Oczywiście, impreza... mocna i nocna, zakrapiana...
przechwałki czyli jak to mówię "Brzechwałki" od Jana Brzechwy... i kto w roli głównej? - Niewiele letni, nie siwe jeszcze włosy jego głowy, uczucie u mnie: Ratunku, pomocy, toooonęęę
Pogrążam się w dyskusji. Strzały słów z równych stron padają....
Ostatnia myśl ratunkowa: Porobić pranie, ręczne lub "założyć w pralce to, co ma iść", przecież zaraz będzie północ, już kwadransik przed niedziela. Nad to, wróciliśmy specjalnie od pary przyjaciół z gór, z Lipnika właśnie po to, by się "rodzinie spierać i kłócić"??? Żart, moja druga połowa milczy, już wlała w siebie drętwy znieczulacz... - mnie zaczyna latać gula - gadanie, sranie a nie granie.... Muzyki już nie słychać, śmiechy, ironia....
Poczucie mocy - zamykam oczy, zamyślam się, rzucam słowo - jak przynętę, wędkę....
Oto oni, moja siostrzenica i mój rodzony, jedyny brat... kurcze, młodsi i silniejsi ciałem, duchem - no nie wiem, ale zadufani - jak cholera...
NOOoooo, i stało się, lew a nie lwica, się obudził we mnie... Zawrzała we mnie krew - a niech tam, kłótnia wisi na włosku... Uśmiecham się... pierwsze starcie, padammmm, padammm...
Drugie starcie: Podnoszę się - dostaję w łeb od dwóch osób, później - od trzech...
I jeszcze "bratówka", o... przepycha się, dostrzegam komórkę w ręce, przyrosła jej już jakiś czas temu. "Smycz wrośnięta" w dłoń : "Podajcie jej, podajcie..." - rzuca w eter - "Niech doczyta ten punkt, paragraf czy punkt 16, o ruchu prawostronnym" (czyli przepisy Kodeksu o ruchu drogowym...) MYślę do jasnej ciasnej, szlam. Czuję w ustach ostry pył...
Brzmi, jak warunek umowy... Jak prawnicza sztuczka... Jak argument w postaci dobijanego gwoździa.
Coś ewidentnie, na korzyść mężczyzn znalazła. Ja... tymczasem zmęłłam przekleństwo w ustach, wargach swych... O, czuje sama, dziki uśmiech wypełzł na lico, że znalazła broń ostrą jak brzytwa, słowo, dowód... w telefonie zrośniętym z przedramieniem, czai się jak czarna wdowa na zdobycz, to nie smycz.... a obroża. Bransoleta..... niby.
Kontynuujemy...
jeszcze pół godziny - ufff, zaraz wyjdę z pokoju, jest 22.30 - i tak jeszcze mam zrobić pranie przed niedzielą - krótkie słowa, kłótnia... prześmiewki... jak u nikogo, bo Brzechwa by się zatrzymał... zapatrzył i zawołał Leca do zgrabnej fraszki lub innej krótkiej
"Tyle słów, i po co - walka o nic,
Chyba jeszcze nie dokopał się nikt -
do ich pustych, głośno brzmiących
- gliną.... donic...."
Ot, że tak delikatnie rzeknę...
Film poglądowy z Runmaggedonu na pustyni Błędowskiej, szok w oku i podniecenie, więcej smuggle do kieliszków, nalewka malinowa, i zachęcenie, dalej brnięcie, upadek czyli "upadnięcie"...
Ostatnia złotawa myśl przed mrokiem, w złotej godzinie zachodzącego słońca mego: "Mniej znaczy więcej". Słów - tak... Racja - wypowiedzi a i owszem.... Ta zasada nie tyczy się - jednak wielu innych spraw, wielu rzeczy. Rozumu, męstwa, pomocy, uwagi, odwagi, uśmiechu itp. a nawet - inteligencji, zwłaszcza tej emocjonalnej.
Choćbym do mniejszego rozumu, mądrości coś dodać chciała, do żadnego, nawet dziecka, nie będzie to z większą korzyścią... Ta reguła nie działa, w żadnej z tzw. innych kategorii.... Racji, siły, pogody ducha, miłości i wszystkich podobnych kategoriach.
Blog o ekologii i rodzinie: relacjach, wychowaniu, miłości Podstawy oddziaływań psychologicznych Wiele tematów porusza problemy wychowania, zaburzenia zachowania i emocji, dysfunkcje Jak wspierać wychowanie w rodzinie i komunikację małżeńską Na czym polega wsparcie i pomoc psychologiczna Czym jest kontakt terapeutyczny O ekologii i zdrowiu O homeostazie i poszukiwaniu szczęścia Życie w domu Wspólnota i jej potrzeby Wsparcie i bliskość Miłość dziecka i znaczenie zaufania O szkole i roli rodziny
niedziela, 13 listopada 2016
piątek, 11 listopada 2016
#Rodzice Niczym #Bogowie
Małemu dziecku, 3-5 letniemu rodzice jawią się jako byty doskonałe, wszechmogące... Jedynie ubrane po to pewnie, by nie porażać swą potęgą, siłą wglądu, przenikającym spojrzeniem... ich grymas malujący się na twarzy - budzi strach, przerażenie czy uwielbienie, zazdrość, podziw... czasem pychę, poczucie mocy u latorośli... Osłaniają lub zachęcają do rzeczy niebywale doskonałych...
Co na to klasyczna psychologia???
Tak jest i, tak, ma być... rozwojowo. Inaczej - brak rodziców i tego ich - idyllicznego i idealnego - obrazu Mamy i Taty - zakłóciłyby tylko. Poszukiwanie siebie, kształtowanie siebie i swojego charakteru w starszych latach, i ustosunkowanie się do rodziców, ustawianie się wobec nich. Czy - pozytywne, czy - negatywne, negujące - w opozycji "do"... Bycie "wobec". To ten pokoleniowy, odwieczny spór z nimi, rodzicami. Z tak bliskimi nam dorosłymi...
Te niekończące się dyskusje, wieczorne kłótnie, słowa - jakie mocno ranią, dywagacje... achy i ochy... wszystkie "być może", a jednak, nie tak, nie inaczej...
Dlaczego tak jest i czemu w tym trwamy?
Czy dajemy radę tym wszystkim plusom dodatnim i plusom ujemnym?
Nie motywowałby nas ten idylliczny obraz do prawdziwych i zdecydowanych "na wszystko" poszukiwań siebie gdyby nie bliskość jaką do siebie wcześniej mieliśmy...
Ot pada tu pytanie: "Jaki jestem, a - jaki chciałbym być?" - z początku dla nich, potem, dla samego siebie... A jaki??? A - dokąd ja tak naprawdę zmierzam, po co? Z kim, i na ile zagmatwanych sposobów?
Jak chcę żyć... za co, czyli "z czego" zamierzam się utrzymać?
Czy w ogóle chcę coś zmienić w sobie, i dokąd zamierzam...
Pytanie "po co" i "dlaczego", zostawiamy na sam koniec, na ogonek...
Taka wisienka na torcie...
Dobry rodzic - nie "człowiek - #Bóg", a zwyczajny człowiek... pozwoli mnie, jako dziecku i tobie też - upadać, borykać się, mierzyć siły na zamiary, rozwijać się - ale też tracić w sposób naturalny - siły - i potem je odzyskiwać.
Poda rękę i wypowie słowo, które krzepi. Jego jasny uśmiech spowoduje nawrót mocy... zmotywuje, jeszcze raz spowoduje, że powstaniemy do zmagań - sporu lub walki, potyczki najważniejszej - o siebie, o swoje prawa, o jakieś mocne "ja", dookreślone i właściwe, maksymalnie zobiektywizowane... nie filozoficzne, pokiełbaszone i pogubione, zestrachane i panicznie lękające się życia. Uzasadnione nie tylko tym że żyję, bo stworzył mnie Bóg wykorzystując miłość i bliskość moich rodziców, maksymalną i dobrą miłość... - ale szukam uzasadnienia dalej, uzasadnienia dla Życia - nie biologią, podziałem i formą blastuli czy podziałem mejotycznym czy mitotycznym - szukam głębiej i dalej....
Zasadności i celu dla życia - etycznego, moralnie osadzonego , wzbogacone o prawdziwego ducha...
Tak dochodzimy do poszukiwania sensu, sedna życia...
ale to już zupełnie inna bajka i będzie o tym i tu, w kontekście gruopy (odniesienia, grupy - jaką tworzy szeroko pojęta rodzina, oraz na wzór - społeczeństwa).
A na innej stronce -
www.ja-psycholog.blogspot.com - o indywidualnych poszukiwaniach....
- y:
Co na to klasyczna psychologia???
Tak jest i, tak, ma być... rozwojowo. Inaczej - brak rodziców i tego ich - idyllicznego i idealnego - obrazu Mamy i Taty - zakłóciłyby tylko. Poszukiwanie siebie, kształtowanie siebie i swojego charakteru w starszych latach, i ustosunkowanie się do rodziców, ustawianie się wobec nich. Czy - pozytywne, czy - negatywne, negujące - w opozycji "do"... Bycie "wobec". To ten pokoleniowy, odwieczny spór z nimi, rodzicami. Z tak bliskimi nam dorosłymi...
Te niekończące się dyskusje, wieczorne kłótnie, słowa - jakie mocno ranią, dywagacje... achy i ochy... wszystkie "być może", a jednak, nie tak, nie inaczej...
Dlaczego tak jest i czemu w tym trwamy?
Czy dajemy radę tym wszystkim plusom dodatnim i plusom ujemnym?
Nie motywowałby nas ten idylliczny obraz do prawdziwych i zdecydowanych "na wszystko" poszukiwań siebie gdyby nie bliskość jaką do siebie wcześniej mieliśmy...
Ot pada tu pytanie: "Jaki jestem, a - jaki chciałbym być?" - z początku dla nich, potem, dla samego siebie... A jaki??? A - dokąd ja tak naprawdę zmierzam, po co? Z kim, i na ile zagmatwanych sposobów?
Jak chcę żyć... za co, czyli "z czego" zamierzam się utrzymać?
Czy w ogóle chcę coś zmienić w sobie, i dokąd zamierzam...
Pytanie "po co" i "dlaczego", zostawiamy na sam koniec, na ogonek...
Taka wisienka na torcie...
Dobry rodzic - nie "człowiek - #Bóg", a zwyczajny człowiek... pozwoli mnie, jako dziecku i tobie też - upadać, borykać się, mierzyć siły na zamiary, rozwijać się - ale też tracić w sposób naturalny - siły - i potem je odzyskiwać.
Poda rękę i wypowie słowo, które krzepi. Jego jasny uśmiech spowoduje nawrót mocy... zmotywuje, jeszcze raz spowoduje, że powstaniemy do zmagań - sporu lub walki, potyczki najważniejszej - o siebie, o swoje prawa, o jakieś mocne "ja", dookreślone i właściwe, maksymalnie zobiektywizowane... nie filozoficzne, pokiełbaszone i pogubione, zestrachane i panicznie lękające się życia. Uzasadnione nie tylko tym że żyję, bo stworzył mnie Bóg wykorzystując miłość i bliskość moich rodziców, maksymalną i dobrą miłość... - ale szukam uzasadnienia dalej, uzasadnienia dla Życia - nie biologią, podziałem i formą blastuli czy podziałem mejotycznym czy mitotycznym - szukam głębiej i dalej....
Zasadności i celu dla życia - etycznego, moralnie osadzonego , wzbogacone o prawdziwego ducha...
Tak dochodzimy do poszukiwania sensu, sedna życia...
ale to już zupełnie inna bajka i będzie o tym i tu, w kontekście gruopy (odniesienia, grupy - jaką tworzy szeroko pojęta rodzina, oraz na wzór - społeczeństwa).
A na innej stronce -
www.ja-psycholog.blogspot.com - o indywidualnych poszukiwaniach....
- y:
środa, 28 września 2016
Wzorzec metra
Szukamy podobieństw w naszych dzieciach, potomkach... po kim dziedziczy kolor oczu czy łysinę ciemieniową, dołeczki w policzkach... Po kim ma taką pasję do gry na instrumentach, zamiłowania sportowe i sprawność... Gdzie należy szukać źródeł trudności jej czy jego w koncentracji czy problemów z zapamiętywaniem. Szukamy przyczyn, badamy możliwości, określamy potencjał.
Analizując, diagnozując zapominamy pokazać dziecku jak zakwitają drzewa, czym róznią się wiosenne kwiaty od siebie, nauczyć odgłosów i powiązań ptaków - z ich wyglądem oraz wydawanymi odgłosami. Osłuchać z muzyką, nauczyć wrażliwego odbioru sztuki, muzyki...
Często nie zajmujemy się tym co jest, co "tu i teraz", co mamy... ale szukamy przyczyn tego, dlaczego nie posiadamy, nie dano nam czegoś zupełnie innego... Przeciwnego, różnego od.... Potencjał, nowość, odmienność - potencjalnie inni... różni!
Oczywiście że tak, że takie założenie powinno nam przyświecać. Taką rzeczywistość powinniśmy brać za prawdziwą, jedyną i właściwą zwykłemu, ludzkiemu życiu. I tę szczególną właściwość naszych genów i różnych ich kompilacji, połączeń tych naszych białek w coraz to nowe łańcuchy, akceptować mimo wszystko...
Te nasz różnice, to najcenniejsze co mamy. Nasze cechy nie mogą być tożsame, takie same. Nie jesteśmy wcale jak wzorzec metra złożony w zamknięciu, w skrzyni - niedaleko Paryża po to tylko, by się móc zestawiać jako jednostki - odnosić do siebie - jeden do drugiego - i porównywać. By "dorównywać sobie" lub też "szyć kolejnych ludzi" na jakąś jedną, powtarzalną miarę.
Jednego rozciągać a innego skracać do jakiegoś hipotetycznego wymiaru...
Kiedy zaakceptujemy różnice, powoli zaakceptujemy niedoskonałości, takich siebie samych jak jesteśmy. Powoli też zaakceptujemy słabość, chorobę, komplikacje, wyjątkowe i bardzo rzadkie cechy, uszkodzenia w obszarze chromosomalnym, wreszcie - prawo do ich dziedziczenia.
Zakusy ludzkie, aby wszystko poukładać i zaplanować, kontrolować, mieć wpływ na (...) kolejne sfery życia, zmieniać... jest dziwna. I trudna do przerwania, i wręcz niemożliwa lub choćby niełatwa do zapanowania. Ot, taka pokusa bycia namiastką boga.
Analizując, diagnozując zapominamy pokazać dziecku jak zakwitają drzewa, czym róznią się wiosenne kwiaty od siebie, nauczyć odgłosów i powiązań ptaków - z ich wyglądem oraz wydawanymi odgłosami. Osłuchać z muzyką, nauczyć wrażliwego odbioru sztuki, muzyki...
Często nie zajmujemy się tym co jest, co "tu i teraz", co mamy... ale szukamy przyczyn tego, dlaczego nie posiadamy, nie dano nam czegoś zupełnie innego... Przeciwnego, różnego od.... Potencjał, nowość, odmienność - potencjalnie inni... różni!
Oczywiście że tak, że takie założenie powinno nam przyświecać. Taką rzeczywistość powinniśmy brać za prawdziwą, jedyną i właściwą zwykłemu, ludzkiemu życiu. I tę szczególną właściwość naszych genów i różnych ich kompilacji, połączeń tych naszych białek w coraz to nowe łańcuchy, akceptować mimo wszystko...
Te nasz różnice, to najcenniejsze co mamy. Nasze cechy nie mogą być tożsame, takie same. Nie jesteśmy wcale jak wzorzec metra złożony w zamknięciu, w skrzyni - niedaleko Paryża po to tylko, by się móc zestawiać jako jednostki - odnosić do siebie - jeden do drugiego - i porównywać. By "dorównywać sobie" lub też "szyć kolejnych ludzi" na jakąś jedną, powtarzalną miarę.
Jednego rozciągać a innego skracać do jakiegoś hipotetycznego wymiaru...
Kiedy zaakceptujemy różnice, powoli zaakceptujemy niedoskonałości, takich siebie samych jak jesteśmy. Powoli też zaakceptujemy słabość, chorobę, komplikacje, wyjątkowe i bardzo rzadkie cechy, uszkodzenia w obszarze chromosomalnym, wreszcie - prawo do ich dziedziczenia.
Zakusy ludzkie, aby wszystko poukładać i zaplanować, kontrolować, mieć wpływ na (...) kolejne sfery życia, zmieniać... jest dziwna. I trudna do przerwania, i wręcz niemożliwa lub choćby niełatwa do zapanowania. Ot, taka pokusa bycia namiastką boga.
Przyjaciel z Internetu
Z podrasowanego zdjęcia uśmiecha się do nas założyciel fb - Mark Zucherberg, lekki na duchu bez cienia emocjonalnej manipulacji. Czekamy - w naszej głowie, w podświadomości zapisując ten szczery uśmiech - właśnie na takiego gościa, znajomego czy przyjaciela na odległość, który otwiera dla nas swe serce, nieograniczony limit czasu, dzieli się pasją i zainteresowaniami, podtrzymuje nas i...
No właśnie, co jeszcze nam się wydaje. Co jest za tak szczerym uśmiechem człowieka, który otworzył dla nas wirtualne serce i mówi, że chce być blisko każdego, on i cały sztab maszyny, pracowników tego giganta... Mark przy tej okazji budowania imperium, wyciął z innych miejsc cały sztab młodych pasjonatów z google, marketingowców i projektantów marek oraz haseł sprzedaży, reklamy, marketingu i innych. Porwał ludzi, dosłownie i w przenośni... Jego pomysł globalnego współzawodnictwa w tworzeniu aplikacji i programowaniu, dodał skrzydeł młodym i jeszcze nieznanym utalentowanym ludziom.
Wszystko dla nas, użytkowników i niewolników sieci. Nie ma cię w sieci, nie ma cię wcale... Nie istniejesz bez tych komputerowych i sieciowych więzi, relacji, znajomości ale i aktywnych wymian, klasycznych - materiałami, zdjęciami, produktami, efektami swojej twórczości...
Dawniej ten rynek był lokalny, znany i przewidywalny, oswojony i bezpieczny - teraz - stał się globalny. Mocno agresywny...
Pomyślmy, nasze dziecko ale często i my, jesteśmy wrzuceni w ten wir, w ten kierat czy tego chcemy, czy tego pragniemy, czy też - nie. I ono i my jesteśmy nie podmiotem tych działań ale przedmiotem transakcji, to nami "obracają", nas proponuje się jako klienta, jako konsumenta usługi. Oddajemy się w posiadanie... w zastaw.
Oderwać się nie sposób, ignorować - nie wypada... płyniemy trochę jak ludzka rzeka istnień, pośród niebezpieczeństw i burz...
Wydaje się nam że okres niewolnictwa już dawno mamy za sobą, teraz jest ono misternie skrojone - dobrowolne, subtelne... lgniemy do sytuacji sztucznie stworzonej, zaproponowanej, wciąż nowej, tracąc dystans i tym samym - instynkt samozachowawczy.
Jesteśmy coraz bardziej cyfrą, rzeczą, rekordem w tabeli, pozycją, postrzegani przez cechę i jak cecha klasyfikowani. Wciąż na nowo dołączani jak metka do towaru, jak kod paskowy - do jakiejś potrzeby w nas wywołanej, sprowokowanej i podsycanej. Obcą ręką przecież, w nas, rozbudzonej.
No właśnie, co jeszcze nam się wydaje. Co jest za tak szczerym uśmiechem człowieka, który otworzył dla nas wirtualne serce i mówi, że chce być blisko każdego, on i cały sztab maszyny, pracowników tego giganta... Mark przy tej okazji budowania imperium, wyciął z innych miejsc cały sztab młodych pasjonatów z google, marketingowców i projektantów marek oraz haseł sprzedaży, reklamy, marketingu i innych. Porwał ludzi, dosłownie i w przenośni... Jego pomysł globalnego współzawodnictwa w tworzeniu aplikacji i programowaniu, dodał skrzydeł młodym i jeszcze nieznanym utalentowanym ludziom.
Wszystko dla nas, użytkowników i niewolników sieci. Nie ma cię w sieci, nie ma cię wcale... Nie istniejesz bez tych komputerowych i sieciowych więzi, relacji, znajomości ale i aktywnych wymian, klasycznych - materiałami, zdjęciami, produktami, efektami swojej twórczości...
Dawniej ten rynek był lokalny, znany i przewidywalny, oswojony i bezpieczny - teraz - stał się globalny. Mocno agresywny...
Pomyślmy, nasze dziecko ale często i my, jesteśmy wrzuceni w ten wir, w ten kierat czy tego chcemy, czy tego pragniemy, czy też - nie. I ono i my jesteśmy nie podmiotem tych działań ale przedmiotem transakcji, to nami "obracają", nas proponuje się jako klienta, jako konsumenta usługi. Oddajemy się w posiadanie... w zastaw.
Oderwać się nie sposób, ignorować - nie wypada... płyniemy trochę jak ludzka rzeka istnień, pośród niebezpieczeństw i burz...
Wydaje się nam że okres niewolnictwa już dawno mamy za sobą, teraz jest ono misternie skrojone - dobrowolne, subtelne... lgniemy do sytuacji sztucznie stworzonej, zaproponowanej, wciąż nowej, tracąc dystans i tym samym - instynkt samozachowawczy.
Jesteśmy coraz bardziej cyfrą, rzeczą, rekordem w tabeli, pozycją, postrzegani przez cechę i jak cecha klasyfikowani. Wciąż na nowo dołączani jak metka do towaru, jak kod paskowy - do jakiejś potrzeby w nas wywołanej, sprowokowanej i podsycanej. Obcą ręką przecież, w nas, rozbudzonej.
poniedziałek, 26 września 2016
Obrona przez atak
Jeśli mój uczeń ma udowodnić coś, pokazać, zaprezentować umiejętność - początkowo rozważa, czy warto, po co... ile będzie go to kosztowało wysiłku, pracy, przygotowania... Potem ewentualnie wchodzi w propozycję. Zależy to od poziomu motywacji jaki w nim wzbudzę, poziomu rywalizacji jaki wyznaczę w grupie, i założeń zadania... jak i jego własnych aspiracji.
Zainteresować dziś młodego człowieka czymkolwiek jest z jednej strony dość łatwo, z innej - wymaga to wysiłku... By kiedyś powrócił, by znów chciał.
Często przygotowując się do wystąpienia, warsztatów czy prelekcji organizator prosi mnie o to, by zainteresować słuchacza. By odbiorcę "porwać i unieść". To trochę tak, jak mała wojna... Bitwa, atak pozycyjny. W mojej głowie powstaje plan przeprowadzenia zmasowanego ataku i inwazji na mocno zarysowane pozycje... a w założeniu jego wychowawców, młody i plastyczny mózg broni się przed moją Dunkierką czy lądowaniem w Normandii. Dorośli mają założenie znudzenia i lekceważenia spotkań przez obie strony.
Podobnie pewnie nastawiają młodzież: otwórzcie głowy, zadawajcie pytania, wejdźcie w realizowane zabawy, ćwiczenia czy proponowane konkursy...
I tak... Ja próbuję ich porwać i oczarować, jak modliszka czy pająk w tańcu - oni albo zostaną uwiedzeni, albo ukąszeni lub też tradycyjnie postąpią - wykorzystując starą taktykę chowania się w muszlę, jak ślimak czy małż...
Taktyka pracy i prowadzenia warsztatu "x" czy "y" może być mniej lub bardziej skuteczna - jednak w pracy, tej najmniejszej z ludźmi, zwłaszcza z młodymi, liczy się otwartość i prowokacja; efekt zaskoczenia, zaciekawienia, porwanie ich... Jeśli jeszcze jesteśmy blisko, emocjonalnie blisko... w dobrym kontakcie i reagujemy na to, co dzieje się w odbiorcy - nie może się nie udać!!! Nie mówię już o nastawieniu i przygotowaniu do tego co robimy - o czym i jak mówimy, ile przemyśleliśmy z treści, jaki kontekst problemu czy tematu zajęć.
Oczywiście nasze uprzednie doświadczenia też mają znaczenie, uprzedzenia nas lekko wyhamują, zwłaszcza w entuzjazmie, dobre i sprawdzone techniki - pokażą - jak wiele możemy przekazać ciekawostek i treści, jak różnymi sposobami możemy dotrzeć do słuchacza. Potrzeba w nas też chęci do dobrej i rzetelnej w realizacji rozmowy, o zabarwieniu zabawy...
Bez obaw, strachu, bez wstępnych założeń... Dajmy się jednak prawdziwie porwać tematowi, jaki przygotowujemy na spotkanie - a porwiemy i innych...
Zainteresować dziś młodego człowieka czymkolwiek jest z jednej strony dość łatwo, z innej - wymaga to wysiłku... By kiedyś powrócił, by znów chciał.
Często przygotowując się do wystąpienia, warsztatów czy prelekcji organizator prosi mnie o to, by zainteresować słuchacza. By odbiorcę "porwać i unieść". To trochę tak, jak mała wojna... Bitwa, atak pozycyjny. W mojej głowie powstaje plan przeprowadzenia zmasowanego ataku i inwazji na mocno zarysowane pozycje... a w założeniu jego wychowawców, młody i plastyczny mózg broni się przed moją Dunkierką czy lądowaniem w Normandii. Dorośli mają założenie znudzenia i lekceważenia spotkań przez obie strony.
Podobnie pewnie nastawiają młodzież: otwórzcie głowy, zadawajcie pytania, wejdźcie w realizowane zabawy, ćwiczenia czy proponowane konkursy...
I tak... Ja próbuję ich porwać i oczarować, jak modliszka czy pająk w tańcu - oni albo zostaną uwiedzeni, albo ukąszeni lub też tradycyjnie postąpią - wykorzystując starą taktykę chowania się w muszlę, jak ślimak czy małż...
Taktyka pracy i prowadzenia warsztatu "x" czy "y" może być mniej lub bardziej skuteczna - jednak w pracy, tej najmniejszej z ludźmi, zwłaszcza z młodymi, liczy się otwartość i prowokacja; efekt zaskoczenia, zaciekawienia, porwanie ich... Jeśli jeszcze jesteśmy blisko, emocjonalnie blisko... w dobrym kontakcie i reagujemy na to, co dzieje się w odbiorcy - nie może się nie udać!!! Nie mówię już o nastawieniu i przygotowaniu do tego co robimy - o czym i jak mówimy, ile przemyśleliśmy z treści, jaki kontekst problemu czy tematu zajęć.
Oczywiście nasze uprzednie doświadczenia też mają znaczenie, uprzedzenia nas lekko wyhamują, zwłaszcza w entuzjazmie, dobre i sprawdzone techniki - pokażą - jak wiele możemy przekazać ciekawostek i treści, jak różnymi sposobami możemy dotrzeć do słuchacza. Potrzeba w nas też chęci do dobrej i rzetelnej w realizacji rozmowy, o zabarwieniu zabawy...
Bez obaw, strachu, bez wstępnych założeń... Dajmy się jednak prawdziwie porwać tematowi, jaki przygotowujemy na spotkanie - a porwiemy i innych...
piątek, 23 września 2016
Małżeństwa i rozwody
Te spektakularne i głośne, te które prowokują opinię publiczną, wypełniają portale i tabloidy... emocjonują nas. Odrywają od rzeczywistości... Dlaczego tę naszą rzeczywistość i dzień codzienny nazywamy "szarym", skąd pomysł że w naszym życiu nic się nie dzieje, nie ma w nim radości, cudów, uniesień, miłości i rysu szczęścia.
Czy tylko inni - na naszych oczach - są szczęśliwi... Potrafią być??? A co z nami.
Tak bardzo nauczyliśmy się żyć życiem innych, że nie zauważamy jak nasze własne przepływa przez palce, nieodwracalnie mija... a my traktujemy go jak robaka, jak intruza jakiego trzeba zniszczyć, otruć, pozbyć się go.
Żyjemy w stanie fikcji i zawieszenia marząc o jakimś "nieokreślonym innym wariancie", mniej odpowiedzialnie i nieskutecznie porównując się wciąż, kibicujemy tym bardziej naszym "ulubieńcom". Zwłaszcza gdy w ich relacjach nie brak zwrotów akcji, energii, mocnych emocji, pikanterii i sensacji. Czy nie kończy się to zbyt często frustracją??? Przecież nie da się żyć "za" inną osobę, "jej życiem"... Choć wydaje nam się, że jesteśmy tak blisko jej życia...
Tak czynią stalkingujące osoby - blisko swych ofiar, zbyt blisko, wchodząc z butami do czyjegoś domu, spraw... Możemy tak działając uczynić czyjeś życie piekłem, trudem nie do zniesienia...
Media i gazety zasypują nas fotkami ze ślubów, ale i rozwodów, naszych rodzimych "bohaterów" - także. Publiczne pranie swoich brudów zwłaszcza przy okazji tych drugich wydarzeń, pokazuje nam te pseudo-ideały, pseudo-celebrytów w bardzo złym świetle. W ogóle trudno nam się w życiu odnaleźć, a w takich szarościach życia, cudzego, tak podobnego naszemu, możemy się tylko mocno zaburzyć... Warto?
Chyba jednak - nie...
Nauczmy się korzystać i przeżywać to, co do nas należy, nasze życie i nasze osobiste zwycięstwa i klęski w pełni zaangażowania i przeżywając głęboko czekające nas - różne w tych obszarach - zmiany...
Czy tylko inni - na naszych oczach - są szczęśliwi... Potrafią być??? A co z nami.
Tak bardzo nauczyliśmy się żyć życiem innych, że nie zauważamy jak nasze własne przepływa przez palce, nieodwracalnie mija... a my traktujemy go jak robaka, jak intruza jakiego trzeba zniszczyć, otruć, pozbyć się go.
Żyjemy w stanie fikcji i zawieszenia marząc o jakimś "nieokreślonym innym wariancie", mniej odpowiedzialnie i nieskutecznie porównując się wciąż, kibicujemy tym bardziej naszym "ulubieńcom". Zwłaszcza gdy w ich relacjach nie brak zwrotów akcji, energii, mocnych emocji, pikanterii i sensacji. Czy nie kończy się to zbyt często frustracją??? Przecież nie da się żyć "za" inną osobę, "jej życiem"... Choć wydaje nam się, że jesteśmy tak blisko jej życia...
Tak czynią stalkingujące osoby - blisko swych ofiar, zbyt blisko, wchodząc z butami do czyjegoś domu, spraw... Możemy tak działając uczynić czyjeś życie piekłem, trudem nie do zniesienia...
Media i gazety zasypują nas fotkami ze ślubów, ale i rozwodów, naszych rodzimych "bohaterów" - także. Publiczne pranie swoich brudów zwłaszcza przy okazji tych drugich wydarzeń, pokazuje nam te pseudo-ideały, pseudo-celebrytów w bardzo złym świetle. W ogóle trudno nam się w życiu odnaleźć, a w takich szarościach życia, cudzego, tak podobnego naszemu, możemy się tylko mocno zaburzyć... Warto?
Chyba jednak - nie...
Nauczmy się korzystać i przeżywać to, co do nas należy, nasze życie i nasze osobiste zwycięstwa i klęski w pełni zaangażowania i przeżywając głęboko czekające nas - różne w tych obszarach - zmiany...
środa, 21 września 2016
#Suplementy diety i nie tylko
Na rynku aptekarsko - zielarskim oraz na półkach wielu marketów znanych sieci pojawia się coraz więcej wyrobów paramedycznych, zachęcających nas do kupna ceną, kolorystyką - spektakularnymi wynikami działania - w zakresie wyglądu skóry, włosów i cery, rzeźby ciała, naszego zdrowia a co za tym idzie - emocjonalnego komfortu...
Tym samym - łapiemy się jak much na lep, na reklamę związaną z pobieżną informacją o niesamowitym wyniku w zaskakująco krótkim czasie... I te pozytywne (tylko) komentarze od zadowolonych użytkowników.
Tyle pokoleń walczyło z nadwagą, wyglądem twarzy, cery i tą puszystością - a tu, okazuje się to najczęściej banalnie proste. Więc jak to jest naprawdę??? Skąd potwierdzenie dla tych rewelacji. Skąd pojawiające się doniesienia o coraz to zdrowszych warzywach, owocach czy ich skórkach, pestkach i soku, substancjach zawartych w miąższu... Roślinach najczęściej rosnących na wschodzie - w Chinach czy Indiach... Przyprawach...
Jakbyśmy odkrywali na nowo, nie tyle dietę, co jakąś inną, kompatybilną tablicę Mendelejewa.
W niej zaś kolejne pozycje zajmują rośliny, przyprawy i potrawy...
Dlaczego nie budzi w nas wątpliwości czy pytania to, że w tak powszechnej sprzedaży jest wielka gama odżywek, najczęściej substytutów lub medykamentów, reklamowanych też często przez znane i lubiane twarze, rzekome autorytety. Coraz to na innych, nowych portalach specjaliści zaskakują nas odkryciami ilości ich korzystnych kombinacji, działań i zastosowań.
Nasza cera, wygląd, zdrowie.... Waga, samopoczucie, regeneracja.... Gładkość i powab...
Zyska prawie wszystko, a uszczuplimy jedynie portfel. Spróbować? Uwierzyć? Zaufać - wreszcie???
Kilka miesięcy później okaże się, że porządkując półki naszych domowych szafek kuchennych czy półek w łazience - wyrzucimy szereg przeterminowanych pastylek i kolorowych kapsułek.
Uważajmy na to, co spożywamy - bo w słowie tym zawiera się trzon: "pożywać", nie tylko przyjmować - ale żyć, dostarczać życia....
Jak dobrze, że przynajmniej zioła i ich mieszanki - czasami mogą okazać się dobrym towarzyszem, dodatkiem i wreszcie ciekawym urozmaiceniem tego, co spożywamy i pijemy, na co dzień. I jako przyprawa, urozmaicenie smaku potraw i jako być może - herbatka...
Tym samym - łapiemy się jak much na lep, na reklamę związaną z pobieżną informacją o niesamowitym wyniku w zaskakująco krótkim czasie... I te pozytywne (tylko) komentarze od zadowolonych użytkowników.
Tyle pokoleń walczyło z nadwagą, wyglądem twarzy, cery i tą puszystością - a tu, okazuje się to najczęściej banalnie proste. Więc jak to jest naprawdę??? Skąd potwierdzenie dla tych rewelacji. Skąd pojawiające się doniesienia o coraz to zdrowszych warzywach, owocach czy ich skórkach, pestkach i soku, substancjach zawartych w miąższu... Roślinach najczęściej rosnących na wschodzie - w Chinach czy Indiach... Przyprawach...
Jakbyśmy odkrywali na nowo, nie tyle dietę, co jakąś inną, kompatybilną tablicę Mendelejewa.
W niej zaś kolejne pozycje zajmują rośliny, przyprawy i potrawy...
Dlaczego nie budzi w nas wątpliwości czy pytania to, że w tak powszechnej sprzedaży jest wielka gama odżywek, najczęściej substytutów lub medykamentów, reklamowanych też często przez znane i lubiane twarze, rzekome autorytety. Coraz to na innych, nowych portalach specjaliści zaskakują nas odkryciami ilości ich korzystnych kombinacji, działań i zastosowań.
Nasza cera, wygląd, zdrowie.... Waga, samopoczucie, regeneracja.... Gładkość i powab...
Zyska prawie wszystko, a uszczuplimy jedynie portfel. Spróbować? Uwierzyć? Zaufać - wreszcie???
Kilka miesięcy później okaże się, że porządkując półki naszych domowych szafek kuchennych czy półek w łazience - wyrzucimy szereg przeterminowanych pastylek i kolorowych kapsułek.
Uważajmy na to, co spożywamy - bo w słowie tym zawiera się trzon: "pożywać", nie tylko przyjmować - ale żyć, dostarczać życia....
Jak dobrze, że przynajmniej zioła i ich mieszanki - czasami mogą okazać się dobrym towarzyszem, dodatkiem i wreszcie ciekawym urozmaiceniem tego, co spożywamy i pijemy, na co dzień. I jako przyprawa, urozmaicenie smaku potraw i jako być może - herbatka...
Ekologicznie czy dla zdrowia?
Choćbyśmy nie wiem jak się odżywiali, jaki rygoryzm wprowadzili w obszary: kiedy, ile oraz co jemy, powinniśmy uwzględnić jeszcze jeden czynnik. Jeszcze jedną rzecz.
Zjawisko - z pozoru będące jedynie "w odczuciach", a nie zobiektywizowaną prawdę o tym, co właściwie w naszym ciele mieszka, co się w nim - tymczasowo - dzieje...
To nasz wróg, nieoswojony. Stres...
To bolesne napięcie jakie powoduje w nas obawa o to, jacy jesteśmy i jak wyglądamy teraz - oraz - jak wielka, niebotyczna odległość dzieli nas od "tego" wymarzonego ideału.
I nie mają wtedy znaczenia poszczególne składniki i ich kombinacje, to czy zdecydujemy się na odrzucenie mięsa czy też - przerzucimy się wyłącznie na soki i przeciery warzywne. Czy w naszym menu zakróluje kasza czy też oddalimy od siebie wszelkie przetwory mleczne...
Tej sfery naszego ja, tego kawałka wynikającego z dotychczasowych doświadczeń, bilansu zwycięstw i porażek- nie przeskoczymy, nie przejdziemy nad nią do porządku dziennego. Warto na początek przyjąć za pewnik siłę twórczą i równocześnie - niszczącą - naszej psychiki - zdać sobie sprawę z napięć w sobie. A mianowicie, z tego, że im mocniej, im bardziej nam na czymś zależy - tym silniej, kurczowo, trzymamy się jakiegoś nierealnego - najczęściej - wyobrażenia.
Spalamy się i z porażki ciężko nam się podnieść. Ciężko jest spróbować powtórnie.
Wszelkie niepowodzenia traktujemy jako nieodwracalne, ostateczne - jako klęskę i dowód, że jesteśmy nic nie warci. Raczej nie badamy zjawiska dalej, upraszczając, szukając tzw. negatywnych potwierdzeń.
Zanim pozwolimy dojść do głosu obawom, strachowi i panice, która rodzi się przecież w głowie i stopniowo opanowuje nasze myśli, wolę i serce, weźmy dwa - trzy głębokie wdechy, dając sobie przyzwolenie na kolejną i kolejną próbę sił. Przecież mierzymy się sami ze sobą, prawda???
W tej walce jesteśmy my, i tylko my... Podmiotem i przedmiotem przemiany....
Tu nie walczymy z żadnym książkowym, prasowym, broszurowym czy też "portalowym" ideałem. Ze sobą, z obrazem i wyobrażeniem samego siebie...
Zjawisko - z pozoru będące jedynie "w odczuciach", a nie zobiektywizowaną prawdę o tym, co właściwie w naszym ciele mieszka, co się w nim - tymczasowo - dzieje...
To nasz wróg, nieoswojony. Stres...
To bolesne napięcie jakie powoduje w nas obawa o to, jacy jesteśmy i jak wyglądamy teraz - oraz - jak wielka, niebotyczna odległość dzieli nas od "tego" wymarzonego ideału.
I nie mają wtedy znaczenia poszczególne składniki i ich kombinacje, to czy zdecydujemy się na odrzucenie mięsa czy też - przerzucimy się wyłącznie na soki i przeciery warzywne. Czy w naszym menu zakróluje kasza czy też oddalimy od siebie wszelkie przetwory mleczne...
Tej sfery naszego ja, tego kawałka wynikającego z dotychczasowych doświadczeń, bilansu zwycięstw i porażek- nie przeskoczymy, nie przejdziemy nad nią do porządku dziennego. Warto na początek przyjąć za pewnik siłę twórczą i równocześnie - niszczącą - naszej psychiki - zdać sobie sprawę z napięć w sobie. A mianowicie, z tego, że im mocniej, im bardziej nam na czymś zależy - tym silniej, kurczowo, trzymamy się jakiegoś nierealnego - najczęściej - wyobrażenia.
Spalamy się i z porażki ciężko nam się podnieść. Ciężko jest spróbować powtórnie.
Wszelkie niepowodzenia traktujemy jako nieodwracalne, ostateczne - jako klęskę i dowód, że jesteśmy nic nie warci. Raczej nie badamy zjawiska dalej, upraszczając, szukając tzw. negatywnych potwierdzeń.
Zanim pozwolimy dojść do głosu obawom, strachowi i panice, która rodzi się przecież w głowie i stopniowo opanowuje nasze myśli, wolę i serce, weźmy dwa - trzy głębokie wdechy, dając sobie przyzwolenie na kolejną i kolejną próbę sił. Przecież mierzymy się sami ze sobą, prawda???
W tej walce jesteśmy my, i tylko my... Podmiotem i przedmiotem przemiany....
Tu nie walczymy z żadnym książkowym, prasowym, broszurowym czy też "portalowym" ideałem. Ze sobą, z obrazem i wyobrażeniem samego siebie...
czwartek, 8 września 2016
Emocjonalna i fizyczna bliskość
Bliskość... emocjonalna bliskość...
Wysoki stopień ryzyka, niskie rozproszenie. Zjawisko ciekawe a niektórym ludziom obce, kiedy obserwujemy swego rodzaju dystans - odległość - ale zjawisko wcale nie fizyczne. Określenie dotyczące różnych sposobów bycia z drugim człowiekiem, jednak oparte o kilka ważnych zasad - jedną z nich jest "poczucie bezpieczeństwa", jego optymalny poziom - coś co tkwi głęboko w nas. Drugie - wysoki stopień "autentyczności". W tym "jak" jesteśmy z kimś, w jaki sposób przebywamy z drugą osobą - czy czujemy się w tym kontakcie dobrze, komfortowo, optymalnie... szczęśliwi i spełnieni.
Czasem odczuwamy bliskość w stosunku do wybranych, ale to nie jest swego rodzaju stan - a jedynie jedna z opcji. Ćwiczymy swoją elastyczność, ale nie autentyczność. U podstaw leżą nasze wcześniejsze doświadczenia w kontakcie, przeżycia, bilans sukcesów i porażek, ilość odniesionego w relacjach z innymi - bólu czy zranień. To kształtuje i predyspozycje, i postawę - pewną gotowość. Gotowość na odrzucenia lub zbliżanie się do innych.
Nie będzie najprawdopodobniej żadnej bliskości bez wytworzenia się w nas ufności, naturalnej konsekwencji wielu pozytywnych doświadczeń. Staramy się przełożyć takie zdarzenia nie tylko na język matematyczny, jakiś bilans czy powtarzalność zjawiska, sumę dobrych doświadczeń. Bliskość ukazuje się nam w wielu aspektach i kolorytach, a my - prezentujemy ją przecież nie "na zawołanie" choć mamy w sobie namiastkę tej gotowości.
Dojście do głębszej relacji, osiągnięcie bliskości trwa... Rozciąga się w czasie. Przez blisko rok badamy jej powtarzalność, testujemy osobę i przede wszystkim obserwujemy ją - dokonujemy bilansów, prób i porównań, zestawiamy z innymi. Po blisko roku zbliżamy się już do automatyzmu w ufności, wciąż czujni, gotowi do uniku czy powtórnego wycofania się - zamknięcia się w sobie...
Bliskość jest efektem wielu życiowych doświadczeń, rezultatów naszych prób wejścia w relację partnerską, koleżeńską, zawodową, intymną, przyjacielską... rodzicielską wreszcie... Nie polega na odgrywaniu ról. To pewna wypadkowa eksperymentowania, ale też naszej gotowości do ponoszenia sporego ryzyka. Dojrzewając w nas, bliskość, częściowo opiera się naszemu zwątpieniu, wciąż i wciąż - dając nową szansę.
Trudność z byciem autentycznym, powtarzalnym, ale też w jakiś sposób wyjątkowym i oryginalnym - a wciąż sobą, jest kolejnym jej kolorytem. W jakiś sposób bliskości można się uczyć, przyzwyczajać do niej, oswajać siebie... Tacy, jacy jesteśmy dziś i będziemy jutro oraz każdego kolejnego dnia.
Żywym przykładem i dokładnym obrazem coraz większej bliskości, dopuszczania do siebie innych jest motyw lisa z książki, cudownej opowieści o poznawaniu siebie i świata, o poszukiwaniu i odkrywaniu skarbu - róży, aż po kres życia - w utworze "Mały Książę"... Jedna osoba pozwala drugiej właśnie na oswajanie, przybliżanie się do niej, bycie coraz bliżej - siadanie coraz bliżej siebie. Rodzi się bliskość, zaufanie a potem - wreszcie szansa na przyjaźń.
To dla mnie najpiękniejsza ilustracja. Każdego dnia bliżej o krok, o centymetr, o jeszcze jedno muśnięcie - dotyk...
Czujemy swój oddech i ciepło, dowiadujemy się o sobie coraz więcej... a potem - naprawdę - nie potrzebujemy już tak wielu, nic nieznaczących słów.
Wysoki stopień ryzyka, niskie rozproszenie. Zjawisko ciekawe a niektórym ludziom obce, kiedy obserwujemy swego rodzaju dystans - odległość - ale zjawisko wcale nie fizyczne. Określenie dotyczące różnych sposobów bycia z drugim człowiekiem, jednak oparte o kilka ważnych zasad - jedną z nich jest "poczucie bezpieczeństwa", jego optymalny poziom - coś co tkwi głęboko w nas. Drugie - wysoki stopień "autentyczności". W tym "jak" jesteśmy z kimś, w jaki sposób przebywamy z drugą osobą - czy czujemy się w tym kontakcie dobrze, komfortowo, optymalnie... szczęśliwi i spełnieni.
Czasem odczuwamy bliskość w stosunku do wybranych, ale to nie jest swego rodzaju stan - a jedynie jedna z opcji. Ćwiczymy swoją elastyczność, ale nie autentyczność. U podstaw leżą nasze wcześniejsze doświadczenia w kontakcie, przeżycia, bilans sukcesów i porażek, ilość odniesionego w relacjach z innymi - bólu czy zranień. To kształtuje i predyspozycje, i postawę - pewną gotowość. Gotowość na odrzucenia lub zbliżanie się do innych.
Nie będzie najprawdopodobniej żadnej bliskości bez wytworzenia się w nas ufności, naturalnej konsekwencji wielu pozytywnych doświadczeń. Staramy się przełożyć takie zdarzenia nie tylko na język matematyczny, jakiś bilans czy powtarzalność zjawiska, sumę dobrych doświadczeń. Bliskość ukazuje się nam w wielu aspektach i kolorytach, a my - prezentujemy ją przecież nie "na zawołanie" choć mamy w sobie namiastkę tej gotowości.
Dojście do głębszej relacji, osiągnięcie bliskości trwa... Rozciąga się w czasie. Przez blisko rok badamy jej powtarzalność, testujemy osobę i przede wszystkim obserwujemy ją - dokonujemy bilansów, prób i porównań, zestawiamy z innymi. Po blisko roku zbliżamy się już do automatyzmu w ufności, wciąż czujni, gotowi do uniku czy powtórnego wycofania się - zamknięcia się w sobie...
Bliskość jest efektem wielu życiowych doświadczeń, rezultatów naszych prób wejścia w relację partnerską, koleżeńską, zawodową, intymną, przyjacielską... rodzicielską wreszcie... Nie polega na odgrywaniu ról. To pewna wypadkowa eksperymentowania, ale też naszej gotowości do ponoszenia sporego ryzyka. Dojrzewając w nas, bliskość, częściowo opiera się naszemu zwątpieniu, wciąż i wciąż - dając nową szansę.
Trudność z byciem autentycznym, powtarzalnym, ale też w jakiś sposób wyjątkowym i oryginalnym - a wciąż sobą, jest kolejnym jej kolorytem. W jakiś sposób bliskości można się uczyć, przyzwyczajać do niej, oswajać siebie... Tacy, jacy jesteśmy dziś i będziemy jutro oraz każdego kolejnego dnia.
Żywym przykładem i dokładnym obrazem coraz większej bliskości, dopuszczania do siebie innych jest motyw lisa z książki, cudownej opowieści o poznawaniu siebie i świata, o poszukiwaniu i odkrywaniu skarbu - róży, aż po kres życia - w utworze "Mały Książę"... Jedna osoba pozwala drugiej właśnie na oswajanie, przybliżanie się do niej, bycie coraz bliżej - siadanie coraz bliżej siebie. Rodzi się bliskość, zaufanie a potem - wreszcie szansa na przyjaźń.
To dla mnie najpiękniejsza ilustracja. Każdego dnia bliżej o krok, o centymetr, o jeszcze jedno muśnięcie - dotyk...
Czujemy swój oddech i ciepło, dowiadujemy się o sobie coraz więcej... a potem - naprawdę - nie potrzebujemy już tak wielu, nic nieznaczących słów.
Czy szkoła wychowuje?
Śledzę od kilku dni wszelkie artykuły i komentarze polityków dotyczące zbliżającej się, szczegółowej reformy oświaty. Kolejnej już reformy w moim życiu... Wczoraj ze zdziwieniem rozczytałam się w wypowiedzi obecnej pani minister edukacji, niezbyt odkrywczej czy głębokiej, ale zdumiałą mnie natarczywość wypowiedzi w kwestii wychowania. Otóż szkoła ma wychowywać, ma przekazywać wartości...
I jak tu znaleźć punkt wspólny dla ludzi, wspólny mianownik w szkole powszechnej, rejonowej - gdy wiem w jaki sposób dobiera się personel, pracowników, nauczycieli. Gdzie i kiedy spotykają się deklaracje i praktyka... co z przeciwdziałaniem zniechęceniu, wypaleniu i brakowi motywacji.
Wzorce osobowe, ideały??? No chyba jakiś żart... Przekraczamy progi szkoły, i często stajemy się kimś zupełnie innym, zakładamy maskę, upiększamy się lub bawimy w unikanie relacji, oddalamy się najczęściej emocjonalnie tłumacząc - ojej, to tylko praca, praca i nic innego. Zaraz skończę, idę i uciekam... Osobiste życie pozostawiam daleko stąd, niech każdy wie o mnie jak najmniej...
Ryszard Izdebski nazwał to zjawisko już kiedyś, ponad 10 lat temu - cudownym: PAW - Postmodernistyczny Anonimowy Wychowawca... Niby człowiek a nie człowiek, bez szczególnej twarzy, z ukrytym sercem i zasadami, niejasnymi przekonaniami, zbudowany na świecie jakichś nieokreślonych wartości, prawd i półprawd...
W ten sposób nie ma się z kim zderzyć, z kim utożsamić ale też - od czego odżegnać, odwołać się...
Nie wiadomo ku czemu przychodzi nam dążyć, a przed czym - chronić się...
Ogromna część z nas nabiera się na to złudne "coś", fasadę, za jaką nie ma życia, czynów brak, serce - umarło... Na sprzeczności, zlepek, na to co często nazywamy kompilacją - koszykiem luźnych zwrotów i wartości, często sprzecznych czy niezbyt głębokich, zakorzenionych w wielu kulturach... Zaczynamy być estetyczni - a nie etyczni w pracy, relacjach, rozmowach, sposobie spędzania czasu wolnego, zaufaniu, dyskrecji - czy zachowaniu powierzonej tajemnicy czy delikatności w kontakcie z młodymi ludźmi. Gdzie miejsce na wrażliwość i prawdziwość nas samych...
Szkoła??? Wychowanie??? Bliskość i bezpieczeństwo??? A przecież tego czasu dla drugiej osoby - w ogóle - coraz bardziej nam brak...
I jak tu znaleźć punkt wspólny dla ludzi, wspólny mianownik w szkole powszechnej, rejonowej - gdy wiem w jaki sposób dobiera się personel, pracowników, nauczycieli. Gdzie i kiedy spotykają się deklaracje i praktyka... co z przeciwdziałaniem zniechęceniu, wypaleniu i brakowi motywacji.
Wzorce osobowe, ideały??? No chyba jakiś żart... Przekraczamy progi szkoły, i często stajemy się kimś zupełnie innym, zakładamy maskę, upiększamy się lub bawimy w unikanie relacji, oddalamy się najczęściej emocjonalnie tłumacząc - ojej, to tylko praca, praca i nic innego. Zaraz skończę, idę i uciekam... Osobiste życie pozostawiam daleko stąd, niech każdy wie o mnie jak najmniej...
Ryszard Izdebski nazwał to zjawisko już kiedyś, ponad 10 lat temu - cudownym: PAW - Postmodernistyczny Anonimowy Wychowawca... Niby człowiek a nie człowiek, bez szczególnej twarzy, z ukrytym sercem i zasadami, niejasnymi przekonaniami, zbudowany na świecie jakichś nieokreślonych wartości, prawd i półprawd...
W ten sposób nie ma się z kim zderzyć, z kim utożsamić ale też - od czego odżegnać, odwołać się...
Nie wiadomo ku czemu przychodzi nam dążyć, a przed czym - chronić się...
Ogromna część z nas nabiera się na to złudne "coś", fasadę, za jaką nie ma życia, czynów brak, serce - umarło... Na sprzeczności, zlepek, na to co często nazywamy kompilacją - koszykiem luźnych zwrotów i wartości, często sprzecznych czy niezbyt głębokich, zakorzenionych w wielu kulturach... Zaczynamy być estetyczni - a nie etyczni w pracy, relacjach, rozmowach, sposobie spędzania czasu wolnego, zaufaniu, dyskrecji - czy zachowaniu powierzonej tajemnicy czy delikatności w kontakcie z młodymi ludźmi. Gdzie miejsce na wrażliwość i prawdziwość nas samych...
Szkoła??? Wychowanie??? Bliskość i bezpieczeństwo??? A przecież tego czasu dla drugiej osoby - w ogóle - coraz bardziej nam brak...
wtorek, 23 sierpnia 2016
Co siejemy, to zbieramy
Jeśli rodzina ma być naszą najlepszą inwestycją to nie możemy tego robić tylko na pół etatu, na pół gwizdka - bo jedna z mądrości mówi o zbieraniu takich owoców, jakie się posieje, z wierzby nie zbierze się gruszek a na oście nie wyrosną figi. Choćby nie wiem co...
Przekłada się na to czas spędzany z najbliższymi, jakość rozmowy, ilość uśmiechów oraz przytuleń, głaskanie... dosłowne i to "słowami", zainteresowanie sprawami innych oraz gotowość wsparcia...
Rodzina nauczy nas wszystkiego, eksperymentujemy tu, sprawdzamy siebie i własną osobę w relacji z innymi, nasze słabości ale i mocne strony można w ten sposób poznać i przy pomocy bliskich - rozwiązać czy problemy - zmniejszyć. Bez drugiej osoby jesteśmy mniej obiektywni lub zobiektywizowani, mniej krytyczni a co za tym idzie - nie tak ostrożni... Czasem mówi się - walimy prosto z mostu...
Tło rodziny pozwala na samopoznanie, na usłyszenie od tych - których kochamy i darzymy zaufaniem uwag krytycznych o sobie, bez ściemniania, ugłaskania i fałszu. Możemy się z tym mierzyć, korygować lub chociażby - zastanowić się jak daleko nam do celu...
Rodzina, właśnie ona wybacza szereg błędów, kochająca - cierpliwie czeka i daje kolejną szansę raz za razem... tylko brać!!! Prawdziwa rodzina wspiera swoich członków, podaje dłoń, słucha i zawsze czeka na zmianę, na lepsze, na "innego nas", daje okazję i czas na rozwój, amortyzuje upadki po wzlotach, dba o całość...
Nie wyrzekajmy się jej, nie pomstujmy zbyt wcześniej, nie ironizujmy, że to tylko "rodzinka" i "że dobrze z rodziną, to tylko na zdjęciu".
Dostaliśmy i dostajemy od niej tak wiele, tak liczne szanse, tak niesamowitego kopa, tak mocne, zaskakujące i odpowiedzialne zadania, że zostać jedynie dłużnikiem - byłoby nieelegancko, niewyjściowo...
Przekłada się na to czas spędzany z najbliższymi, jakość rozmowy, ilość uśmiechów oraz przytuleń, głaskanie... dosłowne i to "słowami", zainteresowanie sprawami innych oraz gotowość wsparcia...
Rodzina nauczy nas wszystkiego, eksperymentujemy tu, sprawdzamy siebie i własną osobę w relacji z innymi, nasze słabości ale i mocne strony można w ten sposób poznać i przy pomocy bliskich - rozwiązać czy problemy - zmniejszyć. Bez drugiej osoby jesteśmy mniej obiektywni lub zobiektywizowani, mniej krytyczni a co za tym idzie - nie tak ostrożni... Czasem mówi się - walimy prosto z mostu...
Tło rodziny pozwala na samopoznanie, na usłyszenie od tych - których kochamy i darzymy zaufaniem uwag krytycznych o sobie, bez ściemniania, ugłaskania i fałszu. Możemy się z tym mierzyć, korygować lub chociażby - zastanowić się jak daleko nam do celu...
Rodzina, właśnie ona wybacza szereg błędów, kochająca - cierpliwie czeka i daje kolejną szansę raz za razem... tylko brać!!! Prawdziwa rodzina wspiera swoich członków, podaje dłoń, słucha i zawsze czeka na zmianę, na lepsze, na "innego nas", daje okazję i czas na rozwój, amortyzuje upadki po wzlotach, dba o całość...
Nie wyrzekajmy się jej, nie pomstujmy zbyt wcześniej, nie ironizujmy, że to tylko "rodzinka" i "że dobrze z rodziną, to tylko na zdjęciu".
Dostaliśmy i dostajemy od niej tak wiele, tak liczne szanse, tak niesamowitego kopa, tak mocne, zaskakujące i odpowiedzialne zadania, że zostać jedynie dłużnikiem - byłoby nieelegancko, niewyjściowo...
wtorek, 16 sierpnia 2016
Mamo, chyba jestem autystyczny
Są tacy rodzice, którym długo wydaje się że ich dziecko było zdrowe, i nagle - zupełnie nie wiadomo dlaczego, zaczęło się rozwijać inaczej. Są i tacy, którzy długo nie przyjmują diagnozy, bronią się przed nią. Osoby - które mówią im, że coś jest nie tak z dzieckiem i rozwija się inaczej - wyklinają i wyrzucają z serca. Oddalają się od świata, bo ten przynosi im tylko złe nowiny. A oni - mają inną prawdę...
Świat szybuje, biegnie i goni, staramy się być coraz doskonalsi, lepsi, niezawodni, fenomenalni - oczytani i wykształceni. A tu... choroba i uszkodzenie - jakiemu nie zawiniliśmy, ale na które nie ma rady.
Przepraszam, jest jedna - zaakceptować, pogodzić się, mocniej kochać...
Dziecko chore, inne i trudne nad wyraz - trudniej jest jednak kochać tą samą miłością, zadajemy sobie pytania o to kto winny, czego zaniedbaliśmy, co się stało... w ciąży lub jeszcze wcześniej. To nie kwestia przygotowania i mądrości lecz ryzyka puszczenia serca na głęboką wodę - otworzenia się na trudną, dozgonną miłość i dozgonną - opiekę...
Dziecko nie będzie zdrowe, nie "poprawi mu się", jego stan będzie falował i oscylował i stanowił wielką niewiadomą. Raz lepiej, remisje oraz upadki, regres goni regres. Trudności, kłopoty w relacjach. Pytania, obawy i dziwne spojrzenia na ulicy, w sklepie, w szkole, podczas wypoczynku.
Trochę inaczej gdy jesteśmy za granicą, bo tam - otwartość i akceptacja jest dużo, dużo większa. Choroba w Polsce to wyrok, przekleństwo - upośledzenie czy choroba psychiczna odbierają na zawsze godność, ludzie nie chcą już znać nas i naszych dzieci. Grono znajomych kurczy się... Nawet w rodzinie nie brak jest rozłamów i odrzucenia, wypierania i zaprzeczania faktom.
Coraz mniej zaproszeń, mniej odwiedzin. Niektórzy udają - że się nie znamy, jest okres "przed" i czas "po".
Czy to moja lub twoja wina kobieto???
A jednak, bierzemy ją i niesiemy na barkach - do końca naszych dni. I tylko my, rodzice...
Świat szybuje, biegnie i goni, staramy się być coraz doskonalsi, lepsi, niezawodni, fenomenalni - oczytani i wykształceni. A tu... choroba i uszkodzenie - jakiemu nie zawiniliśmy, ale na które nie ma rady.
Przepraszam, jest jedna - zaakceptować, pogodzić się, mocniej kochać...
Dziecko chore, inne i trudne nad wyraz - trudniej jest jednak kochać tą samą miłością, zadajemy sobie pytania o to kto winny, czego zaniedbaliśmy, co się stało... w ciąży lub jeszcze wcześniej. To nie kwestia przygotowania i mądrości lecz ryzyka puszczenia serca na głęboką wodę - otworzenia się na trudną, dozgonną miłość i dozgonną - opiekę...
Dziecko nie będzie zdrowe, nie "poprawi mu się", jego stan będzie falował i oscylował i stanowił wielką niewiadomą. Raz lepiej, remisje oraz upadki, regres goni regres. Trudności, kłopoty w relacjach. Pytania, obawy i dziwne spojrzenia na ulicy, w sklepie, w szkole, podczas wypoczynku.
Trochę inaczej gdy jesteśmy za granicą, bo tam - otwartość i akceptacja jest dużo, dużo większa. Choroba w Polsce to wyrok, przekleństwo - upośledzenie czy choroba psychiczna odbierają na zawsze godność, ludzie nie chcą już znać nas i naszych dzieci. Grono znajomych kurczy się... Nawet w rodzinie nie brak jest rozłamów i odrzucenia, wypierania i zaprzeczania faktom.
Coraz mniej zaproszeń, mniej odwiedzin. Niektórzy udają - że się nie znamy, jest okres "przed" i czas "po".
Czy to moja lub twoja wina kobieto???
A jednak, bierzemy ją i niesiemy na barkach - do końca naszych dni. I tylko my, rodzice...
Adopcja
Adopcja czy też przysposobienie. Wychowanie dziecka jakiego się nie urodziło, ale pragnie się je obdarzyć taką samą miłością, opieką i troską. Dać mu wiele, prawie wszystko z siebie...
Niesienie odważnie daru życia i daru miłości.
Zapominamy na co dzień o tych, którzy nie mogą mieć własnego potomstwa, ale mają takie pragnienie. Pragnienie dawania miłości, obdarowywania czasem i uwagą. Przytulania do serca i pod sercem, ale także zwyczajnego - dbania o codzienne potrzeby.
Odległość jaką ma się do drugiego serca jest zawsze ta sama.
Wesprzeć ich dobrym słowem, darem, uściskiem. Opieką oraz pomocą codzienną, to tak ważne oraz tak potrzebne, jak chleb. I jak chleb - dobre. Bo ma sens - te wszystkie odwzajemnienia, zaowocowania, obdarowania - każde z nich promienieje na cały, dalszy czas. Na całe życie. Przecież nigdy nie wiemy dla jakiego to, małego człowieka, otwieramy drzwi naszego serca i naszego domu...
To miłość nas buduje.
Buduje naszą siłę, determinację, jej poszukiwanie oraz rozwój wewnętrzny. Miłość rozwija nasze umiejętności i przygotowanie, ale też daje odwagę. Od niej to zależą nasza bliskość, jej poziom i jakość oraz wszystkie nowe relacje jakie stworzymy.
Rodzice... To od nich, od takich rodziców adopcyjnych jak i od naszych rodziców uczmy się - troski, poświęcenia, oddania, pięknej miłości - ale też uważności na drugiego człowieka, życiowej odwagi, wszelkiego dobra, gotowości do ponoszenia trudów i ofiar. A przede wszystkim - "otwartości na dar" i - na bycie mamą i tatą, przyjacielem...
Niesienie odważnie daru życia i daru miłości.
Zapominamy na co dzień o tych, którzy nie mogą mieć własnego potomstwa, ale mają takie pragnienie. Pragnienie dawania miłości, obdarowywania czasem i uwagą. Przytulania do serca i pod sercem, ale także zwyczajnego - dbania o codzienne potrzeby.
Odległość jaką ma się do drugiego serca jest zawsze ta sama.
Wesprzeć ich dobrym słowem, darem, uściskiem. Opieką oraz pomocą codzienną, to tak ważne oraz tak potrzebne, jak chleb. I jak chleb - dobre. Bo ma sens - te wszystkie odwzajemnienia, zaowocowania, obdarowania - każde z nich promienieje na cały, dalszy czas. Na całe życie. Przecież nigdy nie wiemy dla jakiego to, małego człowieka, otwieramy drzwi naszego serca i naszego domu...
To miłość nas buduje.
Buduje naszą siłę, determinację, jej poszukiwanie oraz rozwój wewnętrzny. Miłość rozwija nasze umiejętności i przygotowanie, ale też daje odwagę. Od niej to zależą nasza bliskość, jej poziom i jakość oraz wszystkie nowe relacje jakie stworzymy.
Rodzice... To od nich, od takich rodziców adopcyjnych jak i od naszych rodziców uczmy się - troski, poświęcenia, oddania, pięknej miłości - ale też uważności na drugiego człowieka, życiowej odwagi, wszelkiego dobra, gotowości do ponoszenia trudów i ofiar. A przede wszystkim - "otwartości na dar" i - na bycie mamą i tatą, przyjacielem...
środa, 8 czerwca 2016
Bida do bidy...
Bida do bidy ciągnie...
Bida bidę zrozumie...
Czasem mówimy tak poznając rodziny, które się bardzo kochają i bardzo wspierają. Rodziny jakie w ocenie współczesnego świata nie posiadają nic, albo naprawdę niewiele... Brakuje nam takich wzorców i odnośników na co dzień i dlatego nie ma w nas zrozumienia dla tych niezaradnych, chorych czy wykluczonych, uzależnionych, tych co trwają w przemocy domowej, tych bez pracy i bez perspektyw, zawieszonych na łasce i niełasce MOPS...
Odwracamy wzrok, nie zagłębiamy się w tę rzeczywistość, oddalamy się w myśleniu - i cieszymy się mówiąc, dzięki ci Boże, że ja tak nie mam... że u mnie jest inaczej. Jestem uratowany... Ale to nie tak. Nie tym żyjemy, to nie jest życie w jego bogactwie. Właśnie to życie to mięso, to krew i woda. To popiół i zgliszcza miłości, to często choroba i śmierć.
W tych rodzinach często udaje się wykrzesać troskę i niezwykłą przyzwoitość. Można też liczyć na godną pomoc - choć nie są to pieniądze, ale może być to wysiłek, praca, jakieś gotowanie czy sprzątanie, spacer, zakupy - obecność przy łóżku... Jak wdowa w Sarepcie do domu której kroki skierował Eliasz... Gościnna, gotowa oddać wszystko i gotowa też umrzeć...
Tacy ludzie mają w sobie wpisaną - w swoją konstytucję - niezwykłą godność osoby, człowieka, ale i powagę, cierpliwość oraz uniwersalną miarę dobra...
Często tworzą rodziny duże, liczne, zachowują prawdziwe i autentyczne więzi. Nie porzucają i nie odrzucają kogoś w przypadku porażki, trudności, klęski życiowej, utraty czy śmierci bliskich, czy też choroby...
A my??? Co na to ci, którzy w swojej optyce mają się za "lepszych", za "ludzi sukcesu"...
Chcemy współczuć, żałować...
A czy myślimy kogo żałujemy i dlaczego, oraz o tym - czy my bardziej nie jesteśmy godni pożałowania???
Bida bidę zrozumie...
Czasem mówimy tak poznając rodziny, które się bardzo kochają i bardzo wspierają. Rodziny jakie w ocenie współczesnego świata nie posiadają nic, albo naprawdę niewiele... Brakuje nam takich wzorców i odnośników na co dzień i dlatego nie ma w nas zrozumienia dla tych niezaradnych, chorych czy wykluczonych, uzależnionych, tych co trwają w przemocy domowej, tych bez pracy i bez perspektyw, zawieszonych na łasce i niełasce MOPS...
Odwracamy wzrok, nie zagłębiamy się w tę rzeczywistość, oddalamy się w myśleniu - i cieszymy się mówiąc, dzięki ci Boże, że ja tak nie mam... że u mnie jest inaczej. Jestem uratowany... Ale to nie tak. Nie tym żyjemy, to nie jest życie w jego bogactwie. Właśnie to życie to mięso, to krew i woda. To popiół i zgliszcza miłości, to często choroba i śmierć.
W tych rodzinach często udaje się wykrzesać troskę i niezwykłą przyzwoitość. Można też liczyć na godną pomoc - choć nie są to pieniądze, ale może być to wysiłek, praca, jakieś gotowanie czy sprzątanie, spacer, zakupy - obecność przy łóżku... Jak wdowa w Sarepcie do domu której kroki skierował Eliasz... Gościnna, gotowa oddać wszystko i gotowa też umrzeć...
Tacy ludzie mają w sobie wpisaną - w swoją konstytucję - niezwykłą godność osoby, człowieka, ale i powagę, cierpliwość oraz uniwersalną miarę dobra...
Często tworzą rodziny duże, liczne, zachowują prawdziwe i autentyczne więzi. Nie porzucają i nie odrzucają kogoś w przypadku porażki, trudności, klęski życiowej, utraty czy śmierci bliskich, czy też choroby...
A my??? Co na to ci, którzy w swojej optyce mają się za "lepszych", za "ludzi sukcesu"...
Chcemy współczuć, żałować...
A czy myślimy kogo żałujemy i dlaczego, oraz o tym - czy my bardziej nie jesteśmy godni pożałowania???
środa, 11 maja 2016
Uwaga nadwaga
"Uwaga - nadwaga..."
Stoję nad przepaścią, goni mnie baton... nade mną ciężar wczorajszego kawałka sernika, cień porcji lodów - lub dwóch jaj na twardo zjedzonych z majonezem... Budzę się spłoszona
z oddechem jak po maratonie, mokra od potu a może i łez... wyrzuty mnie zżerają jak paczkę słodkich żelków...
Cała jestem jednym wyrzutem... I wkurzeniem zarazem. Na siebie, na moją słabą wolę. Znów się nie udało. Zajadałam rozpacz i jeszcze - a już ze smakiem - kilka kromek z masłem oraz żółtym serem, jakimi uwielbiam otwierać wieczór. I do czego ja dojdę przed zasłużonym urlopem czy wakacjami...
Macie tak??? Przynajmniej czasem, macie???...
Gdy członkowie teamu już w was nie wierzą, nie widzą postępów, oceniają na mniej niż dostatecznych, czy określają "cienias" i "nieudacznik". Fajtłapa, grubas. Nikt. Zupełne zero.
A może nie wystawili was w składzie drużyny na zawody. Jesteście w drugim lub trzecim składzie. Gdzieś w zawieszeniu - pomiędzy jedną a drugą siłownią, salą treningową
i parkurem a konsorcjum. Życie zostawiacie w "stajni treningowej", bo to już są "stajnie", jak te, o jakich mówi się w przypadku samochodów wyścigowych... Formuły#1.
Miejskie "Stajnie dla mężczyzn" - gardening czy crossfit dla młodych i starszych, spragnionych wrażeń, endorfin i adrenaliny, głodnych wyniku i rozrywki, zapachu potu, popularności i efektów wizualnych, podniesienia sprawności oraz siły: wyrzeźbionych mięśni. Lepszego docisku, podrzutu, wymyku... ciężarki, skakanki, rękawiczki, odzież sportowa, markowa - wyczynowa, do tego - odżywki i napoje, wyjątkowe i zabójczo drogie marki ciuchów, o kosmetykach i środkach do depilacji - nie wspomnę... Buty a nawet gadżety świadczące o przynależności do "drużyny"...
I kicha, brak mojego wyjątkowego i jedynego, niepospolitego mężczyzny, mąż - wciągnięty, wchłonięty w rytm i podporządkowany cyklowi ćwiczeń i zapiskom trenera, na mankiecie koszuli - niemalże - zrzucanej zaraz po przyjściu do domu.
Nie chcę i nie przeżyję, chcę mojego starego, dobrego faceta...
Dwa sny...
Jeden gorszy od drugiego.
Chyba zacznę śnić o zaśnieżonej dolinie Rostoczańskiej, o mgle jaka nadciąga nad Babią Górę (Diablak) albo nad Zawrat czy Kozi Wierch - totalnie ograniczając pole widzenia. Zmuszającej mnie do odstąpienia i kapitulacji. Wracam do mojej poduszki - i do "snu o dolinie"...
Stoję nad przepaścią, goni mnie baton... nade mną ciężar wczorajszego kawałka sernika, cień porcji lodów - lub dwóch jaj na twardo zjedzonych z majonezem... Budzę się spłoszona
z oddechem jak po maratonie, mokra od potu a może i łez... wyrzuty mnie zżerają jak paczkę słodkich żelków...
Cała jestem jednym wyrzutem... I wkurzeniem zarazem. Na siebie, na moją słabą wolę. Znów się nie udało. Zajadałam rozpacz i jeszcze - a już ze smakiem - kilka kromek z masłem oraz żółtym serem, jakimi uwielbiam otwierać wieczór. I do czego ja dojdę przed zasłużonym urlopem czy wakacjami...
Macie tak??? Przynajmniej czasem, macie???...
Gdy członkowie teamu już w was nie wierzą, nie widzą postępów, oceniają na mniej niż dostatecznych, czy określają "cienias" i "nieudacznik". Fajtłapa, grubas. Nikt. Zupełne zero.
A może nie wystawili was w składzie drużyny na zawody. Jesteście w drugim lub trzecim składzie. Gdzieś w zawieszeniu - pomiędzy jedną a drugą siłownią, salą treningową
i parkurem a konsorcjum. Życie zostawiacie w "stajni treningowej", bo to już są "stajnie", jak te, o jakich mówi się w przypadku samochodów wyścigowych... Formuły#1.
Miejskie "Stajnie dla mężczyzn" - gardening czy crossfit dla młodych i starszych, spragnionych wrażeń, endorfin i adrenaliny, głodnych wyniku i rozrywki, zapachu potu, popularności i efektów wizualnych, podniesienia sprawności oraz siły: wyrzeźbionych mięśni. Lepszego docisku, podrzutu, wymyku... ciężarki, skakanki, rękawiczki, odzież sportowa, markowa - wyczynowa, do tego - odżywki i napoje, wyjątkowe i zabójczo drogie marki ciuchów, o kosmetykach i środkach do depilacji - nie wspomnę... Buty a nawet gadżety świadczące o przynależności do "drużyny"...
I kicha, brak mojego wyjątkowego i jedynego, niepospolitego mężczyzny, mąż - wciągnięty, wchłonięty w rytm i podporządkowany cyklowi ćwiczeń i zapiskom trenera, na mankiecie koszuli - niemalże - zrzucanej zaraz po przyjściu do domu.
Nie chcę i nie przeżyję, chcę mojego starego, dobrego faceta...
Dwa sny...
Jeden gorszy od drugiego.
Chyba zacznę śnić o zaśnieżonej dolinie Rostoczańskiej, o mgle jaka nadciąga nad Babią Górę (Diablak) albo nad Zawrat czy Kozi Wierch - totalnie ograniczając pole widzenia. Zmuszającej mnie do odstąpienia i kapitulacji. Wracam do mojej poduszki - i do "snu o dolinie"...
#Sport to zdrowie?
Czy sport to zdrowie, zaraz zaraz... ale czy jesteśmy przygotowani do uprawiania tego sportu,dyscypliny jaką wybraliśmy. Na coś zdecydowaliśmy się - a tu, piętrzą się przed nami upór, dyscyplina i praca. Systematyczna praca... Sprzymierzeńcem zaś nie staje się dla nas czas. Jego upływ...
W dzieciństwie i młodości większość z nas coś "uprawiała". I nie mówię tu o działce, ogródku działkowym czy pelargoniach w skrzynce, za oknem czy na balkonie wysiewanej cebulce czy sałacie... Każdy marzył o karierze lekkoatletycznej, chyba mniejsza liczba - pięściarskiej czy MMA, nie było takiej mody. Co drugi chłopak chciał strzelać bramki - i to koniecznie "ruskim"... Reszta grała w siatkę lub kosza... dla rozrywki, dla bycia razem.
Teraz sport stał się wyrafinowaną działką, kopalnią pieniędzy, wylęgarnią "osobistych trenerów" i doradców, psychologów w tej dziedzinie - dyscyplinie sportu, sztabowców całych teamów... Bez amatorszczyzny - sport stał się areną zawodowców. Nawet pojedyncze jednostki jak ty czy ja... ubierają się, trenują na... używają kosmetyków i sprzętu czołowych firm - liczących się, z nazwy i tradycji na rynku w cenach przyprawiających o zawrót głowy...
Wszyscy chcący lepiej wypaść - przygotowują koktaile i odżywki, mikstury polepszające nasze funkcjonowanie - i - odżywiają czymś co nosi jedną markę, góra dwie - trzy tzw. "znane i poważane". Bo działa... bo skuteczne - bo przyrost tkanki mięśniowej i spalanie tłuszczu jest rewelacyjnie szybkie i godne uwagi.
A teraz kilka pytań do zastanowienia się: Co z naszą kondycją, co z tym tajemniczym i ważnym czasem przed? Co z przerwą jaką mieliśmy i wyobrażeniem, że mamy się świetnie. Że jak zwykle, damy radę... bo wciąż jesteśmy w kwiecie wieku... Wydaje nam się, że nadal oscylujemy wokół lat 30-stu - choć mamy grubo po 40-stce. Pytanie: Jak szykujemy nasze ciało na "nowe" - na wysiłek, pracę i w jaki sposób szlifujemy formę, bo teraz będzie zupełnie inaczej i "po nowemu" (inna dieta, sen, aktywność, reżym ćwiczeń... - inna przemiana materii oraz stan zdrowia). Choć celem jest forma, kształtny biceps, klatka godna pozazdroszczenia... genialna pupa !!!
:((
Jedyne czego nie możemy nadrobić to czas, jaki sieje spustoszenie w naszym ciele, co z nim robiliśmy przez okres ostatnich lat, ostatnią zimę czy dwie zimy temu, brak przygotowania. To też brak wcześniejszego doświadczenia ze sportem, zwłaszcza - treningiem i treningiem wydolnościowym oraz siłowym. Puszczają nerwy, spinamy się bo motywacja jest duża, ale wtedy niezwykle prosto o kontuzję - nie takie buty, masa ciała zbyt wielka do takiego obciążenia lub dynamiki ćwiczeń i - kontuzja stawów gotowa. Gips, stabilizator i przymusowy odpoczynek, przerwa jaka niweczy wiarę oraz nasz misterny plan... "kaleczy organizm", kara...
Dzieje się to wtedy, gdy wszystko dla naszego ciała jest nowe, inne, nienaturalne - bo sprzeczne z naszą naturą, naszym zwyczajem. Ono - chce odpoczynku i relaksu, my - zmuszamy organizm do całkiem innej organizacji i mobilizacji. Triumf nie polega tu na wyniku li tylko, ale na sprostaniu temu wyzwaniu i utrzymaniu się w ryzach, w wyznaczonych zestawach ćwiczeń i ilości ich powtórzeń. Prawie - dzień w dzień...
W dzieciństwie i młodości większość z nas coś "uprawiała". I nie mówię tu o działce, ogródku działkowym czy pelargoniach w skrzynce, za oknem czy na balkonie wysiewanej cebulce czy sałacie... Każdy marzył o karierze lekkoatletycznej, chyba mniejsza liczba - pięściarskiej czy MMA, nie było takiej mody. Co drugi chłopak chciał strzelać bramki - i to koniecznie "ruskim"... Reszta grała w siatkę lub kosza... dla rozrywki, dla bycia razem.
Teraz sport stał się wyrafinowaną działką, kopalnią pieniędzy, wylęgarnią "osobistych trenerów" i doradców, psychologów w tej dziedzinie - dyscyplinie sportu, sztabowców całych teamów... Bez amatorszczyzny - sport stał się areną zawodowców. Nawet pojedyncze jednostki jak ty czy ja... ubierają się, trenują na... używają kosmetyków i sprzętu czołowych firm - liczących się, z nazwy i tradycji na rynku w cenach przyprawiających o zawrót głowy...
Wszyscy chcący lepiej wypaść - przygotowują koktaile i odżywki, mikstury polepszające nasze funkcjonowanie - i - odżywiają czymś co nosi jedną markę, góra dwie - trzy tzw. "znane i poważane". Bo działa... bo skuteczne - bo przyrost tkanki mięśniowej i spalanie tłuszczu jest rewelacyjnie szybkie i godne uwagi.
A teraz kilka pytań do zastanowienia się: Co z naszą kondycją, co z tym tajemniczym i ważnym czasem przed? Co z przerwą jaką mieliśmy i wyobrażeniem, że mamy się świetnie. Że jak zwykle, damy radę... bo wciąż jesteśmy w kwiecie wieku... Wydaje nam się, że nadal oscylujemy wokół lat 30-stu - choć mamy grubo po 40-stce. Pytanie: Jak szykujemy nasze ciało na "nowe" - na wysiłek, pracę i w jaki sposób szlifujemy formę, bo teraz będzie zupełnie inaczej i "po nowemu" (inna dieta, sen, aktywność, reżym ćwiczeń... - inna przemiana materii oraz stan zdrowia). Choć celem jest forma, kształtny biceps, klatka godna pozazdroszczenia... genialna pupa !!!
:((
Jedyne czego nie możemy nadrobić to czas, jaki sieje spustoszenie w naszym ciele, co z nim robiliśmy przez okres ostatnich lat, ostatnią zimę czy dwie zimy temu, brak przygotowania. To też brak wcześniejszego doświadczenia ze sportem, zwłaszcza - treningiem i treningiem wydolnościowym oraz siłowym. Puszczają nerwy, spinamy się bo motywacja jest duża, ale wtedy niezwykle prosto o kontuzję - nie takie buty, masa ciała zbyt wielka do takiego obciążenia lub dynamiki ćwiczeń i - kontuzja stawów gotowa. Gips, stabilizator i przymusowy odpoczynek, przerwa jaka niweczy wiarę oraz nasz misterny plan... "kaleczy organizm", kara...
Dzieje się to wtedy, gdy wszystko dla naszego ciała jest nowe, inne, nienaturalne - bo sprzeczne z naszą naturą, naszym zwyczajem. Ono - chce odpoczynku i relaksu, my - zmuszamy organizm do całkiem innej organizacji i mobilizacji. Triumf nie polega tu na wyniku li tylko, ale na sprostaniu temu wyzwaniu i utrzymaniu się w ryzach, w wyznaczonych zestawach ćwiczeń i ilości ich powtórzeń. Prawie - dzień w dzień...
piątek, 29 stycznia 2016
Dwanaście małp i takie tam - inne
Wirusy - niszczenie naszej planety, gatunku ludzkiego z zachowaniem innych - to co się dzieje aktualnie, ale też to, co kreuje nasza wyobraźnia. Zagrożona planeta Ziemia, wizje jak z apokalipsy...
Prócz absurdalnych tematów, filmów przez jakie z trudem przychodzi nam przebrnąć, jest kilka takich - które stale budzą lęk. I oczywiście, mimo że hollywoodzkie, amerykańskie - wcale nie kończą się dobrze... Między innymi za to lubię dość stary już "Dwanaście małp".
Oglądając takie megaprodukcje, filmy - przeżywamy i doświadczamy, teoretycznie - bo przed ekranem, ale i w praktyce - wszystkiego tego, co może się stać. Symbolicznie przecież - zagłębiamy się w fikcję i fantazję, a jednak... Dziwnym trafem, te nakreślone w kilku filmach zdarzenia, podkreślają czysty absurd ludzkiej egzystencji... Nasz postępujący brak szacunku, empatii i wyrozumiałości... Brak więzi z naturą, działania wbrew planecie, wbrew systemowi i środowisku naturalnemu...
Powstaje pytanie: Czy to jakiś wewnętrzny imperatyw, motyw naszych działań - rodzaj napędu... Czy mamy w sobie ten niszczycielski okruch - ten pęd do zagłady, Tanatos. Czy drzemie w naszych umysłach jakiś scenariusz, czy też plan - bo przecież człowiek, jakiego rysuje ta produkcja, ma jakiś podły, wredny - na wskroś - "zły cel".
Oddalenie od natury jakiego codziennie doświadczają ludzie, stres wielkomiejski - wszystkich obszarów: codziennego pośpiechu, tempa życia i pracy, ogarniający nas wyścig i karier, cały ten zgiełk i hałas, zniewalają i męczą każdego. Doprowadzają do jeszcze gorszych schorzeń, budzących się w nas obaw i do fizycznego wręcz - cierpienia.
Nasze własne działania stają się powoli niezdarną próbą zaprzeczenia naturalnym powiązaniom człowieka z naturą...
Trywializujemy swój wpływ na planetę.
Nie liczymy się z prawdziwym zagrożeniem... Nie dostrzegamy go, bagatelizujemy...
O zabijaniu i niszczeniu rzeczywistości otaczającej nas wiemy już naprawdę dużo, nie potrafimy powstrzymać rzeczywistości - która częściej niszczy niż kreuje, ponieważ wciąż nie rozumiemy, że sami tak niewiele potrafimy zrobić...
Działania ludzi coraz mniej przypominają hasło "make peace, not war", i częściej niż dawniej polegają na realizowaniu polityki "dziel, rządź, niszcz - ale bądź! ".
Nie zdajemy sobie sprawy, że bez naszej planety - bez jej walorów, jej bogactwa naturalnego, zwierząt, środowiska... i my w okrutny, wcale nie przemyślny - ani nieprzemyślany sposób - przestaniemy istnieć...
A z nami, i za naszą sprawą - zgaśnie i ona... Przestanie być tak niezwykle błękitna...
Prócz absurdalnych tematów, filmów przez jakie z trudem przychodzi nam przebrnąć, jest kilka takich - które stale budzą lęk. I oczywiście, mimo że hollywoodzkie, amerykańskie - wcale nie kończą się dobrze... Między innymi za to lubię dość stary już "Dwanaście małp".
Oglądając takie megaprodukcje, filmy - przeżywamy i doświadczamy, teoretycznie - bo przed ekranem, ale i w praktyce - wszystkiego tego, co może się stać. Symbolicznie przecież - zagłębiamy się w fikcję i fantazję, a jednak... Dziwnym trafem, te nakreślone w kilku filmach zdarzenia, podkreślają czysty absurd ludzkiej egzystencji... Nasz postępujący brak szacunku, empatii i wyrozumiałości... Brak więzi z naturą, działania wbrew planecie, wbrew systemowi i środowisku naturalnemu...
Powstaje pytanie: Czy to jakiś wewnętrzny imperatyw, motyw naszych działań - rodzaj napędu... Czy mamy w sobie ten niszczycielski okruch - ten pęd do zagłady, Tanatos. Czy drzemie w naszych umysłach jakiś scenariusz, czy też plan - bo przecież człowiek, jakiego rysuje ta produkcja, ma jakiś podły, wredny - na wskroś - "zły cel".
Oddalenie od natury jakiego codziennie doświadczają ludzie, stres wielkomiejski - wszystkich obszarów: codziennego pośpiechu, tempa życia i pracy, ogarniający nas wyścig i karier, cały ten zgiełk i hałas, zniewalają i męczą każdego. Doprowadzają do jeszcze gorszych schorzeń, budzących się w nas obaw i do fizycznego wręcz - cierpienia.
Nasze własne działania stają się powoli niezdarną próbą zaprzeczenia naturalnym powiązaniom człowieka z naturą...
Trywializujemy swój wpływ na planetę.
Nie liczymy się z prawdziwym zagrożeniem... Nie dostrzegamy go, bagatelizujemy...
O zabijaniu i niszczeniu rzeczywistości otaczającej nas wiemy już naprawdę dużo, nie potrafimy powstrzymać rzeczywistości - która częściej niszczy niż kreuje, ponieważ wciąż nie rozumiemy, że sami tak niewiele potrafimy zrobić...
Działania ludzi coraz mniej przypominają hasło "make peace, not war", i częściej niż dawniej polegają na realizowaniu polityki "dziel, rządź, niszcz - ale bądź! ".
Nie zdajemy sobie sprawy, że bez naszej planety - bez jej walorów, jej bogactwa naturalnego, zwierząt, środowiska... i my w okrutny, wcale nie przemyślny - ani nieprzemyślany sposób - przestaniemy istnieć...
A z nami, i za naszą sprawą - zgaśnie i ona... Przestanie być tak niezwykle błękitna...
piątek, 22 stycznia 2016
Dieta cud
Co druga reklama pojawiająca się w polskim radio i telewizji odnosi się do produktu medycznego, takiego, jakiego zwykle wcale nie potrzebujemy. Przy śniadaniu słyszymy o najdoskonalszym leku na hemoroidy, zawiesza się głos "zaskoczonej sąsiadki", przy kawie - kobieta z głośników przyznaje się nam do problemów z mimowolnym oddawaniem moczu. Miliony dzieci pakując kanapkę na drugie śniadanie - zapytają rodziców "co to jest braveran i po co go kupować...", inni - wkurzają się na kolejny specyfik na ból, apetyt, prostatę czy odporność...
Zaraz potem ja - proszę niebiosa, aby zesłały deszcz siarki i ognia - na ziemię...
Sprzedaż musi być wysoka, bo zyski z tego sektora są niebotyczne. Wchodząc do apteki do dwóch leków po które przyszliśmy, dodajemy trzy i więcej w tzw. okazyjnej cenie a kupione tak, na wszelki wypadek. Jesteśmy potworni w tym co robimy. Napełniamy kieszenie nie komu innemu jak prezesom koncernów farmaceutycznych i urzędów patentowych - nowe specyfiki, chemiczne wiązania i pastylki, pseudo-leki i innych generacji farmaceutyki, czasem - zioła i mieszanki takowych.
Oczywiście osobny sektor jest skierowany do nas. Chcący zaspokoić nasze gorące potrzeby i pragnienia wzbudzają w nas lekki niepokój i zainteresowanie zdrowiem i ciałem, zwłaszcza gdy jako wzór doskonałości pokazują nam pannę o rozmiarach 90-60-90 jaką byłyśmy pewnie, kiedyś i jakieś 30-40 kilogramów temu...
Ale, że jest to też specyficzny język, trafiający do nas - kobiet, związany z nadwagą i menopauzą dowiadujemy się dość szybko - zaznajomione z jej dolegliwościami, takimi jak rozdrażnienie, suchość pochwy (o zgrozo!), bóle głowy i rozdrażnienie, bezsenność i inne niepokoje, wreszcie - niekontrolowane przybieranie na wadze. Nawet gdy nas to nie dotyczy - nieważne! Bycie trudną i nieprzyjemną, spoconą i najczęściej z brzydkimi już włosami czy paznokciami...
Równaj w dół!
Właściwie - zdaniem reklamodawcy - potrzebujemy wszystkiego i na wszystko, do końca życia i o jeden dzień dłużej. Otyłość, brak samoakceptacji - brzydota, równoczesny brak akceptacji ze strony otoczenia, koszmarna cera - istna masakra, konsumpcja ponad miarę i nie do powstrzymania, wszystkie "manie" - stąd też, szybko osiągamy wygląd kaszalota...
W ten, a nie inny sposób, rynek skłania się ku kobietom...
Takim właśnie językiem, używając podtekstów... które bolą, urażają i obrażają, są niewybredne i mało delikatne. Niby żartem, czy też - pozornie - wyrażając swoją troskę, reklamodawca tylko dla zysku, "pomaga" rozwiązać życiowe problemy jakie, z pewnością, nie dają co drugiej kobiecie zasnąć...
Dodatkowo, w ostatnich latach, tym producentom i reklamodawcom wtórują z ofertą internetowi magicy i cudotwórcy - omijający już wszelkie bariery i zasady reklamy. Wypowiadają się najczęściej ustami "wiarygodnych konsumentek", pewnie tak jak poprzednicy - są bajecznie bogaci.
To kreatorzy zdrowego jedzenia, twórcy cudownych diet, bez efektu jo-jo, w 100% bezpiecznych, oryginalnych i oczywiście - opartych na surowcach naturalnych. Próbowałaś już wielu diet, czy jesteś zadowolona ze swojego wyglądu - itd.
"Diety cud - marzenie każdej Polki" a zaraz potem, mamy - na innych stronach czy w programach - ścieżki treningowe i specjalne sposoby żywienia, osobisty trener lub choć rozpisany tylko dla nas - osobisty, wyjątkowy trening - stają się celem samym w sobie.
Potem już tylko wystarczy przekonać siebie - że naprawdę tego właśnie potrzebujemy, że chcemy czuć się i wyglądać tak, jak malują nam to w kolejnej reklamie, wzbudzając potrzebę i kreśląc cel w naszej wyobraźni, głowie - i przedstawiają to na zdjęciach - dziwnie mocno zamazanych...
No cóż... Ich zdaniem tylko wtedy, będziemy bardziej szczęśliwe, promienne i zadowolone z siebie... W ogóle - będziemy bardziej....
Zaraz potem ja - proszę niebiosa, aby zesłały deszcz siarki i ognia - na ziemię...
Sprzedaż musi być wysoka, bo zyski z tego sektora są niebotyczne. Wchodząc do apteki do dwóch leków po które przyszliśmy, dodajemy trzy i więcej w tzw. okazyjnej cenie a kupione tak, na wszelki wypadek. Jesteśmy potworni w tym co robimy. Napełniamy kieszenie nie komu innemu jak prezesom koncernów farmaceutycznych i urzędów patentowych - nowe specyfiki, chemiczne wiązania i pastylki, pseudo-leki i innych generacji farmaceutyki, czasem - zioła i mieszanki takowych.
Oczywiście osobny sektor jest skierowany do nas. Chcący zaspokoić nasze gorące potrzeby i pragnienia wzbudzają w nas lekki niepokój i zainteresowanie zdrowiem i ciałem, zwłaszcza gdy jako wzór doskonałości pokazują nam pannę o rozmiarach 90-60-90 jaką byłyśmy pewnie, kiedyś i jakieś 30-40 kilogramów temu...
Ale, że jest to też specyficzny język, trafiający do nas - kobiet, związany z nadwagą i menopauzą dowiadujemy się dość szybko - zaznajomione z jej dolegliwościami, takimi jak rozdrażnienie, suchość pochwy (o zgrozo!), bóle głowy i rozdrażnienie, bezsenność i inne niepokoje, wreszcie - niekontrolowane przybieranie na wadze. Nawet gdy nas to nie dotyczy - nieważne! Bycie trudną i nieprzyjemną, spoconą i najczęściej z brzydkimi już włosami czy paznokciami...
Równaj w dół!
Właściwie - zdaniem reklamodawcy - potrzebujemy wszystkiego i na wszystko, do końca życia i o jeden dzień dłużej. Otyłość, brak samoakceptacji - brzydota, równoczesny brak akceptacji ze strony otoczenia, koszmarna cera - istna masakra, konsumpcja ponad miarę i nie do powstrzymania, wszystkie "manie" - stąd też, szybko osiągamy wygląd kaszalota...
W ten, a nie inny sposób, rynek skłania się ku kobietom...
Takim właśnie językiem, używając podtekstów... które bolą, urażają i obrażają, są niewybredne i mało delikatne. Niby żartem, czy też - pozornie - wyrażając swoją troskę, reklamodawca tylko dla zysku, "pomaga" rozwiązać życiowe problemy jakie, z pewnością, nie dają co drugiej kobiecie zasnąć...
Dodatkowo, w ostatnich latach, tym producentom i reklamodawcom wtórują z ofertą internetowi magicy i cudotwórcy - omijający już wszelkie bariery i zasady reklamy. Wypowiadają się najczęściej ustami "wiarygodnych konsumentek", pewnie tak jak poprzednicy - są bajecznie bogaci.
To kreatorzy zdrowego jedzenia, twórcy cudownych diet, bez efektu jo-jo, w 100% bezpiecznych, oryginalnych i oczywiście - opartych na surowcach naturalnych. Próbowałaś już wielu diet, czy jesteś zadowolona ze swojego wyglądu - itd.
"Diety cud - marzenie każdej Polki" a zaraz potem, mamy - na innych stronach czy w programach - ścieżki treningowe i specjalne sposoby żywienia, osobisty trener lub choć rozpisany tylko dla nas - osobisty, wyjątkowy trening - stają się celem samym w sobie.
Potem już tylko wystarczy przekonać siebie - że naprawdę tego właśnie potrzebujemy, że chcemy czuć się i wyglądać tak, jak malują nam to w kolejnej reklamie, wzbudzając potrzebę i kreśląc cel w naszej wyobraźni, głowie - i przedstawiają to na zdjęciach - dziwnie mocno zamazanych...
No cóż... Ich zdaniem tylko wtedy, będziemy bardziej szczęśliwe, promienne i zadowolone z siebie... W ogóle - będziemy bardziej....
środa, 20 stycznia 2016
Jeść ekologicznie... żyć ekologicznie
Czy
wychowanie może być ekologiczne, nie tylko modne i na czasie, ale istnieje w pełnej równowadze i ze zdrowiem w tle??? W zgodzie z naturą i z jej
towarzyszeniem???
Chętnie ciągniemy nasze dzieciaki w każdy zakątek świata, w upale i deszczu zwiedzamy cuda natury, dbamy - aby nie zostawiać w górach śmieci, odpadków i butelek po sobie, nie karmić lisów - no chyba tylko wiewiórki. Pochylamy się nad rzadkimi gatunkami, endemity obchodzimy bosą stopą z szacunkiem.
I jeszcze tylko to myślenie...
Zostawić po sobie coś dla innych.
Dzieci odkrywają z nami świat smaków, zapachów i barw, zobaczą i skosztują wszystkiego, oraz poznają z nami miejsca, które mamy szansę zachować i dla innych.
Nie zapominajmy, że planeta robi się ciasna i że to my, mimo wszystko i świadomie - zarzucamy ją naszymi odpadkami i śmieciami. Wygląda i pachnie dzięki nam - nieciekawie.
Do tego, trzeba by dodać - uczenie chodzenia z siatką czy płócienną torbą na zakupy - zamiast reklamówek, uczenie by zamykać kran, gdy szorujemy z dbałością zęby, uczyć recyclingu i w szkole i w domu, i w przedszkolu... Że poszczególnych składników makulatury, plastiku ale i innych zbiorów - jak szkło, da się zrobić po raz kolejny, niezły użytek (np. moi znajomi ceramicy używają kruszonego szkła - stłuczki do szkliwienia prac ceramiki użytkowej i ozdobnej!) Te produkty codziennego użytku w dużej części mogą posłużyć nam wiele razy (opakowania na mydło, reklamówki, butelki - to nie tylko przyszłe wazony ale i doskonałe opakowanie na "domowe wino" lub własny sok).
Każdy podręcznikowy eko-człowiek sprowadza filozofię do pokarmu... "Jestem tym, co jem" - do eko-produktów w domu - kuchni i łazience, np. orzechów brazylijskich zamiast proszku - do innej jakości w żywieniu, zawartości lodówki - a może zagłębić się we własnej filozofii?.
U nas w domach... w kuchni, słoiku i na talerzu warto zmienić kolory oraz proporcje, zaakcentować dany smak, i inny walor - kolor, po prostu.
Czy to jest z eko-farmy czy ze społeczności dzielącej się dobrymi i pewnymi wyrobami, czy z własnej działki? Od zaprzyjaźnionego rolnika czy babci, czy też dobrej cioci... Czasem warto soki i warzywa "oswoić" z naszą kuchnią oraz ze swoją pociechą. Dać im szansę...
Poza tym pokazać jak wyciskamy sok, robimy domowe - niesolone i nietłuste frytki, jak robimy powidła, musy owocowe, przetwory i marynaty - to nie grzech.
Nawet jak uda nam się spalić przy tym garnek, nie tracimy nic na autorytecie, smaczniej jest zjeść pajdę chleba z własnym dżemem, domowym smalcem - marmoladą czy też powidłem, o smaku naszego domu, wiedząc - że owoce zbieraliśmy u babci na działce sami, swoimi rękami. Wiemy co i dlaczego tak pachnie, smakuje...
Warto myśleć nie tylko o sobie, końcu nosa ale i o planecie na jakiej mamy szansę żyć! Wbić się i pojechać wszędzie, to nasz cel, ale i marzenie. Zaraz jednak przyjdzie taki moment, że nie zostanie na naszej planecie już nic świeżego, dziewiczego czy niezadeptanego - wręcz przeciwnie - wiele z przyrody i natury już zepsuliśmy, zniszczyliśmy, świat znaczymy wciąż naszą ręką...
Odciskając ślady, róbmy jednak mniej szkody. Zwierzaki, będą nam bardzo wdzięczne jeśli ocalimy i ich, i przecież - nasz świat, oswójmy i siebie, choć troszeczkę...
Chętnie ciągniemy nasze dzieciaki w każdy zakątek świata, w upale i deszczu zwiedzamy cuda natury, dbamy - aby nie zostawiać w górach śmieci, odpadków i butelek po sobie, nie karmić lisów - no chyba tylko wiewiórki. Pochylamy się nad rzadkimi gatunkami, endemity obchodzimy bosą stopą z szacunkiem.
I jeszcze tylko to myślenie...
Zostawić po sobie coś dla innych.
Dzieci odkrywają z nami świat smaków, zapachów i barw, zobaczą i skosztują wszystkiego, oraz poznają z nami miejsca, które mamy szansę zachować i dla innych.
Nie zapominajmy, że planeta robi się ciasna i że to my, mimo wszystko i świadomie - zarzucamy ją naszymi odpadkami i śmieciami. Wygląda i pachnie dzięki nam - nieciekawie.
Do tego, trzeba by dodać - uczenie chodzenia z siatką czy płócienną torbą na zakupy - zamiast reklamówek, uczenie by zamykać kran, gdy szorujemy z dbałością zęby, uczyć recyclingu i w szkole i w domu, i w przedszkolu... Że poszczególnych składników makulatury, plastiku ale i innych zbiorów - jak szkło, da się zrobić po raz kolejny, niezły użytek (np. moi znajomi ceramicy używają kruszonego szkła - stłuczki do szkliwienia prac ceramiki użytkowej i ozdobnej!) Te produkty codziennego użytku w dużej części mogą posłużyć nam wiele razy (opakowania na mydło, reklamówki, butelki - to nie tylko przyszłe wazony ale i doskonałe opakowanie na "domowe wino" lub własny sok).
Każdy podręcznikowy eko-człowiek sprowadza filozofię do pokarmu... "Jestem tym, co jem" - do eko-produktów w domu - kuchni i łazience, np. orzechów brazylijskich zamiast proszku - do innej jakości w żywieniu, zawartości lodówki - a może zagłębić się we własnej filozofii?.
U nas w domach... w kuchni, słoiku i na talerzu warto zmienić kolory oraz proporcje, zaakcentować dany smak, i inny walor - kolor, po prostu.
Czy to jest z eko-farmy czy ze społeczności dzielącej się dobrymi i pewnymi wyrobami, czy z własnej działki? Od zaprzyjaźnionego rolnika czy babci, czy też dobrej cioci... Czasem warto soki i warzywa "oswoić" z naszą kuchnią oraz ze swoją pociechą. Dać im szansę...
Poza tym pokazać jak wyciskamy sok, robimy domowe - niesolone i nietłuste frytki, jak robimy powidła, musy owocowe, przetwory i marynaty - to nie grzech.
Nawet jak uda nam się spalić przy tym garnek, nie tracimy nic na autorytecie, smaczniej jest zjeść pajdę chleba z własnym dżemem, domowym smalcem - marmoladą czy też powidłem, o smaku naszego domu, wiedząc - że owoce zbieraliśmy u babci na działce sami, swoimi rękami. Wiemy co i dlaczego tak pachnie, smakuje...
Warto myśleć nie tylko o sobie, końcu nosa ale i o planecie na jakiej mamy szansę żyć! Wbić się i pojechać wszędzie, to nasz cel, ale i marzenie. Zaraz jednak przyjdzie taki moment, że nie zostanie na naszej planecie już nic świeżego, dziewiczego czy niezadeptanego - wręcz przeciwnie - wiele z przyrody i natury już zepsuliśmy, zniszczyliśmy, świat znaczymy wciąż naszą ręką...
Odciskając ślady, róbmy jednak mniej szkody. Zwierzaki, będą nam bardzo wdzięczne jeśli ocalimy i ich, i przecież - nasz świat, oswójmy i siebie, choć troszeczkę...
sobota, 16 stycznia 2016
Homeostaza czy dążenie do równowagi
Podejście do życia, do słowa i prawdy... Co nas jeszcze wyróżnia. Kompulsywność, intensywność przeżywania, głębokość uczuć... To co jemy, jak śpimy, jakich zapachów używamy. Czy lubimy - szybkie posiłki czy też wytrawną kuchnię. Nowe znajomości czy znane osoby w otoczeniu... Oszczędzamy czy też wydajemy spore sumy... może jesteśmy pracowici, a może tylko udajemy, że coś robimy. Autentyczni czy też uprawiający grę pozorów, oddani sprawie czy obojętni...
Różni nas tak wiele zachowań, kontekstów, ludzi jakich znamy i których dopiero poznamy, miejsc, które zobaczymy...
To nie tylko różnice indywidualne, ale i scenariusze jakie pisze nasze życie, i jakie sami realizujemy. Wolni, niezależni lub też wpisani w społeczny kontekst. W grupę znajomych, przyjaciół czy współpracowników, w rodzinę...
Obawy o to, czy damy radę, wytrwamy w trudniejszych momentach dodatkowo potęgują te trudności, jakie zaczynają się, gdy sami próbujemy zmieniać rzeczywistość.
Nasz kontekst, nasze najbliższe środowisko dąży do homeostazy, broni się przed zmianą.
Bo zmieniać swój świat - też trzeba umieć.
Nauczyć się rezygnować, poczekać - a nawet przegrywać... Dążenie do homeostazy uczy nas żyć bezpiecznie, ostrożnie i rozsądnie - unikać zagrożeń. Broni nas przed szaleństwem, nadmiarem i przesytem, zbyt silnymi wrażeniami i emocjami. Zmiana jest pożądana, o tak... Kontekst społeczny - świat, jednocześnie chce jej, ale i nie potrzebuje jej wcale...
A my??? Uczymy się zachowywać różnie, odpowiednio do sytuacji, ćwiczymy zmiany zachowania i powtarzamy to, co skuteczne - eksperymentujemy, tym lepiej adaptujemy się do trudniejszych sytuacji, stresujących i bardziej obciążających nas.
Mózg lubi to, co nowe: nowe doświadczenia, obrazy, pomysły, wrażenia zmysłowe, dźwięki... plastyczny, ciekawski i zainteresowany. Nie odpoczywa - pracuje, przelicza i odbiera wrażenia, przeżywa...
Jego aktywność elektryczna praktycznie się nie wyczerpuje. Działa na okrągło. I jest w tym naprawdę, naprawdę dobry...
Różni nas tak wiele zachowań, kontekstów, ludzi jakich znamy i których dopiero poznamy, miejsc, które zobaczymy...
To nie tylko różnice indywidualne, ale i scenariusze jakie pisze nasze życie, i jakie sami realizujemy. Wolni, niezależni lub też wpisani w społeczny kontekst. W grupę znajomych, przyjaciół czy współpracowników, w rodzinę...
Obawy o to, czy damy radę, wytrwamy w trudniejszych momentach dodatkowo potęgują te trudności, jakie zaczynają się, gdy sami próbujemy zmieniać rzeczywistość.
Nasz kontekst, nasze najbliższe środowisko dąży do homeostazy, broni się przed zmianą.
Bo zmieniać swój świat - też trzeba umieć.
Nauczyć się rezygnować, poczekać - a nawet przegrywać... Dążenie do homeostazy uczy nas żyć bezpiecznie, ostrożnie i rozsądnie - unikać zagrożeń. Broni nas przed szaleństwem, nadmiarem i przesytem, zbyt silnymi wrażeniami i emocjami. Zmiana jest pożądana, o tak... Kontekst społeczny - świat, jednocześnie chce jej, ale i nie potrzebuje jej wcale...
A my??? Uczymy się zachowywać różnie, odpowiednio do sytuacji, ćwiczymy zmiany zachowania i powtarzamy to, co skuteczne - eksperymentujemy, tym lepiej adaptujemy się do trudniejszych sytuacji, stresujących i bardziej obciążających nas.
Mózg lubi to, co nowe: nowe doświadczenia, obrazy, pomysły, wrażenia zmysłowe, dźwięki... plastyczny, ciekawski i zainteresowany. Nie odpoczywa - pracuje, przelicza i odbiera wrażenia, przeżywa...
Jego aktywność elektryczna praktycznie się nie wyczerpuje. Działa na okrągło. I jest w tym naprawdę, naprawdę dobry...
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Miłość a może troska
Wiele osób powtarza, że jeśli mieliby wybrać troskę, pozostaliby przy rodzicach, oddani, poświęcając siebie i swoje szczęście. Wybierając miłość zdecydowali się na rozwój, realizację swoich aspiracji i celów wyznaczonych w młodości... Na pełny rozwój obu stron relacji... czyli kobiety i mężczyzny. Na wolność i niezależność, na wspieranie się, ale nie na "podpieranie jeden drugiego" - tak jak słupki, będące oparciem dla krzaków pomidora.
Inaczej nie mogą, nie potrafią tworzyć, żyć, pracować... patrzeć sobie w oczy, mówić "zależy mi na tobie, kocham...". Coraz mniej słów ciepłych i życzliwych przechodzi im przez gardło...
Dzisiejsze związki i relacje zawierane dość późno, w wieku coraz częściej już prawie balzakowskim, z większą pieczołowitością lub po prostu obawą, strachem, testowane, badane i sprawdzane - nie przypominają tych sprzed 20 - 30- czy 40-stu lat... Pewnie dlatego tamte, archaiczne, wytrzymują częściej trudne zdarzenia, nieuleczalne choroby, śmierć dziecka... Gorsze dni, porażki, utratę pracy i osoby bliskiej, konieczność wspierania siebie, by wyjść z takich czy innych np. finansowych tarapatów, emocjonalnej zapaści.
Wtedy też nie przechodziło tak łatwo przez gardło słowo "żegnaj, musimy się rozstać", bo dojrzałość i odpowiedzialność prowokowały nas do pracy nad relacją, do korekty postawy, do walki. Spasować, znaczyło stracić więcej - całą inwestycję życia i młodości.
Czasy zrobiły nam się teraz inne, rezygnacja, zamykanie i zrywanie więzi przychodzi nam zbyt łatwo, nie kosztuje wiele bo nikt zbyt głęboko w relacje nie angażuje się, nie nastawia się na pełne bycie "w". Każdy wchodzi "jedną nogą" w pracę, w obowiązki, w wychowanie, ale i w dom... Produkuje już wcześniej żale i pretensje, rości sobie prawa, bo już zawczasu "miał obawy", że się nie uda...
W życiu nic się nie "udaje"po prostu, nie ma się też niczego, na co się ciężko nie zapracowało.
Jest takie piękne, starotestamentalne określenie "kto sieje wiatr, zbiera burze...", bo reszta naszych działań i aktywności rozsypuje się... Nie jest trwała - gdy nie ma korzenia, podstawy, mocnego skalnego fundamentu.
A z naszym współczesnym problemem w dookreślaniu siebie, może nam się kolejny raz nie udać odróżnić -w czasie zbiorów - ziarna od plew.
Inaczej nie mogą, nie potrafią tworzyć, żyć, pracować... patrzeć sobie w oczy, mówić "zależy mi na tobie, kocham...". Coraz mniej słów ciepłych i życzliwych przechodzi im przez gardło...
Dzisiejsze związki i relacje zawierane dość późno, w wieku coraz częściej już prawie balzakowskim, z większą pieczołowitością lub po prostu obawą, strachem, testowane, badane i sprawdzane - nie przypominają tych sprzed 20 - 30- czy 40-stu lat... Pewnie dlatego tamte, archaiczne, wytrzymują częściej trudne zdarzenia, nieuleczalne choroby, śmierć dziecka... Gorsze dni, porażki, utratę pracy i osoby bliskiej, konieczność wspierania siebie, by wyjść z takich czy innych np. finansowych tarapatów, emocjonalnej zapaści.
Wtedy też nie przechodziło tak łatwo przez gardło słowo "żegnaj, musimy się rozstać", bo dojrzałość i odpowiedzialność prowokowały nas do pracy nad relacją, do korekty postawy, do walki. Spasować, znaczyło stracić więcej - całą inwestycję życia i młodości.
Czasy zrobiły nam się teraz inne, rezygnacja, zamykanie i zrywanie więzi przychodzi nam zbyt łatwo, nie kosztuje wiele bo nikt zbyt głęboko w relacje nie angażuje się, nie nastawia się na pełne bycie "w". Każdy wchodzi "jedną nogą" w pracę, w obowiązki, w wychowanie, ale i w dom... Produkuje już wcześniej żale i pretensje, rości sobie prawa, bo już zawczasu "miał obawy", że się nie uda...
W życiu nic się nie "udaje"po prostu, nie ma się też niczego, na co się ciężko nie zapracowało.
Jest takie piękne, starotestamentalne określenie "kto sieje wiatr, zbiera burze...", bo reszta naszych działań i aktywności rozsypuje się... Nie jest trwała - gdy nie ma korzenia, podstawy, mocnego skalnego fundamentu.
A z naszym współczesnym problemem w dookreślaniu siebie, może nam się kolejny raz nie udać odróżnić -w czasie zbiorów - ziarna od plew.
Święta i po świętach
Po smakołykach i po wybitnie siedzącym trybie spędzania świąt, przed telewizorem i z pilotem... zostały nam zbędne kilogramy. A na podłodze - opadłe igiełki naszych bożonarodzeniowych drzewek, pod paznokciami zaś, to, co "stare" z ubiegłego roku, a nad czym chcielibyśmy popracować.
Każdy wypowiedział życzenia, usłyszał lub zdał sobie sprawę z tego, co musi a co wypada zmienić w nadchodzącym czasie. Jednym wystarczy lustro, autorefleksja i wewnętrzna mądrość - innym - społeczna opinia, zwrotna informacja rodziny, że już najwyższy czas, by przepracować kilka swoich przyzwyczajeń. Pobożne życzenia... wszystkie one.
Po Sylwestrze i szampańskiej zabawie w Nowym Roku wypada już do reszty zmyć i pożegnać ślady confetti na skórze, we włosach i zająć się realizacją zamierzeń, jakie zostały nam na koniec roku... spóźnione i bez szans na zmianę... Nie tak odległe i obce, wręcz niezbędne - bo w jakiś sposób - organizują i ustawiają nam cały rok. A to zmiana pracy, a to nadrobienie zaległości w pamiętniku, listach do przyjaciół, książkach do przeczytania... To też plany realizacji czegoś upragnionego, rozwojowo cennego... Budowa domu lub remont mieszkania... porządek w szafach, odświeżenie tego, na co codziennie patrzymy.
I głębsze działania... Czasem mamy zaległe podróże lub odwiedziny, odkładane przez lata, czasem też - do naprawy - relacje międzyludzkie do wyjaśnienia, omówienia, zmiany. Coś, przed czym rośnie obawa.
Przyjacielskie, koleżeńskie i te mniej przyjacielskie...
Czasem mamy do zrealizowania przyjemności, jakich pozbawialiśmy się przez długi czas lub - zajęci czymś poważnym, smutnym, wyjątkowym - nie mieliśmy szans doświadczyć. Może i jest po świętach, ale to najlepszy czas dla uruchomienia tych pokładów energii, jaką gromadziliśmy przed- i po-świątecznie... mówiąc, "jeśli nie teraz, to kiedy"?
Początek nowego, początek może nie idylli, ale możliwego, realnego i celowego działania, wprowadzenia zmian dobrych dla siebie, i z korzyścią dla innych, dla naszych bliskich.
Oni też na tych "nowych", noworocznych nas - od dawna już czekają...
Każdy wypowiedział życzenia, usłyszał lub zdał sobie sprawę z tego, co musi a co wypada zmienić w nadchodzącym czasie. Jednym wystarczy lustro, autorefleksja i wewnętrzna mądrość - innym - społeczna opinia, zwrotna informacja rodziny, że już najwyższy czas, by przepracować kilka swoich przyzwyczajeń. Pobożne życzenia... wszystkie one.
Po Sylwestrze i szampańskiej zabawie w Nowym Roku wypada już do reszty zmyć i pożegnać ślady confetti na skórze, we włosach i zająć się realizacją zamierzeń, jakie zostały nam na koniec roku... spóźnione i bez szans na zmianę... Nie tak odległe i obce, wręcz niezbędne - bo w jakiś sposób - organizują i ustawiają nam cały rok. A to zmiana pracy, a to nadrobienie zaległości w pamiętniku, listach do przyjaciół, książkach do przeczytania... To też plany realizacji czegoś upragnionego, rozwojowo cennego... Budowa domu lub remont mieszkania... porządek w szafach, odświeżenie tego, na co codziennie patrzymy.
I głębsze działania... Czasem mamy zaległe podróże lub odwiedziny, odkładane przez lata, czasem też - do naprawy - relacje międzyludzkie do wyjaśnienia, omówienia, zmiany. Coś, przed czym rośnie obawa.
Przyjacielskie, koleżeńskie i te mniej przyjacielskie...
Czasem mamy do zrealizowania przyjemności, jakich pozbawialiśmy się przez długi czas lub - zajęci czymś poważnym, smutnym, wyjątkowym - nie mieliśmy szans doświadczyć. Może i jest po świętach, ale to najlepszy czas dla uruchomienia tych pokładów energii, jaką gromadziliśmy przed- i po-świątecznie... mówiąc, "jeśli nie teraz, to kiedy"?
Początek nowego, początek może nie idylli, ale możliwego, realnego i celowego działania, wprowadzenia zmian dobrych dla siebie, i z korzyścią dla innych, dla naszych bliskich.
Oni też na tych "nowych", noworocznych nas - od dawna już czekają...
piątek, 8 stycznia 2016
Stosunki rodzinne
Mam dziecko, jestem niby z tym samym z mężczyzną, który jest już w nowym związku. Od wielu lat żyje w innym domu - ma z inną kobietą kolejną dwójkę dzieci, malutkich, nie ma czasu - ani dla mnie ani dla niego. Czy to coś dziwnego...
Niech mi pani powie, co mam robić z tym. Nie mam siły. Nic już nie mam. I ta myśl mnie prześladuje - tylko jeden problem - wszystko się sypie, moje zdrowie, nasze relacje... nie poznaję też swojej pociechy, to już nie jest zresztą pociecha, to potwór... Nikt tu już nie jest normalny, nikt nic nie czuje. Nic dobrego, nic budującego. Nikt nie czuje się dobrze w tym układzie, nie czuje się komfortowo...
Każdy zamyka się na problemy tej drugiej osoby - w emocjach jesteśmy daleko od siebie.
Czy to dziwne, czy można tak trwać...
Bo to jest trwanie, to nie jest życie.
Ludzie się nie rozstają ale też nie są z nikim związani. Jest im ciężko się porozumieć i w jakiś sposób zrozumieć... Boli obecność a jeszcze bardziej boli nieobecność.
Pewnie, że w tych czasach można we wszystkim trwać, choć można to nazwać - "ugrzęzłam", a nie "jestem". Sytuacja nie do zmiany, bo żadnej w niej perspektywy rozwojowej. A kto to pogmatwał aż tak, kto dopuścił do zamieszania w życiu i w trwaniu, do poczucia osamotnienia i osłabienia jakichkolwiek więzi. Nie ma już nic trwałego, wszystko się sypie... Od zdrowia, pracy do perspektywy rozwoju relacji - rozwoju emocjonalnego, nie ma już sił by to wszystko w takim kształcie ciągnąć. A pchać się nie da...
Aż każdego kolejnego dnia człowiek myśli, że ma coraz mniej... I że siebie jest już coraz mniej, że znika...
Niech mi pani powie, co mam robić z tym. Nie mam siły. Nic już nie mam. I ta myśl mnie prześladuje - tylko jeden problem - wszystko się sypie, moje zdrowie, nasze relacje... nie poznaję też swojej pociechy, to już nie jest zresztą pociecha, to potwór... Nikt tu już nie jest normalny, nikt nic nie czuje. Nic dobrego, nic budującego. Nikt nie czuje się dobrze w tym układzie, nie czuje się komfortowo...
Każdy zamyka się na problemy tej drugiej osoby - w emocjach jesteśmy daleko od siebie.
Czy to dziwne, czy można tak trwać...
Bo to jest trwanie, to nie jest życie.
Ludzie się nie rozstają ale też nie są z nikim związani. Jest im ciężko się porozumieć i w jakiś sposób zrozumieć... Boli obecność a jeszcze bardziej boli nieobecność.
Pewnie, że w tych czasach można we wszystkim trwać, choć można to nazwać - "ugrzęzłam", a nie "jestem". Sytuacja nie do zmiany, bo żadnej w niej perspektywy rozwojowej. A kto to pogmatwał aż tak, kto dopuścił do zamieszania w życiu i w trwaniu, do poczucia osamotnienia i osłabienia jakichkolwiek więzi. Nie ma już nic trwałego, wszystko się sypie... Od zdrowia, pracy do perspektywy rozwoju relacji - rozwoju emocjonalnego, nie ma już sił by to wszystko w takim kształcie ciągnąć. A pchać się nie da...
Aż każdego kolejnego dnia człowiek myśli, że ma coraz mniej... I że siebie jest już coraz mniej, że znika...
poniedziałek, 4 stycznia 2016
Święta i nadwaga
Zostały zielone igły naszej choinki na podłodze, i te nieliczne którym udało się wbić w nasze pończochy, rajtki i skarpetki oraz... niezaplanowane do końca - kilogramy...
I co teraz...
O ile z tymi pierwszymi walkę można uznać za równą i w pewnym momencie wygraną, o tyle te drugie nie dadzą się opanować i przegnać ani szybko, ani na dobre... Teraz biegniemy po mikstury i ziołowe mieszanki do parzenia oraz tabletki, w panice szukamy skutecznej diety (jakby istniała bardziej skuteczna od "mniej żryć"), bo okazuje się, że do lata... naprawdę zostało niewiele czasu. A formy jak nie było, tak nie ma... Nie jesteśmy więc w stanie schylić się - nawet po te upadłe świerkowe czy jodłowe igiełki...
Przegraliśmy walkę z gorącym pragnieniem, li tylko, skosztowania potraw. Nawet fantazje kulinarne i niewinne eksperymenty z nowymi produktami kulinarnymi, przekuły się w dziwny sposób na naszą puszystość i wagę, wskazówka ruszyła lub wyświetlacz pokazał nie tę cyfrę, jaką powinien w założeniu...
I tak, zostały ostatnie spodnie w jakie wchodzimy i jedyna sukienka w "jakiej jeszcze - wyglądamy".
Prawda jest okrutna. Prawda boli...
Dogoniła nas. Orzesz, ty... czy ona... skubana, ma tempo ta dziewczyna.
W poświątecznym, chwilowym oczywiście, opamiętaniu warto sobie uzmysłowić, że:
1) nie szkoda czegoś zostawić dla ptaków, kotów czy innej zwierzyny, a nam - ubędzie dzięki temu, im zaś będzie dużo łatwiej w te mrozy.
2) porządki w lodówce nie polegają tylko na spałaszowaniu resztek: "bo szkoda wyrzucać", "bo co inni powiedzą"...
3) nie... nic bardziej złudnego, co zobaczą na własne oczy (jakich nas), to właśnie powiedzą...
4) pamiętajmy, są inni potrzebujący. Czasem można kogoś poczęstować, ludzie chodzą po domach, po klatkach bloków - głodni, naprawdę głodni i zmarznięci...
5) ewentualnie można coś zamrozić i zapomnieć o tym.
6) można też, już na przyszłość, tak zaplanować zakupy aby "brakowało", nie tak jak zwykle, byśmy mieli w nadmiarze. Ten niedomiar jest czasem zbawienny.
7) szkoda wyrzucać?... Wierzcie lub nie, czasem większa szkoda na siłę coś spożyć, potem żałując... Szkoda na zdrowiu z przejedzenia jest dotkliwsza niż normalne odczucie głodu...
Tak moi drodzy, przypomnijmy sobie, że takie uczucie istnieje. Głód... pustka w brzuchu... ucisk. Dźwięk, burczenie... To zdrowe, zdrowsze niż... inne efekty - rozpychania, pękania, boleści, z obżarstwa, nieumiarkowania.
Gdybyśmy uniknęli tych kilku kilogramów - źle podjętych decyzji - myślenie o lecie i cieple, konieczności zdjęcia z siebie odzieży wierzchniej nie byłaby dla nas takim sennym koszmarem, prawda???
I co teraz...
O ile z tymi pierwszymi walkę można uznać za równą i w pewnym momencie wygraną, o tyle te drugie nie dadzą się opanować i przegnać ani szybko, ani na dobre... Teraz biegniemy po mikstury i ziołowe mieszanki do parzenia oraz tabletki, w panice szukamy skutecznej diety (jakby istniała bardziej skuteczna od "mniej żryć"), bo okazuje się, że do lata... naprawdę zostało niewiele czasu. A formy jak nie było, tak nie ma... Nie jesteśmy więc w stanie schylić się - nawet po te upadłe świerkowe czy jodłowe igiełki...
Przegraliśmy walkę z gorącym pragnieniem, li tylko, skosztowania potraw. Nawet fantazje kulinarne i niewinne eksperymenty z nowymi produktami kulinarnymi, przekuły się w dziwny sposób na naszą puszystość i wagę, wskazówka ruszyła lub wyświetlacz pokazał nie tę cyfrę, jaką powinien w założeniu...
I tak, zostały ostatnie spodnie w jakie wchodzimy i jedyna sukienka w "jakiej jeszcze - wyglądamy".
Prawda jest okrutna. Prawda boli...
Dogoniła nas. Orzesz, ty... czy ona... skubana, ma tempo ta dziewczyna.
W poświątecznym, chwilowym oczywiście, opamiętaniu warto sobie uzmysłowić, że:
1) nie szkoda czegoś zostawić dla ptaków, kotów czy innej zwierzyny, a nam - ubędzie dzięki temu, im zaś będzie dużo łatwiej w te mrozy.
2) porządki w lodówce nie polegają tylko na spałaszowaniu resztek: "bo szkoda wyrzucać", "bo co inni powiedzą"...
3) nie... nic bardziej złudnego, co zobaczą na własne oczy (jakich nas), to właśnie powiedzą...
4) pamiętajmy, są inni potrzebujący. Czasem można kogoś poczęstować, ludzie chodzą po domach, po klatkach bloków - głodni, naprawdę głodni i zmarznięci...
5) ewentualnie można coś zamrozić i zapomnieć o tym.
6) można też, już na przyszłość, tak zaplanować zakupy aby "brakowało", nie tak jak zwykle, byśmy mieli w nadmiarze. Ten niedomiar jest czasem zbawienny.
7) szkoda wyrzucać?... Wierzcie lub nie, czasem większa szkoda na siłę coś spożyć, potem żałując... Szkoda na zdrowiu z przejedzenia jest dotkliwsza niż normalne odczucie głodu...
Tak moi drodzy, przypomnijmy sobie, że takie uczucie istnieje. Głód... pustka w brzuchu... ucisk. Dźwięk, burczenie... To zdrowe, zdrowsze niż... inne efekty - rozpychania, pękania, boleści, z obżarstwa, nieumiarkowania.
Gdybyśmy uniknęli tych kilku kilogramów - źle podjętych decyzji - myślenie o lecie i cieple, konieczności zdjęcia z siebie odzieży wierzchniej nie byłaby dla nas takim sennym koszmarem, prawda???
Subskrybuj:
Posty (Atom)