawnie zasadami... 
W miłościwie panującym nam - czyli w panoszącym się społecznym i politycznym systemie, człowiek zaczyna "nic nie ważyć", nic nie znaczyć,  a przy aktualnie promowanych wartościach - nawet znikać z pola widzenia i działania. 
 Świat bez człowieka (tj. bez bycia na co dzień "Człowiekiem"), jest i będzie nadal  absolutnie... pustym. 
http://aneta-sendra.blog.onet.pl/2014/06/16/249/ ‎

Kochający tatusiowie...milczące mamusie

Bezkrytycznie, spontanicznie i zawsze... na wyłączność...

Miłość dziecka swojego bywa naprawdę - czasem o zgrozo, szkodliwa. Nie rozwojowa, nie uskrzydlająca czy stymulująca. Nie zachęca do podejmowania aktywności - cudownie bowiem wyręcza...

Pytanie: czy to jest miłość? A jeśli nie, to dlaczego osoba dorosła działa na szkodę własnego dziecka i czyni z niego nieczułego człowieka, o niskim stopniu empatii, ale równocześnie - wrażliwego tylko na własną krzywdę oraz potencjalne korzyści. "Pieszczocha" rodziny, pupila o słodkich i niewinnych oczętach... 
Sposób na wzorowego i wzorcowego członka udostępnionego nam, nowoczesnego i postępowego  społeczeństwa. 
Takich "jam jest, i nic poza mną...", oraz "no tak... po mnie - choćby potop, ja i tak pozostanę". Tym samym, w prosty sposób - rodzic hoduje... małego egoistę... 
Wyjątkowego, jedynego i niepowtarzalnego...
Gruboskórny zwierz....

Gubimy zdrową miłość i zasadę - nie szkodzić. Nikomu... jeśli się tylko da. 
Życie i bezpieczeństwo - zasady i moralność, dobro - są ponad wszystko, ponad każde inne dobro-czy-zło które da się 'kupić-sprzedać-zamienić'.
Coraz większa grupa rodzicieli - chce zamienić jednak wszelkie "ograniczające ich" wartości na materialne i para-materialne dobra: przedmioty lub przywileje, przewagi, zyski, przełożyć na układy i stanowiska, i uczynić z tego przekazywaną najmłodszym normę "do (u)wierzenia".

Gdzie archaiczne - rzekłoby się - zasady??? Gdzie reguły życia i współżycia społecznego. Opieka nad słabszymi, szacunek dla innych i dla siebie, także - "słabszych" stworzeń, małego człowieka. 
Kochać...
Ofiarować się... Rozważać cudze dobro i swoje, dokonywać wyborów... Nawet - rezygnować ze swojej korzyści... Czy tego jeszcze potrafimy nauczyć innych, przekazać drugiemu jako zasadę i sposób na życie??? Czynić podobnie, czynić właśnie - tak...


Przepraszam za moje wrażliwe refleksje, to jednak świeży efekt przemyśleń rodzących się w mojej głowie po kilku spotkaniach z rodzicami małego człowieka, lat ok. sześciu. Wynik ujemny życia "poza zasadami" oraz 'poza większą liczbą wartości'. Po prostu stało się ono nie do wytrzymania - nawet przy tak małym potomku, wyjątkowo trudne i dotkliwe. O ile jakoś trwa sobie, to jest już "nie do zniesienia" dla bliskich... 
Nawet poza wszelkimi wartościami pozostają zwykłe, ludzkie - rodzinne, mądre oraz naturalne potrzeby. 

I tak, myślałam (zakładałam) że proceder ten, odnosi się najczęściej, czy typowo - do rodziców młodych dziewcząt i takowych - i to był mój błąd.      

czwartek, 12 czerwca 2014

Gdy życie traci sens



Tracimy przyczepność do gruntu, tracimy...i pewność, 
że sami dajemy sobie w życiu radę. Że jesteśmy dorośli, 
niezależni. Oddani... Ale jak to zrobić? Gdy codzienność daje nam prztyczka w nos... 
Zrobiliśmy pozornie wszystko - szkoła, studia, wiara w to, 
że wybraliśmy dobrze. Że to jest właściwy kierunek, 
że będziemy potrzebni. Twórczy i pracowici,...i to nam 
i szefowi wystarczy. Że weźmie to za dobrą monetę... 

Potem - gorycz porażki, długie poszukiwania, odrzucane oferty
i pogardliwy uśmiech pracodawcy, którzy “spuszczają nas”,
kolejno, po drucie. 
A po tym wszystkim jeszcze wracamy do domu i znów 
nie mamy czym nakarmić rodziny, chyba tylko obietnicami
złożonymi i im, i sobie. Karmimy ich goryczą i poczuciem
krzywdy, napychamy, oszukujemy. 
Faszerujemy ich kolejnymi nadziejami. 
Płonymi...

Bez pracy i bez zadania codziennego nie odczuwamy przecież sensu życia, przepływa ono między palcami, 
a nie tylko nasz czas. 
Ale życie nasze, całe. 

Gdy czuję się niezrozumiany przez innych



Kiedy idę emocjonalnie i duchowo sam przez życie, kiedy jestem 
już sam, to jest jak piesza podróż nocą na pustej drodze... 
Sam piję kawę, i słodzę ją tak, jak sam potrzebuję i lubię... Dla siebie tylko gotuję, piorę tylko własne skarpety i jedno jabłko, 
mleko czy bułkę - kupuję... Ja sam i tylko dla siebie...

Gdy wydaje się, że następny dzień pomoże, okazuje się - że każdy następny przyniesie tylko większą i coraz dotkliwszą pustkę. Wielkie “nic” a tak blisko. 
Brak ciekawego oraz oryginalnego wypełnienia dnia i dobijający 
tak bardzo, codzienny brak rozmowy... 
Cisza - tylko cisza człowiekowi wciąż towarzyszy.

Nie ma się z kim zjeść kawałka ciasta drożdżowego, bo ludzie 
unikają siadania obok. 
Czują się niezręcznie, inaczej - z czasem udając nawet, że nie znają, nie rozpoznają cię na ulicy. Kiepsko jednak udają...

Czasem jest też tak, że jeden - wywołuje rozmową, fałszywością i uprzedzeniem 
do nas taką sytuację, że nikt inny nie chce pozostawać w bliskiej relacji z nami, boi się czegoś??? Czego - rozmowy? 
Emocji, płaczu, łez czy uśmiechu... 
Naszej natury... 

Człowiek bez innych ludzi też niewiele znaczy. A czuje się strasznie, 
bo mu czegoś i kogoś tak bardzo brak... 
Bo czy jest ci dobrze, czy też nie - gdy ktoś obgaduje cię 
czy oczernia, kłamie, niestety - pozostajesz bezsilny. 
Znów sam... 
Z czasem - zamykasz się w sobie, bo nie możesz tego pomieścić. 
Jak tu oczekiwać sprawiedliwości ze strony całego świata, jakiegoś rodzaju troski
czy miłości - nici sympatii... 

Nie spodziewaj się wiele.

Najgorzej jest także z tym, gdy niezrozumienie towarzyszy moim codziennym kontaktom z bliskimi. Relacje są coraz bardziej płytkie, bezpłciowe, trudne i chłodne - z czasem - stają się sztuczne, proste, bezsensowne, bezbarwne, nie cieszą. 
One oddalają nas. Odrzucają...   

Niezrozumienie trwa, do końca naszej drogi, jeśli się uwikłamy w zależność
od obrazu jaki kreują inni. Co o nas myślą, jakimi nas “tworzą”. 

Młodzi ludzie są szczególnie wrażliwi na tę sytuację, bezbronni i naznaczeni nią.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ciężka praca czy talent - jak to robią dzieci....

Sport i sukces, czy tylko kwestia predyspozycji, i szybkości....
czy czegoś więcej, czy w niektórych ważny jest wysiłek a kiedy indziej, najważniejszy jest instynkt....
Tak, w każdym sporcie zespołowym musisz mieć instynkt, i nauczyć się tego, że jesteś częścią większej całości - nie jesteś sam... nie jesteś tylko wybranym, gwiazdą

Gregory
czyli talent

Ja
nie do końca...
w indywidualnym - to talent, ale najczęściej to kompilacja, połączenie i kwestia wielkiej pracy, pracowitość tzw. wrodzona, stała i regularna przypadłość, skarb człowieka...
80% praca, praca....a często i wytrwałość - mimo braku sukcesów....  
w sporcie zespołowym, ale i indywidualnym - dobija najmocniej brak sukcesów, który cię czasem dotyka, kiedy indziej, to to, że nic z tego nie masz: "bo nie grałeś dziś", "nie strzeliłeś, dałeś d..., i to, że nie masz wyników" czy też - np. nie masz "kasy" z tego lub dresu, koszulki nawet czy stroju nikt nie sponsoruje... Taka sromota i bieda, ani butów nawet, ani sportowego przyodziewku - ani frajdy czy satysfakcji.
Ale przecież i motywacja wewnętrzna jest też w sporcie, no może w zespołowym mniejsza - wtedy liczy się to, że gramy w grupie przyjaciół i jest niesamowicie bo "jesteśmy razem" i to wystarcza. 
Mniej jest jej i dlatego to wielkie zadanie, sztuka i ciężka praca dla psychologów - trenerów w sportach zespołowych. Zawodnicy wykruszają się, i potem odnajdują - w indywidualnych dyscyplinach 
lub w mniejszych zespołach 2-3-4 osób np. skoczkowie narciarscy.... Takich, gdzie ludzie polegają na sobie i mogą na siebie liczyć - łyżwiarze, tenisiści - tacy tam... Zmotywować 12-15 siatkarzy, czy 12-20 piłkarzy.... trudna sprawa...
Każdy z nich to inna historia, inny człowiek..... osobne zadanie. Trudno jest trafić...
 
Gregory
- To  tak  jak  zadanie dla nauczyciela: "Wejdź  do klasy  i  powiedz  im  (a zbliżają się już egzaminy),
 że warto się uczyć... albo że "bez wykształcenia nie znajdziesz pracy....", itp.


Ja
Tak, dokładnie - skoro wiesz nauczycielu, matematyki, fizyki czy angielskiego - co chcesz powiedzieć, jaki jest tego cel... i że to ważne, to zrób to sam. Znasz ich najlepiej, wydawałoby się, każdego  z osobna, w gimnazjum. I w dodatku, minęły już 2.5 lub prawie trzy lata... To co, żeś ty u diabła, robił wcześniej, albo czego jeszcze nie zrobiłeś.... Trzeba zapytać....
Trzeba się człowiekiem zaciekawić...
Zrób to, i to teraz. Nie wrabiaj kolejnej osoby, nie trać mego czasu bo jakaś 20-30 minutowa gadka, z mojej strony, jakiej się spodziewasz a jaką nazywasz "spionizowanie" klasy: 1)nie ma sensu, 2)nie zadziała, 3)a ja - nie podejmę się jej - bo ryzyko większe... 4) sama tego nie lubię... to truje, nie łączy...
Taka postawa rozwala.
I ich, i mnie. A tobie - w niczym nie pomoże. Kochać to, co się robi jest najlepszym wyjściem...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Zmieniać - "nie zmieniając" siebie???

Praca nad sobą, czy to musi być zmiana ??? 

Trud konkretnej małostkowej oraz oderwanej od rzeczywistości modyfikacji tego co jest, 
co bywa, co mogłoby być. I głębokie cierpienie, czasami nawet o charakterze twórczym. 
Dziwny czas, ktoś ma ambicje - kto inny potrzeby...

Jakieś cele i marzenia. Czasem trud daremny, wewnętrzna porażka. 
Chcę,  a boję się, chcę i działam, ale wiem, że nic tu nie mogę (nie pomogę). 
Nie bardzo wielki wysiłek, samotny, skazany często na niepowodzenie. 
To trochę dziwne, bo często mówimy - że robimy to dla... Dla kogoś, kogo kochamy.

Wielu nie zdobędzie się na ten wysiłek zmiany.
Kilku, doceni tę pracę. Zbliżą się do siebie, odsłonią się przed sobą i będą szczęśliwi 
lub tylko zadowoleni i prawdziwi i szczerzy. 

Jeszcze inni, będą żałowali, że cokolwiek chcieli zmienić w swoim wygodnym 
i ekskluzywnym, żałosnym byciu. 
Bo odszedł, bo nie chciała być/żyć z nim takim, jaki jest naprawdę - bo mieli - i mają - siebie już dość.

Zbyt wiele prawda i szczerość kosztuje. Wymaganie od siebie jest trudne, 
mocno uwiera jak ciasny but - niewygodne. 

Czasem niewłaściwe, nie na miejscu. Obce dzisiejszemu człowiekowi...
I potrzebne, jak kropla - jak łyk zimnej wody.

wtorek, 11 marca 2014

Kocham go, kocham bardzo trudną miłością...

Mam dziecko. I ty je masz... A nawet jeśli nie masz, nie posiadasz dziecka to pewnie wiesz lub czujesz o czym mówię...
Bo ta "trudna miłość" o jakiej piszę, to nie jest - broń Boże - to uczucie piętnowane przez zwykłych ludzi, a ukazywane przez media i celebrytów - wypełniających po brzegi studia telewizyjne i okładki kolorowych pism. Trudną miłością nazywam macierzyńskie i ojcowskie emocje skierowane do dziecka, uczucia i odczucia gdy więcej jest wątpliwości oraz słabości - niż wsparcia ale i siły, jak winniśmy dać, przekazać, zarażać nią...
Mniej miejsca na spontaniczność, na wyważenie racji - gdzie gorące sprawy oraz problemy dnia codziennego zniekształcają rodzinne, bliskie relacje.

Trudna jest też ta postawa i miłość w rodzinie - do współmałżonka, do osoby bliskiej, do siostry czy brata, do rodzonego dziecka... - Wtedy, gdy relacje i więzi ulegają nadwątleniu, osłabieniu. Gdy odsuwamy się od siebie. Gdy zdobywamy autonomię i niezależność... Gdy mały i duży człowiek dojrzewa, zmienia się i kształtuje codziennie i na nowo. 
Nawet gdy upada, traci nadzieję, gasi wolę... osłabia swoje siły, podejmuje ryzykowne działania i decyzje. Różne - czasem wstydzi się ich, wstydzi za samego siebie, ale i za... pociechę lub za towarzysza życia, bardzo...
Ale kocha się, to ważne. Nadal się kocha... Spokojnie, z godnością, i z całego serca!!!

Trzeba się uczyć kochać, nawet na nowo.... Nawet jeśli miłość ta, jest trudna!!!  

poniedziałek, 10 marca 2014

Relacja intymna...

Relacja ludzka bywa relacją intymną, ciężką i nabrzmiałą, gęstą w emocje... To przeważnie relacja dwojga ludzi, angażująca, głęboka - lub też zwyczajna znajomość... Może być intymnym kontaktem większej liczby osób, którego ślad odczuwamy mocno - jak przyjaźń i więzi klasy licealnej żywe nadal, po wielu, wielu latach, społeczności szkolnej czy studenckiej grupy. Możemy na siebie liczyć, wymieniamy się pomysłami czy też dobrymi informacjami, czasem - pomagamy sobie, wspieramy, możemy na siebie liczyć w sytuacjach trudnych, wyjątkowych, w zdrowiu i chorobie...

Co jednak - gdy gubimy się, nie odróżniamy granic, bliskości od intymności??? 
A jeśli też nie potrafimy odróżnić tego, co dobre dla innej osoby, od mojego własnego "jest suuuuper"??? Jeśli nie odczuwamy różnicy - np. "ja-a ktoś inny", "moje-twoje dobro"??? 

Gdy utożsamiam swoją korzyść i dobro z jej lub z jego potrzebą, to czy stawiając znak równości pomiędzy sobą i drugą osobą - czynimy nadużycie??? 
Czy to znaczy, że tracimy właściwą perspektywę... Może to znaczy, że coś dziwnie szwankuje w "mojej" ocenie danej sytuacji??? 
Dłuższa w czasie, często - trwająca relacja. 
Relacja... i życie lub też...  zabawa w życie!!!  

Zbyt często myślimy tylko o sobie, tylko w kontekście siebie: o własnym dobru, korzyści, swoich sprawach, problemach - rozwiązujemy z konieczności i jedynie nasze własne kłopoty... 
A może straciliśmy coś, zgubiliśmy coś ważnego w życiowych proporcjach.
Może???

poniedziałek, 24 lutego 2014

Hospicja dziecięce to nie odległe planety

My - mniej lub bardziej zdrowi, jesteśmy nastawieni generalnie na branie... na dostawanie wszystkiego, na konsumpcję. Dla współczesnego człowieka "mieć to być", posiadać zdrowie i pieniądze to powszechnie uznawany standard i cel życia. Wypoczynek, świetna i nobilitująca praca, drogie i egzotyczne wakacje - wakacje... gdzie luz i zabawa dominują. 
Można inaczej??? Tak, wielu ludzi ma inne życie. Życie w łóżku czy domu, na podwórku osiedla czy w niewielkiej społeczności...

Te dzieci - którym przychodzi cierpieć, chorować i umierać prawdopodobnie nigdy nie przeżyją tyle dobra i tego "całego dobra", odejdą zanim będzie im dane zrozumieć po co? dlaczego ten świat jest taki dziwny? czemu pada dziś deszcz a jutro śnieg? dlaczego trawa jest zielona i wieczna...
We dwoje - nie ma samotności.  Samotność jest wtedy - gdy przy nas zostaje już tylko cisza, jest pusto i nawet echo nie odpowiada zbyt chętnie...

Źle znosimy trudności, stratę, zdecydowane ograniczenia czy deficyty wszelkiego rodzaju - do głowy by nam nie przyszło, że można pływać bez rąk czy też biegać, bez nóg... A mały pacjent, czy on "kiedyś miał inaczej"? Czy było mu lekko lub choćby lżej - w cierpieniu czy bólu... Ktoś wymyślił czy stworzył panaceum na smutki i troski. Mama kocha i jest... Lub też - usłyszał kiedyś pełne nadziei słowa: "tak naprawdę, to będziesz żył tu i teraz, jeszcze .... lat".

My zdrowi, piękni i bogaci - z trudem zdobylibyśmy się na rozdanie majątku, wszelkich dóbr - ważnych, wcale nie tych niepotrzebnych nam (które nam zbywają), do oddania - ale to coś, co szczególnie lubimy. Czy jesteśmy zdolni do zrzeczenia się na rzecz drugiego - swoich błyskotek, skarbów, trofeów??? Ofiarujmy więc coś bezcennego, nieprzeliczalnego, nie do podrobienia czy nieporównywalnego - swoje Małe Życie i jedynie Swój Czas...

Z wielkim trudem bowiem przychodzi nam być człowiekiem, nawet dla dzieci, zwłaszcza dla nich. To dziwne uczucie przybliżać się do innych - a nie tylko - emocjonalnie oddalać... Paradoksalnie tracimy wtedy jakąś cząstkę siebie i mały fragmencik autonomii. 
Dlaczego jest tak??? 
Czy trudno jest kochać??? 
Kochać - czyli - uczyć się drugiego człowieka...
W cierpieniu wcale nie jest łatwiej kochać, ale - rezygnować z siebie, łatwiej. 
Walczymy jednak o siebie, walczymy z całym światem, by zachować siebie takich "all inclusive", a szkoda... Więcej, to mniej... 
Więcej dla siebie, to mniej dla innych - często znaczy... Pamiętajmy o tym i o dzieciach, na tej samej planecie, blisko nas. Bo czasem jesteśmy już ostatnią osobą na jaką chory może liczyć, której może powiedzieć coś, która może mu poczytać, trzymać za rękę, podać szklankę słodkiego kompotu... Osobą, której on właśnie może przy sobie chcieć. Dobrym duchem, dobrym wspomnieniem i doświadczeniem. 
Nie mówmy więc zbyt szybko: nie dziś, nie teraz - za chwilę, kiedyś... 
Nie mam czasu... Nie mam siły...

Czasu - jest wtedy tak niewiele....  

Czy cierpienie ma sens

Cierpienie jest.
Cierpienie jest też elementem życia. Nie jego radością ale jego istotną treścią. Choroba często staje się udziałem dzieci a przez to rodziców i całej rodziny.
Kiedy czytam o wioskach dziecięcych, spotykam i zapraszam na zajęcia z młodzieżą wolontariuszy ofiarowujących swój czas i umiejętności w hospicjum moje serce staje na chwilę. Nie wiem co powiedzieć i jak zareagować - po prostu słucham ich opowieści.
Pochłaniam je, podziwiam dokonania, dzielność oraz otwartość na cudze cierpienie.
Mówi się że nie daje ono nic, nie jest żadną korzyścią dla chorego, jest straszną rzeczą i potwornym poruszeniem dla rodziny, ciężarem i codziennym ograniczeniem dla bliskich. Chociażby dyżury przy chorym, jego łóżku, lepsze lub gorsze znoszenie niewygody... Ludzie różnie reagują na stresujące sytuacje: boją się o siebie, lękają nieestetycznego wyglądu chorego, zapachu wydzielin czy krwi, zakładania i zdejmowania pampersów, mycia i pielęgnacji ciała. Potem są częste kłótnie o to kiedy i kto ma przyjść, kto i co ugotuje, czy poświęci swój czas w niedzielę czy środę na nakarmienie... czy stać mnie na uśmiech gdy padam na twarz, czy wreszcie warto... Czy przedłużyć jeszcze "ten stan". Czy pozwolić jej/jemu odejść z godnością - czy też walczyć??? Czy umiem stanąć w prawdzie ze sobą, ze swoimi ograniczeniami ale i zmierzyć się z rzeczywistością? 

Przepiękne słowa cierpiącej i chorej nie tyle terminalnie - co przez całe życie - osoby cytowane w  książce "Szaleństwo miłosierdzia" bp. Grzegorz Ryś, mówią wszystko: "Bóg nie będzie nas rozliczał z niepełnosprawności... On rozliczy nas tylko z miłości". To one - przypominają nam "gdzie jest głowa, gdzie głowa" i że wszystko trzeba postawić w życiu "na nogi". Bo na głowie cały świat nie może stać, i pozostać... 
Słowa, które są "wielką szkołą prawdy i życia" i pokazują "jak" i "dlaczego" warto (!!!) całym sobą towarzyszyć cierpieniu drugiego człowieka...
  
Wielka uwaga o tym, że znaczy to dokładnie tyle co "istnieć" - jest to prawdziwa definicja dla właściwego "bycia człowiekiem", jako rozwijania siebie, swojego potencjału.
Bo ono - samo towarzyszenie drugiemu człowiekowi w cierpieniu, w zdrowiu i chorobie - jest wartością dla nas. Dla tych, którzy patrzymy, przeżywamy, uczymy się... ale i lękamy się - boimy się, odczuwamy starach, niewygodę, przerażenie, ból osobisty - wreszcie utratę.

Samo poznanie osoby cierpiącej już nas zmienia. 
Jak???
Ubogaca nas... i pokazuje, że to tak naprawdę my - właśnie my, otaczający poważnie chorych lub niepełnosprawnych fizycznie czy psychicznie ludzi -  mamy mniej, doświadczamy - coraz mniej... 
I jeszcze to, że mniej potrafimy zaproponować:  zwłaszcza to, że nie umiemy dawać i ofiarowywać... Bezinteresownie, nie czekając na słowo "dziękuję", zapewnienia, że jesteśmy niesamowici, nie do zastąpienia. 

Mniej mamy do zaoferowania niż osoba chora i prawdziwie cierpiąca, samotna i tęskniąca, żyjąca w pełni każdą chwilą bez bólu czy łez. Tylko ona dostrzega to, co ma, a nie goni za tym czego wciąż i nadal jej brakuje...



poniedziałek, 17 lutego 2014

Samotnie - czy we dwoje?!

Można się zastanawiać długo nad tym - czy lepiej być przez kawał życia samemu, ze sobą czy żyć w parze, mieszanej parze. Bo tylko taka jest dla mnie zdrowa, sensowna i potrzebna. Ja - tylko taką wyznaję i uznaję, naturalnie heterogeniczną.

I wiesz co...
Dochodzę do wniosku po wielu, wielu już rozmowach, latach obserwacji i mniej i bardziej "zdrowych" rodzin, związków, że każde stadło ma problemy i trudności - dające możliwość dotarcia się czy docierania wiecznego, aż do końca. I (może o to chodzi w życiu), nikt z nas/nich nie ma łatwo...

Każdy w miarę dojrzały człek - jak rozglądniemy się - dookoła, wnikliwie i badawczo obserwując relacje innych ludzi - tak samo jak ja, czy ty, walczy o siebie... i szuka dla siebie przestrzeni. Samorealizacji czy realizowania swych pasji. Twórczego działania czy sprawdzianu dla własnych umiejętności, zdolności. Idziemy przez życie, właśnie będąc i realizując się w rodzinie, w związku. Nie - jak wielu sądzi, samotnie...

O to "swoje prawo do wolności", a jeszcze do tego, pomyśl, że te nasze połówki... także z nami (we własnej osobie) - walczą też o swoje prawa, o siebie....

Może i stąd, te rany (ranienie siebie), tarcia i "otarcia", są takie realne, takie podobne czy też może - zatrważająco różne, inne. Silniejsze czasem, czy - "bardziej krwawe". 

Można założyć, że takie oto są prawidłowości w związkach, i tylko tak może się odbywać proces tworzenia, proces twórczy - z bólem, z poświęceniem, ze strachem i obawą, lekkim stresem i krwawymi śladami, ze stratą - koniecznie... 

Coś trzeba tracić i poświęcać. To nie tylko układ czy kompromis, najmniej zdrowy i oczywisty, nietaktowny też - czasem... Trudny w ostatecznej ocenie.

I co??? Może spotkałeś w życiu kogoś, komu było łatwiej i przyjemniej... 
Może lekko i bez bólu przechodził swój związek, relację z drugą osobą, czy nic nie zmieniał i czy nie modelował go, czyż nie kapitulował lub nie ścierał się z drugą osobą wielokrotnie???
Bujda, koń na biegunach i maligna...


Jeśli tak ktoś mówi o sobie, to albo nie zauważa potrzeb drugiej osoby, ignoruje je... albo okazuje się, po latach najczęściej - że sam dla siebie, nie jest ważny - i rezygnuje z siebie. Trochę - ustawiając się w związku - jak poszkodowana ofiara lub jak życiowa oferma. 

Żadna z osób nie jest szczęśliwa - w rezultacie.

Trudno???

Potwornie, zimno... źle....
Tak może jest lub bywa... chyba tylko ludziom, którzy nie są w związkach...
Wolnym elektronom.
Ale oni, mają "swój inny zgryz". Może i są "sami sobie": sterem, żeglarzem i okrętem....
Ale są też dokładnie, i tylko, totalnie - sami... Czasem też, brakuje im drugiej połówki. Mają pod dostatkiem samotności. Pustki, ciszy, a ona - wierz mi - strasznie boleśnie, bardzo człowieka gryzie...

Wyobrażasz sobie, my - małżonkowie - czasami możemy się obrazić na tę drugą osobę, zdenerwować się - i do "kogoś", odwrócić się ... plecami w łóżku, czy po śniadaniu, udać że nie słuchamy, co ma do powiedzenia. Zagłębić w gazetę, zniknąć za ekranem komputera, wycofać się z pilotem w ręku... Zamilknąć, przemilczeć. Nie odzywać się - przez chwilę...

A ci, samotni...
No, że tak rzeknę: "dupa zimna", czy może - "d... blada". 
To jest ich chleb powszedni... Codzienność.
Ani kogo opieprzyć, ani się obrazić, ani wypłakać czy wygadać - komu...
A może i oni, czasem, chcieliby "inaczej"... Słowem, spojrzeniem trafiać w pustkę??? Po co i dla kogo.
I jeszcze ten lęk - umrę czy zasłabnę...
Nawet mnie nikt nie przytuli, nie pożałuje, nie wezwie pogotowia. Szklanki wody czy kapci - nikt nie poda....
Mamusia czy tatuś - umrą wcześniej niż ja, zapewne....


Samotność jest błogosławieństwem, ale tylko wtedy, gdy jest od czasu do czasu... Wtedy, kiedy jest się w związku - i "używa się jej", mądrze, dozuje. Tak - dla odmiany....




Pustka i samotność - są straszne...

Nie lubią nas przynajmniej tak, jak my ich. I dają nam to odczuć! 
Jak chłodna przestrzeń między gwiazdami - zimna, totalnie cicha, pusta, mroczna...
Bo przecież wtedy, w przestrzeni kosmosu otacza cię tylko cisza...
Żadnych drżeń strun, dźwięku słów, śpiewu i gwizdów, rozmów czy też "przyjemnego, ciepłego kobiecego jazgotu" w perspektywie. 
I... zaczynasz gadać sam ze sobą, i do siebie. Chyba - że masz jakieś "swoje szczęście": śpiewającego ptaka, szczurka, kota lub psa.