piątek, 27 listopada 2015

Powrót do ekologicznych upraw

Z ekologią w kuchni można przesadzić... ale można się z nią zaprzyjaźnić.
Starszą nas media i programy kulinarne, że ryby lub kurczaki hodowane są w koszmarnych warunkach. Że w ich mięsie są antybiotyki, odżywki, witaminy oraz brak ruchu im szkodzi... jajko to już nie to samo jajko, stres zabija hodowle - zwierzaki się tratują na potęgę lub zadziobują w stresie...
My to wszystko jemy, trawimy a potem i tak - defekujemy pozostałościami.
Soki zawierają też tyle cukru lub słodzików, konserwanty i polepszacze smaku czy barwy są nie tylko w sokach, dżemach, przetworach i gotowych wędlinach... Stałam się nieufna zapewnieniom, przestaję nawet na placu, czyli "ryneczku" rozmawiać z autorami sukcesu kulinarnego jak hodują lub uprawiają swoje nowalijki. Doskonale znam podmiejskie uprawy znajdujące się tuż przy szosie, pola sałaty, kapusty i buraków rosnące przy asfalcie, gdzie przejeżdżają tysiące samochodów dziennie...
Koszmar nas dogania...

Nie zdecydujemy się na kosmiczną,dziwnie modyfikowaną - pakowaną próżniowo lizofilowaną żywność, zresztą - jaka jest gwarancja warunków jej produkcji i dziwnego przechowywania...
A może pójść dalej, tylko soki i ziarna... ech, nie wiemy skąd i jak były transportowane, przechowywane, czy użyto chemii, pestycydów i w jakiej ilości.

A może warzywny ogród, niezbyt duża zaufana hodowla kurek czy królików po sąsiedzku, dwa drzewka jabłek na działce... własne ogórki, kiszone w domowym zaciszu. Marchewki własnoręcznie wyciągane z gruntu, naturalnie brudne od ziemi, no i jeszcze - bukiet ziół.

Szczęśliwym posiadaczom działki gorąco polecam, owszem jest z tym trochę pracy i zachodu, przygotowania oraz konieczność dbania o wilgoć, nawożenie... Działka 10-12 arowa daje radość ale też zdrowie, kondycję, zajęcie wyobraźni i dłoni, a organizm nasz - krzepi. Jeśli mamy dodatkowo winną latorośl i pyszne, słodkie winogrona, to jeszcze trochę zabawy w jesieni i dymion pykający w kącie pokoju da nam satysfakcję i sprawi radość w chłodne wieczory.
Przynajmniej wtedy jesteśmy pewni że jemy i pijemy coś swojego, nieokazały wygląd - ale bogate wnętrze.

środa, 25 listopada 2015

Rozwód bez stylu i charakteru


Młodzi rodzice i małżonkowie rozstają się teraz strasznie... 
W stylu potwornym, kosztem dzieci i swoich najbliższych, tym samym - koszmarnie ranią siebie i dzieci...
Wyobrażenie o rodzinie jakie mam nie jest sielankowe, jest całkowicie pozbawione lukru u pompatyczności. Rodzina zaczyna się wtedy gdy nie jest różowo i nie marcepanem się karmi. Gdy potrzebne są wyrzeczenia, cierpliwość, pomoc i współpraca - wyręczanie się i dawanie oparcia, czasu a nawet pieniędzy, gdy ich brakuje... na powszedni chleb i mleko.
Nie sprzedaje się w niej umiejętności i czasu. Oddaje się go darmo, gości przy stole bliskich - dzieli się posiłkiem, talentem, wytworami ale i samymi dobrami wytworzonymi zespołowo, z dziećmi. Wtedy można się poczuć "w domu, w rodzinie..."

Ale nie każdy zna taką sielankę, czasem ludzie rozstają się, rozwodzą - oddalają się od siebie - a coraz większa liczba w stylu podłym, najgorszym z możliwych, raniąc się i uderzając mocno, używając jako zasłony najczęstszego  z argumentów, dzieci. My - dorośli, jak nikt inny, trafiamy współmałżonka w czuły punkt. Chcemy by bolało, chcemy zobaczyć obnażone wnętrze - mięso, ciało. Stracone nerwy - i gorzkie łzy...

Nie jesteśmy istotami idealnymi, mamy swoje wady, ale zbyt często nie rozwiązujemy trudności. Podejmujemy nie ryzyko, ale rezygnujemy na starcie i izolujemy się. Szukamy prostszego i łatwiejszego - bycia... Życia, trwania w innym złudzeniu. Rozwalamy cudzy świat dając sobie prawo do tej inwazji. 

Rzeczywistość drugiego człowieka, jego zdanie, jego marzenia i życiowe cele jest jak szklana bombka...Krucha i delikatna, wymagająca wrażliwości a nie imadła zemsty.


Co nas oddala, co nas różni??? Dziś już - zbyt wiele... 
Nadeszły takie czasy, że nie doceniamy wysiłku, nie traktujemy poważnie "cudu ciężkiej pracy". Wzajemne oskarżanie się, uderzenia - traktujemy jak sport, jak rozrywkę. Nie interesują nas koszty emocjonalne takiej aktywności... nie przywiązujemy wagi do dobra dzieci czy dalszej rodziny. Ktoś patrzy, ktoś widzi, inny czuje... ma serce. My jednak rozwodząc się - mamy na myśli i na celowniku, wygraną.

Daleka droga do siebie. 
Przez zimę, przez chłód emocji wygasłych jak ognisko. 
Coraz dalsza droga. 
Stajemy się powoli wykształciuchami ale bez stylu, bez klasy i z marnym charakterem.