Są kultury, w których najważniejsze jest potomstwo, dziecko, jego dobru podporządkowuje się wszystko i wszystkie działania. Są też takie, gdzie istotne jest daleko bardziej, czy przeżyje większa i znacząca grupa. Mająca coś za sobą, jakieś dokonania, znaczenie czy poważanie... mająca zadanie lub jakiś potencjał. Bardziej liczy się więc los "spójnej całości" - grupy oraz jej "ojców", przewodników, najstarszych. Ci, zapewne wybrani - przechowują wiedzę. Do nich należy przekazywanie istoty kultury, dokonań, tradycji i jakiejś osi prawdy - "osi cyklonu?" - danej cywilizacji, narodu, nacji - grupy. Od nich zależy jakość i siła ducha, ale i przyszłość tak wielu.
O dziwo, podobnie jest u wielu gatunków zwierząt - np. niewielkie drapieżniki ale i ogromna ilość małych ssaków żyjących stadnie, gryzoni czy ssaków morskich - wszystko podporządkowuje potomstwu. Opiece nad nim, trosce i prokreacji, macierzyństwu czy matkowaniu im. To maluchy, młode - karmione są pierwsze. Troska o nie właśnie - jest zadaniem wszystkich dorosłych i starszych w stadzie. One uważane są też za najcenniejszych członków stada....
Zupełnie inaczej - zachowują się choćby lwy: samice oraz samce, polujące aktywnie, jedzą pierwsze i to ich siły się ceni... Bo one polują dla stada - i muszą mieć potrzebną do tego sprawność, siłę i wytrzymałość - od nich zależy los stada. Od ich umiejętności, potencjału i jakości mięśni, ekstremalnego przygotowania fizycznego. Paradoks??? Nie - chyba nie... Potrzeba, rodzi pewność. Że jest tak, jak ma być, jak być może...
Natura, Stworzyciel - Pankreator, Autor Stworzenia daje takie prawo/prawa...
I... PRAWIE KAŻDE PRAWO OD NIEJ/OD NIEGO POCHODZI.
Natura te szanse i te możliwości i daje, i też - je odbiera. Choćbyśmy nie wiem co usiłowali zrobić w tej dziedzinie...
Natura daje potomstwo, i w naturalny sposób kieruje ich losem, ścieżki wyznacza, i "nadaje znaczenie" - można powiedzieć "reguluje" - daje lub odbiera szanse na jego przeżycie. Czasem człowiek uzurpuje sobie tę moc, tę zdolność. Daje sobie takie prawo - może np. w oparciu o jakieś przekonanie - czy to zasługi, przekonania, fałszywe poczucie mocy. Bo coś takiego "ma" w sobie, a innemu - tego brakuje.
Zyskał jeden - a stracił, zatracił swe prawa i zasady postępowania - inny.
Spodziewając się specjalnego traktowania - tak żyjemy.
Zawłaszczając sobie czy uzyskując "wyjątkowe" miejsce w rozwoju cywilizacji... Lecz to tylko pozór, ułuda, fałsz, nasze złudzenie i przekonanie, że jesteśmy lepsi i zasłużyliśmy. Czy też - można rzec: maligna nasza.... Mrzonki. Gonimy za nią, za nimi...
My, ludzie, stworzyliśmy już sobie (i dla siebie) tak wiele prawd, wzorów postępowania, wyznaczników czy zasad, że gubimy się... Dokonujemy czegoś, głosimy prawdy i prawa - lub też aktywnie przekonujemy innych do ich słuszności. Pokusiliśmy się o kodeksy i reguły życia społecznego, politycznego, gospodarczego, i inne - dajemy im też miano "złych" i/czy "dobrych"...
Nie odkrywamy jednak niczego nowego, co nie byłoby już odkryte wcześniej, pierwsze, pierwotne....
Narzucamy je często - siłą, przemocą, autorytetem, uzbrojeni "po zęby" - innym. Ale też naturze, przyrodzie... "naszym braciom mniejszym".
Nie dotyczy to jednak tak licznych, jak nam się zdaje, praw...
Nie "ta" kategoria. Nie ten ciężar... Nie ten kaliber...
Bowiem wielu z wyborów nie możemy nazwać ani ocenić teraz, aktualnie.
Pozwala na to dopiero dłuższa perspektywa, poznanie ich konsekwencji, wyniku.
Ocena potencjalnej szkody czy pożytku.
Ich znaczenia dla innych ludzi, dla ich życia czy działań - ich moc, długość trwania...
Owoce. Po owocach - poznacie.
Blog o ekologii i rodzinie: relacjach, wychowaniu, miłości Podstawy oddziaływań psychologicznych Wiele tematów porusza problemy wychowania, zaburzenia zachowania i emocji, dysfunkcje Jak wspierać wychowanie w rodzinie i komunikację małżeńską Na czym polega wsparcie i pomoc psychologiczna Czym jest kontakt terapeutyczny O ekologii i zdrowiu O homeostazie i poszukiwaniu szczęścia Życie w domu Wspólnota i jej potrzeby Wsparcie i bliskość Miłość dziecka i znaczenie zaufania O szkole i roli rodziny
piątek, 31 stycznia 2014
Jak ocalić i ochronić dziecko przed światem... uratować...
Ocalić dziecko przed rzeczywistością...
Jak uchronić je... To pytanie, jak je URATOWAĆ pojawia się często u przerażonych rodziców w głowach. Żyjemy w coraz to innych czasach, w czasach "podaży nieograniczonej", oferty "na każdą potrzebę i każdą kieszeń".
A co to znaczy uratować??? Czy się da i uda???
Odpowiedź jest - dość prosta i realistyczna: "Nie da się". Dziecko już jest w/na świecie...
Ale czy próbować???
Ale "czego" chcesz próbować - przecież dziecko rodzisz właśnie dla świata.
Dajesz... Ofiarowujesz wreszcie - coś z siebie.
Matkom jest szczególnie trudno dojść do tego przekonania, żyć z tym, zaakceptować. Przyjąć i realizować. Konsekwentnie, raz za razem... czyli rodząc każdą kolejną pociechę.
Nie osłonisz dziecka i nie zasłonisz. Nie zamkniesz w "szklanym kloszu" (jak pisała Sylwia Plath), kloszu złudzeń i ułudy umysłu, udającej życie.
Możesz je natomiast najlepiej jak umiesz, wyposażyć oraz przygotować, pokazać "co i jak" oraz "o co tu, w ogóle, chodzi" - własnym byciem, przykładem, aktywnością. Działając, pracując, rozwijając siebie, ucząc się i czytając, pokazując samym sobą i całym sobą "jak". Będąc wzorem - mistrzem, autorytetem i autorem. Czasem (nie bójmy się tego), także - pierwszą ofiarą takich działań i przegranym...
Daj dziecku wolność, zwróć mu ją w odpowiednim czasie.
Nie wiąż, nie wikłaj i nie uzależniaj od siebie.... Ono zrobi z nią to, co potrzebne, co uważa za słuszne. Zaufaj, towarzysz mu kiedy potrzebuje tego, gdy jest to istotne dla niego, wtedy, gdy ono potrzebuje tego... I wreszcie - pozwól kiedyś odejść, oddalić się tak, aby lubiło do ciebie wracać - odwiedzać cię.
Nie zawstydzaj, nie rzucaj się na nie - jak na ofiarę. Rzadko oskarżaj...
Bądź obok, dokąd tego pragnie... Ono - nie ty...
Po prostu - mądrze kochaj, a przytulaj i rozmawiaj troskliwie i ze zrozumieniem, z szacunkiem dla małej istoty...
Powstrzymaj się od "naprawiania" świata i rzeczywistości. Ona jest doskonała i bez nas.
I nie łudź się - dziecko doskonale da sobie radę bez ciebie. Życie "zamiast kogoś", wyręczanie i zastępowanie kogoś innego - jest niewykonalne, krzywdzi. Może poniżyć brakiem zaufania nawet.
Dziecko - NIE JEST DLA CIEBIE !!!
Nie jest prezentem tylko dla ciebie, nie jest własnością!!!!
Ono jest właśnie "Dla Świata"....
Rodzić, to jak ofiarowywać, dawać, nie oczekując - mylnie, że należy się coś "w zamian".
Chcesz czegoś, chcesz satysfakcji??? Zadośćuczynienia, hołdów czy zapłaty??? Słowa dziękuję???
Masz oczekiwania??? Powstrzymaj je, zatrzymaj siebie...
Naucz się mówić STOP... "STOP SOBIE" - czasem to jest najtrudniejsze...
Często więcej w tym zdaniu egoizmu, więcej koncentrowania się na "swoim dobru", swoim rozumieniu poprawności czy korzyści. Przekonywania innych do swojej wersji rzeczywistości. Swoich obaw...
Najwięcej jest w tym wewnętrznym zamieszaniu strachu o siebie, swoją samotność, opuszczenie i nasze "brakuje mi...". Ze sobą zmierzyć się trudno, najtrudniej - ale w końcu - trzeba. To też strach o pustkę w sobie i przed tą totalną pustką, samotnością - to strach daleko większy, niż ten, o dziecko i jego los.
Jak uchronić je... To pytanie, jak je URATOWAĆ pojawia się często u przerażonych rodziców w głowach. Żyjemy w coraz to innych czasach, w czasach "podaży nieograniczonej", oferty "na każdą potrzebę i każdą kieszeń".
A co to znaczy uratować??? Czy się da i uda???
Odpowiedź jest - dość prosta i realistyczna: "Nie da się". Dziecko już jest w/na świecie...
Ale czy próbować???
Ale "czego" chcesz próbować - przecież dziecko rodzisz właśnie dla świata.
Dajesz... Ofiarowujesz wreszcie - coś z siebie.
Matkom jest szczególnie trudno dojść do tego przekonania, żyć z tym, zaakceptować. Przyjąć i realizować. Konsekwentnie, raz za razem... czyli rodząc każdą kolejną pociechę.
Nie osłonisz dziecka i nie zasłonisz. Nie zamkniesz w "szklanym kloszu" (jak pisała Sylwia Plath), kloszu złudzeń i ułudy umysłu, udającej życie.
Możesz je natomiast najlepiej jak umiesz, wyposażyć oraz przygotować, pokazać "co i jak" oraz "o co tu, w ogóle, chodzi" - własnym byciem, przykładem, aktywnością. Działając, pracując, rozwijając siebie, ucząc się i czytając, pokazując samym sobą i całym sobą "jak". Będąc wzorem - mistrzem, autorytetem i autorem. Czasem (nie bójmy się tego), także - pierwszą ofiarą takich działań i przegranym...
Daj dziecku wolność, zwróć mu ją w odpowiednim czasie.
Nie wiąż, nie wikłaj i nie uzależniaj od siebie.... Ono zrobi z nią to, co potrzebne, co uważa za słuszne. Zaufaj, towarzysz mu kiedy potrzebuje tego, gdy jest to istotne dla niego, wtedy, gdy ono potrzebuje tego... I wreszcie - pozwól kiedyś odejść, oddalić się tak, aby lubiło do ciebie wracać - odwiedzać cię.
Nie zawstydzaj, nie rzucaj się na nie - jak na ofiarę. Rzadko oskarżaj...
Bądź obok, dokąd tego pragnie... Ono - nie ty...
Po prostu - mądrze kochaj, a przytulaj i rozmawiaj troskliwie i ze zrozumieniem, z szacunkiem dla małej istoty...
Powstrzymaj się od "naprawiania" świata i rzeczywistości. Ona jest doskonała i bez nas.
I nie łudź się - dziecko doskonale da sobie radę bez ciebie. Życie "zamiast kogoś", wyręczanie i zastępowanie kogoś innego - jest niewykonalne, krzywdzi. Może poniżyć brakiem zaufania nawet.
Dziecko - NIE JEST DLA CIEBIE !!!
Nie jest prezentem tylko dla ciebie, nie jest własnością!!!!
Ono jest właśnie "Dla Świata"....
Rodzić, to jak ofiarowywać, dawać, nie oczekując - mylnie, że należy się coś "w zamian".
Chcesz czegoś, chcesz satysfakcji??? Zadośćuczynienia, hołdów czy zapłaty??? Słowa dziękuję???
Masz oczekiwania??? Powstrzymaj je, zatrzymaj siebie...
Naucz się mówić STOP... "STOP SOBIE" - czasem to jest najtrudniejsze...
Często więcej w tym zdaniu egoizmu, więcej koncentrowania się na "swoim dobru", swoim rozumieniu poprawności czy korzyści. Przekonywania innych do swojej wersji rzeczywistości. Swoich obaw...
Najwięcej jest w tym wewnętrznym zamieszaniu strachu o siebie, swoją samotność, opuszczenie i nasze "brakuje mi...". Ze sobą zmierzyć się trudno, najtrudniej - ale w końcu - trzeba. To też strach o pustkę w sobie i przed tą totalną pustką, samotnością - to strach daleko większy, niż ten, o dziecko i jego los.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Miłości trzeba nam się uczyć
To zadanie dla nas wszystkich... Ludzi.
Miłość umiera - gdy jest w samotności.
I gdy jest ograniczana lub zamknięta, "niepodlewana" naszymi działaniami.
Staje się sztuczna - jak plastikowy kwiatek. Powoli znika i zanika. Bez troski, pracy, trudu - bez zwycięstw i porażek.
Nie ma jej... aż wreszcie, kona...
Gdy człowiek zakłada, że "ma miłość", już ją stracił, bo jej "nie ma" (nie może jej 'mieć'). Dlatego, że miłości nie można "mieć", posiąść - ona rodzi się... i umiera, jak feniks... Odradza się - bo ją się tworzy każdego dnia, pracuje nad nią.
Miłość... Urzeka nas od pierwszego spróbowania jej...
To postawa, czyny i myśli, działania oraz uczynki, a nie tylko - suche deklaracje i fakty, to też nie metalowe kółka na palcach dwojga ludzi.
Więź, trwałość o jaką ciągle się walczy, każdego dnia.
Miłości się nie ma, jej się nie "posiada". A jeśli się tak komuś wydaje, to właśnie ją traci. Nie można ustabilizować i "zamknąć płomienia". Całkowitej zmiany... Świeżej, odnawiającej się, troskliwej lub chłodnej, malejącej lub rosnącej.
Nie wygrywa się jej w "totka" ani na "loterii", nie kupuje. Nie kradnie jej komuś innemu, nie zabiera - lecz rozdaje, oddaje się nią...
Ale - gdy właściwie się ją smakuje, rozkoszuje się nią, czasem tylko z nią się... przebywa. Bo to ona - ma sens. Tylko ona i aż ona. Ją spotyka w życiu, i w niej - zatraca się człowiek, cały - doświadcza się jej. I tęskni się za nią... Każdego dnia.
Pragnie się jej, i człowieka...
Bycia z nim. Tej bliskości. Świata jakim jest...
Dwoje ludzi - jest jak spotkanie dwóch światów. Dwóch ogni w jednym płomieniu...
Kiedy ma się - lub miało z nią do czynienia, to miało się szczęście... Doświadczyło się czegoś niezwykłego. Potrzebna - aby, żyło się...
Miłości trzeba się uczyć każdego dnia, i tak, należy...
Z takim założeniem i zrozumieniem sprawy, jest łatwiej żyć.
Miłość umiera - gdy jest w samotności.
I gdy jest ograniczana lub zamknięta, "niepodlewana" naszymi działaniami.
Staje się sztuczna - jak plastikowy kwiatek. Powoli znika i zanika. Bez troski, pracy, trudu - bez zwycięstw i porażek.
Nie ma jej... aż wreszcie, kona...
Gdy człowiek zakłada, że "ma miłość", już ją stracił, bo jej "nie ma" (nie może jej 'mieć'). Dlatego, że miłości nie można "mieć", posiąść - ona rodzi się... i umiera, jak feniks... Odradza się - bo ją się tworzy każdego dnia, pracuje nad nią.
Miłość... Urzeka nas od pierwszego spróbowania jej...
To postawa, czyny i myśli, działania oraz uczynki, a nie tylko - suche deklaracje i fakty, to też nie metalowe kółka na palcach dwojga ludzi.
Więź, trwałość o jaką ciągle się walczy, każdego dnia.
Miłości się nie ma, jej się nie "posiada". A jeśli się tak komuś wydaje, to właśnie ją traci. Nie można ustabilizować i "zamknąć płomienia". Całkowitej zmiany... Świeżej, odnawiającej się, troskliwej lub chłodnej, malejącej lub rosnącej.
Nie wygrywa się jej w "totka" ani na "loterii", nie kupuje. Nie kradnie jej komuś innemu, nie zabiera - lecz rozdaje, oddaje się nią...
Ale - gdy właściwie się ją smakuje, rozkoszuje się nią, czasem tylko z nią się... przebywa. Bo to ona - ma sens. Tylko ona i aż ona. Ją spotyka w życiu, i w niej - zatraca się człowiek, cały - doświadcza się jej. I tęskni się za nią... Każdego dnia.
Pragnie się jej, i człowieka...
Bycia z nim. Tej bliskości. Świata jakim jest...
Dwoje ludzi - jest jak spotkanie dwóch światów. Dwóch ogni w jednym płomieniu...
Kiedy ma się - lub miało z nią do czynienia, to miało się szczęście... Doświadczyło się czegoś niezwykłego. Potrzebna - aby, żyło się...
Miłości trzeba się uczyć każdego dnia, i tak, należy...
Z takim założeniem i zrozumieniem sprawy, jest łatwiej żyć.
Małżeństwo czyli bywa, że dwoje ludzi jest "jak spotkanie dwóch światów"
Małżeństwo. Instytucja czy... powołanie.
Decyzja czy wielka i gorąca nadzieja, pragnienie, praca na cały etat, przez całe życie.
Kolejny raz nie daje mi to spokoju, gdy w rozmowie pojawia się problem związku, relacji - o różnym wydźwięku: bliskości ale też równocześnie okrucieństwa, rodzenia się obojętności ale i pogardy dla człowieka, końca miłości a początku zazdrości - zadry w oku.
"Obcy" w domu, przerażający człowiek, który kiedyś był, jak to się mówi, miłością życia... I wreszcie, nie wiadomo jak, po wielu latach czy miesiącach jałowego życia, trudnego ale jakiegoś niepełnego, lub może pozbawionego pracy nad związkiem czy wysiłku, oddalania się i chłodu... rodzi się dystans pomiędzy ludźmi... Czasem to choroba, ale częściej to człowiek mówi: NIE!!! Nie kocham, nienawidzę, nie chcę - odejdź...
Wreszcie - cierpienie dzieci, używanych jak marionetki, jak "żywe" argumenty i tarcze... dezorientacja, zagubienie.... niejasność - i pytanie: "jak żyć dalej..." i "czy można, nadal???"
Od rozprawy do rozprawy, upomnienia interweniujących organów, od prób terapii i "leczenia", opatrywania ran - walki ciągłej lub też - od pobicia, oskarżeń czy innych zdarzeń.
W oczekiwaniu na co??? Na kolejny atak, skandaliczne zachowanie, gwałt...
Czy w nadziei na poprawę... Nadziei, jakiej nie można i nie chce się tracić...
Trudno ocenić - raz tylko, na zawsze wydać wyrok. Oskarżyć, obciążyć winą, potępić konsekwentnie... Ale - czy na pewno???
Dzisiejsza, dość długa rozmowa z moją przyjaciółką, trudny temat - rozpad małżeństwa, kiedyś, zaskakująco szczęśliwego, znów uświadomiła mi to, jak aktualnie - w czasach nam współczesnych - łatwo stracić to wszystko, co się miało, stworzyło... Na co pracowało się lat wiele. Może przez egoizm lub chorobę, może lekkość - nieznośną lekkość bytu, niefrasobliwość, może błąd - błąd fałszywych założeń. Jednakowoż - przykro patrzeć im, przyjaciołom znającym parę, na ruinę związku i jego powolny rozpad jaki trwa, tak naprawdę, już kilka lat - w ukryciu.... W samotnym znoszeniu tego wszystkiego. W strumieniach łez, trudnej miłości, w cierpieniu i poniżaniu najpierw - potem już "bez miłości".
Patrzy się też na takiego "kogoś" kogo się znało i pamięta... jako inną osobę. A teraz - sytuacja jest nowa, inna: jeden z małżonków widzi już tylko siebie i swoje straty, swoje pretensje czy korzyści - nie dostrzega drugiej osoby, swoich dzieci, ich potrzeb.
Koszt??? Krzywda i cierpienie bliskich oraz innych, dalszych członków rodzinnych, kosztów emocjonalnych, smutku i bólu... Prosto wtedy przekreślić 10-15 lat swego życia.
Boli ogromnie...
A ofiar - jest zawsze więcej niż sprawców...
Decyzja czy wielka i gorąca nadzieja, pragnienie, praca na cały etat, przez całe życie.
Kolejny raz nie daje mi to spokoju, gdy w rozmowie pojawia się problem związku, relacji - o różnym wydźwięku: bliskości ale też równocześnie okrucieństwa, rodzenia się obojętności ale i pogardy dla człowieka, końca miłości a początku zazdrości - zadry w oku.
"Obcy" w domu, przerażający człowiek, który kiedyś był, jak to się mówi, miłością życia... I wreszcie, nie wiadomo jak, po wielu latach czy miesiącach jałowego życia, trudnego ale jakiegoś niepełnego, lub może pozbawionego pracy nad związkiem czy wysiłku, oddalania się i chłodu... rodzi się dystans pomiędzy ludźmi... Czasem to choroba, ale częściej to człowiek mówi: NIE!!! Nie kocham, nienawidzę, nie chcę - odejdź...
Wreszcie - cierpienie dzieci, używanych jak marionetki, jak "żywe" argumenty i tarcze... dezorientacja, zagubienie.... niejasność - i pytanie: "jak żyć dalej..." i "czy można, nadal???"
Od rozprawy do rozprawy, upomnienia interweniujących organów, od prób terapii i "leczenia", opatrywania ran - walki ciągłej lub też - od pobicia, oskarżeń czy innych zdarzeń.
W oczekiwaniu na co??? Na kolejny atak, skandaliczne zachowanie, gwałt...
Czy w nadziei na poprawę... Nadziei, jakiej nie można i nie chce się tracić...
Trudno ocenić - raz tylko, na zawsze wydać wyrok. Oskarżyć, obciążyć winą, potępić konsekwentnie... Ale - czy na pewno???
Dzisiejsza, dość długa rozmowa z moją przyjaciółką, trudny temat - rozpad małżeństwa, kiedyś, zaskakująco szczęśliwego, znów uświadomiła mi to, jak aktualnie - w czasach nam współczesnych - łatwo stracić to wszystko, co się miało, stworzyło... Na co pracowało się lat wiele. Może przez egoizm lub chorobę, może lekkość - nieznośną lekkość bytu, niefrasobliwość, może błąd - błąd fałszywych założeń. Jednakowoż - przykro patrzeć im, przyjaciołom znającym parę, na ruinę związku i jego powolny rozpad jaki trwa, tak naprawdę, już kilka lat - w ukryciu.... W samotnym znoszeniu tego wszystkiego. W strumieniach łez, trudnej miłości, w cierpieniu i poniżaniu najpierw - potem już "bez miłości".
Patrzy się też na takiego "kogoś" kogo się znało i pamięta... jako inną osobę. A teraz - sytuacja jest nowa, inna: jeden z małżonków widzi już tylko siebie i swoje straty, swoje pretensje czy korzyści - nie dostrzega drugiej osoby, swoich dzieci, ich potrzeb.
Koszt??? Krzywda i cierpienie bliskich oraz innych, dalszych członków rodzinnych, kosztów emocjonalnych, smutku i bólu... Prosto wtedy przekreślić 10-15 lat swego życia.
Boli ogromnie...
A ofiar - jest zawsze więcej niż sprawców...
niedziela, 19 stycznia 2014
Kiedy gniew nie chce odstąpić
Gniew.
GNIEW!!!!!
Trudna emocja, trudna postawa, kłopot w rodzinie...
Gniewają się i rodzice na dzieci, i dzieciaki między sobą. Później - osoba podpadająca reszcie rodziny jest najczęściej karana i słyszy komentarze typu: "Nie da się z tobą wytrzymać...", "Jesteś tragiczny, jesteś zły", czy "...przynosisz mi wstyd, niewdzięcznik!!! Nie mogę na ciebie patrzeć".
Gniew, gdy poczujemy go mocno, całym sobą - potrafi zaciemnić nasz umysł, wolę, skazić je i zmienić nasze słowa, zachowanie, czasem też sam nasz stosunek do drugiej osoby.
Trwale...
Krzywdząco. Chronicznie...
Stajemy się też przykrzy, kłopotliwi, a wściekłość i złe myśli, kierują nami, jesteśmy nimi owładnięci coraz mocniej. Rosną też - pretensje nasze do całego świata. Nie do siebie samego - do świata.
Winimy też innych za większość niepowodzeń i trudności. Najczęściej - bliskich!!!
Jeśli nie potrafimy się temu uczuciu i emocji przeciwstawić, nie radzimy sobie właściwie ze swoim wzburzeniem, przepełniającą nas złością oraz gniewem, nie opanowujemy tych trudnych emocji, to trochę tak - jakbyśmy nie układali ich w sobie. Znaczy to mniej więcej: nie do końca znamy siebie.
Nie znamy całego spektrum naszych zachowań.
Koniecznie opuśćmy pokój, pomieszczenie, miejsce w którym dochodzi do kłótni lub ostrej wymiany zdań. Wyjdźmy - by nie zaognić sytuacji, by nie wypowiedzieć już... ani jednego słowa, nie zrobić nic więcej. Ani też - które wyrządzi więcej złego... Gdy mamy takie mocne postanowienie, jest łatwiej.
Dystans, odejście - izolowanie się od sytuacji i osób wzmacnia pracę nad sobą. Powoduje zdrowy osąd, bez emocji. Próbę odroczenia, uspokojenia myśli i działań.
Lepiej zadziałać niekonsekwentnie - inaczej, zaskakująco, "po-nowemu", niż - standardowo... jak zawsze. To trudne... lecz możliwe. Tak trzeba, tak warto. Tak... trzymać!!!
Brak pełnej wiedzy - nie usprawiedliwia nas... Bo wtedy trzeba by uznać za normę - że "oto tacy jesteśmy". Że tak musi być - i wtedy już, niemiło zaskakujemy i siebie, i innych...
Ofiary gniewu, naszej złości ??? Gdy są i pojawiają się, wciąż nowe... i nowe... znaczy to jedno:
"Nie wiemy wiele więcej, niż to - jacy byliśmy - kilka czy kilkanaście lat wcześniej..." A wierzcie mi, zmiana jest konieczna, potrzebna, pożądana...
I drugie: "Nie dokonaliśmy - prawdopodobnie - żadnej pracy... nad sobą, analizy, wnioskowania a w oparciu o to, dowiemy się - że nie pracowaliśmy prawdopodobnie nad zmianą przyzwyczajeń".
Mało też interesujemy się modyfikowaniem typowych dla nas, trudnych zachowań.
Oby nie okazało się - że mało interesuje mnie drugi człowiek. Co myśli, co czuje, czego pragnie, czy cierpi, czy jest szczęśliwy, na co czeka... Mąż krzyczy na żonę (lub odwrotnie...), jedno na drugie - podnosi rękę... Bije. Wrzeszczy. Używa wulgaryzmów - czyli absolutnie nie panuje nad sobą, traci kontrolę... Taki "ON/ONA" staje się więc - KIMŚ INNYM. NIE SOBĄ WŁAŚNIE - "kimś innym we własnej skórze"...
Przemoc tak właśnie się pojawia i jest sankcjonowana... ta przemoc - zwykle rodzi przemoc... Dlaczego???
Bo z czasem - takie reakcje i zachowania - stają się udziałem naszych własnych dzieci. Istnieje ryzyko, że i one, będąc wcześniej mimowolną ofiarą takich zachowań, stają się same - sprawcami cierpienia innych osób.
Uodpornione na cudze emocje, przeżycia, krzywdę, prawda??? Na cudzy strach, ból, przerażenie. Mając też poczucie władzy - przewagi. Rys taki i wzmacniające go doświadczenia, daje nam coraz większe poczucie bezkarności.
Ale - jakże często także - zdarza się, że nasze złe emocje stają się udziałem osób, z jakimi przychodzi nam się spotykać czy wreszcie - pracować. Ofiary - to i my sami, i nasi bliscy - dzieci, uczniowie, koledzy czy przyjaciele...
Gniew jest emocją jak każda - gdy włączymy swój rozum, zanim wyłączy się on pod wpływem uniesienia, wzburzenia, nauczymy się "radzić" ze swoim gniewem. Małymi krokami!!! Do przodu!!!
GNIEW!!!!!
Trudna emocja, trudna postawa, kłopot w rodzinie...
Gniewają się i rodzice na dzieci, i dzieciaki między sobą. Później - osoba podpadająca reszcie rodziny jest najczęściej karana i słyszy komentarze typu: "Nie da się z tobą wytrzymać...", "Jesteś tragiczny, jesteś zły", czy "...przynosisz mi wstyd, niewdzięcznik!!! Nie mogę na ciebie patrzeć".
Gniew, gdy poczujemy go mocno, całym sobą - potrafi zaciemnić nasz umysł, wolę, skazić je i zmienić nasze słowa, zachowanie, czasem też sam nasz stosunek do drugiej osoby.
Trwale...
Krzywdząco. Chronicznie...
Stajemy się też przykrzy, kłopotliwi, a wściekłość i złe myśli, kierują nami, jesteśmy nimi owładnięci coraz mocniej. Rosną też - pretensje nasze do całego świata. Nie do siebie samego - do świata.
Winimy też innych za większość niepowodzeń i trudności. Najczęściej - bliskich!!!
Jeśli nie potrafimy się temu uczuciu i emocji przeciwstawić, nie radzimy sobie właściwie ze swoim wzburzeniem, przepełniającą nas złością oraz gniewem, nie opanowujemy tych trudnych emocji, to trochę tak - jakbyśmy nie układali ich w sobie. Znaczy to mniej więcej: nie do końca znamy siebie.
Nie znamy całego spektrum naszych zachowań.
Koniecznie opuśćmy pokój, pomieszczenie, miejsce w którym dochodzi do kłótni lub ostrej wymiany zdań. Wyjdźmy - by nie zaognić sytuacji, by nie wypowiedzieć już... ani jednego słowa, nie zrobić nic więcej. Ani też - które wyrządzi więcej złego... Gdy mamy takie mocne postanowienie, jest łatwiej.
Dystans, odejście - izolowanie się od sytuacji i osób wzmacnia pracę nad sobą. Powoduje zdrowy osąd, bez emocji. Próbę odroczenia, uspokojenia myśli i działań.
Lepiej zadziałać niekonsekwentnie - inaczej, zaskakująco, "po-nowemu", niż - standardowo... jak zawsze. To trudne... lecz możliwe. Tak trzeba, tak warto. Tak... trzymać!!!
Brak pełnej wiedzy - nie usprawiedliwia nas... Bo wtedy trzeba by uznać za normę - że "oto tacy jesteśmy". Że tak musi być - i wtedy już, niemiło zaskakujemy i siebie, i innych...
Ofiary gniewu, naszej złości ??? Gdy są i pojawiają się, wciąż nowe... i nowe... znaczy to jedno:
"Nie wiemy wiele więcej, niż to - jacy byliśmy - kilka czy kilkanaście lat wcześniej..." A wierzcie mi, zmiana jest konieczna, potrzebna, pożądana...
I drugie: "Nie dokonaliśmy - prawdopodobnie - żadnej pracy... nad sobą, analizy, wnioskowania a w oparciu o to, dowiemy się - że nie pracowaliśmy prawdopodobnie nad zmianą przyzwyczajeń".
Mało też interesujemy się modyfikowaniem typowych dla nas, trudnych zachowań.
Oby nie okazało się - że mało interesuje mnie drugi człowiek. Co myśli, co czuje, czego pragnie, czy cierpi, czy jest szczęśliwy, na co czeka... Mąż krzyczy na żonę (lub odwrotnie...), jedno na drugie - podnosi rękę... Bije. Wrzeszczy. Używa wulgaryzmów - czyli absolutnie nie panuje nad sobą, traci kontrolę... Taki "ON/ONA" staje się więc - KIMŚ INNYM. NIE SOBĄ WŁAŚNIE - "kimś innym we własnej skórze"...
Przemoc tak właśnie się pojawia i jest sankcjonowana... ta przemoc - zwykle rodzi przemoc... Dlaczego???
Bo z czasem - takie reakcje i zachowania - stają się udziałem naszych własnych dzieci. Istnieje ryzyko, że i one, będąc wcześniej mimowolną ofiarą takich zachowań, stają się same - sprawcami cierpienia innych osób.
Uodpornione na cudze emocje, przeżycia, krzywdę, prawda??? Na cudzy strach, ból, przerażenie. Mając też poczucie władzy - przewagi. Rys taki i wzmacniające go doświadczenia, daje nam coraz większe poczucie bezkarności.
Ale - jakże często także - zdarza się, że nasze złe emocje stają się udziałem osób, z jakimi przychodzi nam się spotykać czy wreszcie - pracować. Ofiary - to i my sami, i nasi bliscy - dzieci, uczniowie, koledzy czy przyjaciele...
Gniew jest emocją jak każda - gdy włączymy swój rozum, zanim wyłączy się on pod wpływem uniesienia, wzburzenia, nauczymy się "radzić" ze swoim gniewem. Małymi krokami!!! Do przodu!!!
czwartek, 16 stycznia 2014
Media jako arena antycznych igrzysk....
Rozmowa o programie telewizyjnym - planet HD, publicystyka upadku dnia codziennego, jeszcze przed godziną 22, wieczorem:
Greg:
"każdy facet jako zabawka, do posuwania... jeśli zaś facet-pracownik biura podróży i rozrywki, statku wożącego młodzieżowe wycieczki - na jednej z Greckich wysp, "zrobił to więcej niż dwa razy z jedną dziewczyną, tj. "przywiązał się do jednej laski", ten - pije zamiast drinka, z kubka - własny mocz"
Ja:
"dokładnie....wszyscy się bawią, jak szaleni... śmieją się, jakby byli szczęśliwi - mają po 16-17 lat, przyjeżdżają tu głównie z Anglii, na tydzień... lub dwa takiej 'rozrywki'...
Gregory
"no cóż ..równouprawnienie"
Ja
"ohyda... nie równouprawnienie...
To swoboda, nie wolność, to samowola i swawola... stają się
jak zwierzęta, udają miłość czy inne uczucie, interesuje ich tylko sprawne i szybkie kopulowanie, bez wrażliwości, bez uważności człowieka....
zwierzaki... Zwierzęta, i tylko tyle...... taki obraz??? Ordynarne zabawy i zachęta do używania sobie..."
Gregory
... ależ u nas tak nie ma, u nas panuje "bogobojny sex małżeński, prokreacyjny... co najwyżej Kościół dopuści zapłodnienie...
Ja
"uzupełnij braki w edukacji"
Gregory
"durny jestem, zgadzam się"
Ja
"no właśnie, nie gadaj takich głupot... doczytaj, a i owszem"
Gregory
"nawet mama nazywa mnie Doktor Ciućmok"
Ja
"...bo i pewnie dla Kościoła nie jest to obojętne, ale bardzo ważne... prokreacyjna rola i zadanie małżeństwa, rodziny. Bo inaczej, i to twoje, społeczeństwo czy naród zniknie. Wymrze."
Gregory
"ależ wiem, co trzeba robić... bzykać się"
Ja
"ale miłość, mój panie, to też postawa, to więź - prawdziwa bliskość opiera się właśnie na seksie, ale bez oderwania od zaufania, troski oraz prawdziwej bliskości i intymności -
co kościół podkreśla za każdym razem. To nie kwestia losowego wyboru, przypadku... rozrywki i zabawy "w życie"...
Może i - warto, jak mówisz, się bzykać.... ale na siłę, ale - nie: trzeba....
JAK CZUJESZ PRZYMUS... to wolność - kończy się....
TO NIE JEST JUŻ TO NAJLEPSZE - a tylko ZWYCZAJNE,
CODZIENNE i ..... WKRÓTCE - NUDNE...
Poza tym, nie gadajmy ze sobą tylko o doktrynie Kościoła, i o tym, co jest i nie jest, do przekroczenia w kościele... To nie jest tu, w tym przypadku najważniejsze - i uzasadnione, bo jesteś osobą niewierzącą i ustawiasz się poza Kościołem, nie mając - w twoim przekonaniu - żadnej relacji z Chrystusem (żadnej bliskości, wdzięczności czy innego uczucia względem niego....). Żaden twój związek nie był sakramentalnym, a i ten nie jest pewnie - a tylko są to umowy cywilno-prawne.... o jakie też - biją się teraz i walczą wszelkie mniejszości seksualne oraz ich fanowie i fanki... Ty przecież nie masz swoich dylematów, a cudze - nie są dla ciebie więcej warte niż funt kłaków.... A jednak oburzasz się na ten styl, i słusznie...
Stąd nasze rozważania pozostają na gruncie - niestety - raczej przekonań i estetyki.... ale dotyczą fundamentalnego związku: kobiety i mężczyzny, i tego, czy musi on wyglądać tak, jak tego chcą media czy też - płatne / mniej płatne, ale - chyba dość dochodowe przedsięwzięcia, strony Internetowe, portale randkowe, "sympaty(czne)... i obsceniczne...
Stąd - moja wieczna wątpliwość - nie "kto robi gorzej", czy też problematyczne - kto gorszy, "ja", czy jakaś "ona"... Problemem dla mnie, znaczącym - jest nie tylko to, gdzie - ja - i gdzie jakaś ona/on ma te wartości. A także - które z nas, i w imię czego, w imię jakich prawd czy wartości, norm czy innych przekleństw losu... nimi szarga. Publicznie.
Oraz to, do czego takie działania prowadzą. I - czy tacy ludzie - mają prawo robić to, co robią. Ale prawo w sensie "wolności", tego co robią...
Bo ja trafiam na takie materiały w TV tak, jak może na to trafić ktoś inny - dziecko, czy mało refleksyjny człowiek. Autor jest upojony - swobodą, beztroską ale czy jest "uprawniony"do szargania moją i twoją, naszą... wolnością.
Wolnością drugiej osoby, moją, twoją czy też.... swoją....
Poniżając, czy jak mówisz - "używając siebie - jako 'narzędzia' ", czy to... kopulacji, czy będąc jego ofiarą - podmiotem a raczej, w rzeczywistości - przedmiotem...
Obraz "człowieka" wykorzystującego czyjś dołek, naiwność, biedę czy... brak rozsądku. Człeczka powszedniego, sprowadzonego do roli obiektu....
Kiedy zaczynam tak się czuć źle, niewygodnie, zmanipulowana i zmiażdżona tym... Ubrudzona, przerażona beztroską.... to czy tak powinnam "to coś, tę sytuację - czuć"???
Chyba i na pewno... tak!!!!
Ale rzeczywistość i taki program, przeraża mnie - i tyle... Tak, jak i jego autorzy.
Wtedy włos na głowie jeży mi się i wyobrażam sobie, tę sytuację: "podmiotu" i "przedmiotu" takich działań i manipulacji... Gdy widzę oczami mojej wyobraźni naiwną, młodą, bezkrytyczną i ubawioną, nietrzeźwą często osobę... mocno już zmienioną przez takie traktowanie życia...
I uświadamiam sobie wtedy to, że żadne pieniądze, żadna "kasa" jaką dana osoba zarabia, jaką przyjmuje za "eksponowanie" siebie, za ukazywanie siebie w takim kontekście zwyczajów czy praktyk, nie jest w stanie zrekompensować - wysokości straty, jaką jako człowiek ponosi - na sobie i swej godności, człowieczeństwie, widzeniu samego siebie, samoocenie....
"Wot.... probljiema", jak rzekłby quasi-Raskolnikow, dylemat - podobny poruszonemu w klasycznej "Zbrodni i Karze" Dostojewskiego: "czy jest uprawnione KAŻDE działanie, pozornie dobre - i uzurpowanie sobie prawa do krzywdzenia innych. Czyli, że będąc we własnym poczuciu kimś "lepszym i wyjątkowym", mogę dokonywać więcej zła - w imię dobra.
Zabić nawet, czy krzywdzić - by coś "niby-dobrego, dać" innym... Pomóc, ratować innych.... Czy tak można coś (s)tworzyć dla innych, powołać do istnienia, rozwinąć czy czegoś nauczyć się"...
Zawsze, zawsze - w rezultacie - dopadnie cię wątpliwość, starach, panika, u źródeł wszystkiego zaś - sumienie.....
Cichy strażnik, takie - dojrzałe myślenie w twojej głowie, w duszy, w ciele, a realizowane często w działaniu, woli, słowie....
Im bardziej wrażliwy i mądry jest ktoś, rozwinięty w swej mądrości, w wiedzy, w duchu (duszy) i kulturze, tym silniej to odczuje....
Jak to mówisz, "prosty" nie zorientuje się nawet, co zrobił, i nie poczuje nic. Pewnie dlatego, może tak łatwo mu przychodzi "dziabnąć nożem", ukraść, zabić czy pobić dotkliwie.... za flaszkę czy dla zabawy, bo brak uczuciowości wyższej i brak "rozwiniętej" wrażliwości - ułatwi mu to bardzo....
Szczęście??? Dziś raczej każdy powie - przekleństwo.
Wolna wola, mądrość i świadomość - zobowiązują...
I człowiek więcej wtedy musi od siebie wymagać, właśnie od siebie - nie od innych - li tylko.
Greg:
"każdy facet jako zabawka, do posuwania... jeśli zaś facet-pracownik biura podróży i rozrywki, statku wożącego młodzieżowe wycieczki - na jednej z Greckich wysp, "zrobił to więcej niż dwa razy z jedną dziewczyną, tj. "przywiązał się do jednej laski", ten - pije zamiast drinka, z kubka - własny mocz"
Ja:
"dokładnie....wszyscy się bawią, jak szaleni... śmieją się, jakby byli szczęśliwi - mają po 16-17 lat, przyjeżdżają tu głównie z Anglii, na tydzień... lub dwa takiej 'rozrywki'...
Gregory
"no cóż ..równouprawnienie"
Ja
"ohyda... nie równouprawnienie...
To swoboda, nie wolność, to samowola i swawola... stają się
jak zwierzęta, udają miłość czy inne uczucie, interesuje ich tylko sprawne i szybkie kopulowanie, bez wrażliwości, bez uważności człowieka....
zwierzaki... Zwierzęta, i tylko tyle...... taki obraz??? Ordynarne zabawy i zachęta do używania sobie..."
Gregory
... ależ u nas tak nie ma, u nas panuje "bogobojny sex małżeński, prokreacyjny... co najwyżej Kościół dopuści zapłodnienie...
Ja
"uzupełnij braki w edukacji"
Gregory
"durny jestem, zgadzam się"
Ja
"no właśnie, nie gadaj takich głupot... doczytaj, a i owszem"
Gregory
"nawet mama nazywa mnie Doktor Ciućmok"
Ja
"...bo i pewnie dla Kościoła nie jest to obojętne, ale bardzo ważne... prokreacyjna rola i zadanie małżeństwa, rodziny. Bo inaczej, i to twoje, społeczeństwo czy naród zniknie. Wymrze."
Gregory
"ależ wiem, co trzeba robić... bzykać się"
Ja
"ale miłość, mój panie, to też postawa, to więź - prawdziwa bliskość opiera się właśnie na seksie, ale bez oderwania od zaufania, troski oraz prawdziwej bliskości i intymności -
co kościół podkreśla za każdym razem. To nie kwestia losowego wyboru, przypadku... rozrywki i zabawy "w życie"...
Może i - warto, jak mówisz, się bzykać.... ale na siłę, ale - nie: trzeba....
JAK CZUJESZ PRZYMUS... to wolność - kończy się....
TO NIE JEST JUŻ TO NAJLEPSZE - a tylko ZWYCZAJNE,
CODZIENNE i ..... WKRÓTCE - NUDNE...
Poza tym, nie gadajmy ze sobą tylko o doktrynie Kościoła, i o tym, co jest i nie jest, do przekroczenia w kościele... To nie jest tu, w tym przypadku najważniejsze - i uzasadnione, bo jesteś osobą niewierzącą i ustawiasz się poza Kościołem, nie mając - w twoim przekonaniu - żadnej relacji z Chrystusem (żadnej bliskości, wdzięczności czy innego uczucia względem niego....). Żaden twój związek nie był sakramentalnym, a i ten nie jest pewnie - a tylko są to umowy cywilno-prawne.... o jakie też - biją się teraz i walczą wszelkie mniejszości seksualne oraz ich fanowie i fanki... Ty przecież nie masz swoich dylematów, a cudze - nie są dla ciebie więcej warte niż funt kłaków.... A jednak oburzasz się na ten styl, i słusznie...
Stąd nasze rozważania pozostają na gruncie - niestety - raczej przekonań i estetyki.... ale dotyczą fundamentalnego związku: kobiety i mężczyzny, i tego, czy musi on wyglądać tak, jak tego chcą media czy też - płatne / mniej płatne, ale - chyba dość dochodowe przedsięwzięcia, strony Internetowe, portale randkowe, "sympaty(czne)... i obsceniczne...
Stąd - moja wieczna wątpliwość - nie "kto robi gorzej", czy też problematyczne - kto gorszy, "ja", czy jakaś "ona"... Problemem dla mnie, znaczącym - jest nie tylko to, gdzie - ja - i gdzie jakaś ona/on ma te wartości. A także - które z nas, i w imię czego, w imię jakich prawd czy wartości, norm czy innych przekleństw losu... nimi szarga. Publicznie.
Oraz to, do czego takie działania prowadzą. I - czy tacy ludzie - mają prawo robić to, co robią. Ale prawo w sensie "wolności", tego co robią...
Bo ja trafiam na takie materiały w TV tak, jak może na to trafić ktoś inny - dziecko, czy mało refleksyjny człowiek. Autor jest upojony - swobodą, beztroską ale czy jest "uprawniony"do szargania moją i twoją, naszą... wolnością.
Wolnością drugiej osoby, moją, twoją czy też.... swoją....
Poniżając, czy jak mówisz - "używając siebie - jako 'narzędzia' ", czy to... kopulacji, czy będąc jego ofiarą - podmiotem a raczej, w rzeczywistości - przedmiotem...
Obraz "człowieka" wykorzystującego czyjś dołek, naiwność, biedę czy... brak rozsądku. Człeczka powszedniego, sprowadzonego do roli obiektu....
Kiedy zaczynam tak się czuć źle, niewygodnie, zmanipulowana i zmiażdżona tym... Ubrudzona, przerażona beztroską.... to czy tak powinnam "to coś, tę sytuację - czuć"???
Chyba i na pewno... tak!!!!
Ale rzeczywistość i taki program, przeraża mnie - i tyle... Tak, jak i jego autorzy.
Wtedy włos na głowie jeży mi się i wyobrażam sobie, tę sytuację: "podmiotu" i "przedmiotu" takich działań i manipulacji... Gdy widzę oczami mojej wyobraźni naiwną, młodą, bezkrytyczną i ubawioną, nietrzeźwą często osobę... mocno już zmienioną przez takie traktowanie życia...
I uświadamiam sobie wtedy to, że żadne pieniądze, żadna "kasa" jaką dana osoba zarabia, jaką przyjmuje za "eksponowanie" siebie, za ukazywanie siebie w takim kontekście zwyczajów czy praktyk, nie jest w stanie zrekompensować - wysokości straty, jaką jako człowiek ponosi - na sobie i swej godności, człowieczeństwie, widzeniu samego siebie, samoocenie....
"Wot.... probljiema", jak rzekłby quasi-Raskolnikow, dylemat - podobny poruszonemu w klasycznej "Zbrodni i Karze" Dostojewskiego: "czy jest uprawnione KAŻDE działanie, pozornie dobre - i uzurpowanie sobie prawa do krzywdzenia innych. Czyli, że będąc we własnym poczuciu kimś "lepszym i wyjątkowym", mogę dokonywać więcej zła - w imię dobra.
Zabić nawet, czy krzywdzić - by coś "niby-dobrego, dać" innym... Pomóc, ratować innych.... Czy tak można coś (s)tworzyć dla innych, powołać do istnienia, rozwinąć czy czegoś nauczyć się"...
Zawsze, zawsze - w rezultacie - dopadnie cię wątpliwość, starach, panika, u źródeł wszystkiego zaś - sumienie.....
Cichy strażnik, takie - dojrzałe myślenie w twojej głowie, w duszy, w ciele, a realizowane często w działaniu, woli, słowie....
Im bardziej wrażliwy i mądry jest ktoś, rozwinięty w swej mądrości, w wiedzy, w duchu (duszy) i kulturze, tym silniej to odczuje....
Jak to mówisz, "prosty" nie zorientuje się nawet, co zrobił, i nie poczuje nic. Pewnie dlatego, może tak łatwo mu przychodzi "dziabnąć nożem", ukraść, zabić czy pobić dotkliwie.... za flaszkę czy dla zabawy, bo brak uczuciowości wyższej i brak "rozwiniętej" wrażliwości - ułatwi mu to bardzo....
Szczęście??? Dziś raczej każdy powie - przekleństwo.
Wolna wola, mądrość i świadomość - zobowiązują...
I człowiek więcej wtedy musi od siebie wymagać, właśnie od siebie - nie od innych - li tylko.
Obojętniejemy na przemoc, chamstwo i .... niestosowność
Często, nawet przy dzieciach wypowiadamy taki slogan, bo nie prawdę przecież "ta sytuacja, zmiana..to postępowanie, nosi znamiona tych czasów". Czy też - "Tak... musi być, musiało się stać"
Hulaj dusza, piekła nie ma, jakby to powiedzieli nasi przodkowie z XVI i XVII wieku.
Znamiona... czasu... ?????
Toż to tak, jakby to czas zmieniał i kształtował ludzi, a nie my - świadomie, wrażliwie oraz mądrze - ten czas, tę przyszłość i teraźniejszość...
Obojętniejemy - bowiem powoli - na to, co serwuje nam telewizja i inne media - zwłaszcza wszechobecny o każdej porze dnia i nocy - w naszych domach... pokojach, sypialniach - Internet, i jego "krwawe" lub obsceniczne newsy, pseudo-prawdy, chłoną nasze dzieci. I - obrastają "grubą skórą" zaraz po tym, lub po prostu uodparniają się na face'y celebrytów, ich postępowanie, ich Twitty, ich poziom przygotowania czy wiedzy, merytorykę czy emocjonalność tych przekazów.... Na głosy czy wypowiedzi "osób istotnych" w państwie, w kraju, w polityce... których nigdy w życiu (ja), nie nazwałabym ważnymi... a jedynie twarzami "z pierwszych stron gazet i dzienników".
I tak trwają w osłupieniu.... pytając "mamo, czy to tak jest... jak on/ona mówi, bo mnie się wydaje... bo ja myślę, bo mnie to oburza...."
A ja, dziękuję Panu, że coś je zastanawia, oburza, że mają - coraz częściej - własne zdanie, że pytają i analizują, odnosząc się do zakłamanej i pragmatycznej rzeczywistości. Że są dobrze zaimpregnowane oraz wrażliwe na relatywizm norm i wartości. Na blicht i blask miedziaków, i srebrników. To, czym starają się połechtać próżność, zdobyć i kupić świat ... oraz czułe, spragnione, wrażliwe i poszukujące, pytające "dokąd?" umysły młodych "reklamożerców" oraz zjadaczy powszechnego chleba....
Zalew utopii.
Totalnej, żałosnej pustomowy i kreacjonizmu złego stylu.... niskiej wrażliwości.
Głupoty i braku refleksji, uważności na drugą osobę. Jest coraz bardziej powszechne i dotkliwsze, spłyca, zobojętnia, nie skłaniając ani do myślenia, ani do analizowania tego jak i dlaczego właśnie w ten sposób się postępuje. Nie skłania do wyciągania wniosków - uczenia się, zmiany postępowania... Powroty na drogę dobrą i lepszą, nawet, gdy popełni się błąd. Nie uczy się skruchy, odczuwania żalu czy współczucia - nie, bo po co??? czuć coś - to teraz znaczy: "Być słabym...". I tak, za naszym przyzwoleniem i po części - zgodną, mami się tym "blichtem" młodych.
Bo tak właśnie, tak się traci - i zmysły, i rozum, i ... wrażliwość oraz godność ludzką, i uczucia wyższe. I wolność wyboru, i samodzielność w myśleniu - potem.
A przecież dzieci, odpowiedzialność za nie - to i odpowiedzialność za nasz los. Wspólny...
A tu???? I szybko, i przy "całkowitym znieczuleniu", znieczuleniu ogólnym relatywizacją wartości: prawdy, dobra, piękna, człowieczeństwa. Przy działaniach utożsamiających - jak "w komedii pomyłek": wolność i humanitaryzm nazwane i zastąpione wyuzdaną swobodą, luzem i dowolnym, przypadkowym "doborem mniej-bardziej" naturalnym. Pragnienie - skłania nie do powiedzenia "stop": rozpoznam, zaczekam... nauczę się, tylko do zaspokojenia "teraz, na raz, i zaraz, od razu, już, natychmiast". Chcę - mam...
A co otrzymamy - pewnie jakiś spontaniczno - naturalistycznym, żart... z wolności, lekcję bałwochwalstwa i przygody, rozluźnienia obyczajowego i uderzenie w rodzinę!!!
Prawdziwy "Żart Z Życia", chciałoby się rzec.
Na takie żarty, powoli, skrupulatnie i sami, skazujemy nasze dzieci. Nie zaprzeczając otaczającemu światu, godząc się na "papkę medialną" i akceptując pokornie ustawianie naszego życia przez "cudze ręce" i "niby-główki", częściej - liczące tylko "pół-główki"....
A tu, obok, w domu - naszym domu, w naszej szkole, wśród naszych znajomych, w rodzinach - nasze, nasze dzieci - wodzące szeroko otwartymi oczami dookoła, i pytające " O CO TU W OGÓLE CHODZI....".
Hulaj dusza, piekła nie ma, jakby to powiedzieli nasi przodkowie z XVI i XVII wieku.
Znamiona... czasu... ?????
Toż to tak, jakby to czas zmieniał i kształtował ludzi, a nie my - świadomie, wrażliwie oraz mądrze - ten czas, tę przyszłość i teraźniejszość...
Obojętniejemy - bowiem powoli - na to, co serwuje nam telewizja i inne media - zwłaszcza wszechobecny o każdej porze dnia i nocy - w naszych domach... pokojach, sypialniach - Internet, i jego "krwawe" lub obsceniczne newsy, pseudo-prawdy, chłoną nasze dzieci. I - obrastają "grubą skórą" zaraz po tym, lub po prostu uodparniają się na face'y celebrytów, ich postępowanie, ich Twitty, ich poziom przygotowania czy wiedzy, merytorykę czy emocjonalność tych przekazów.... Na głosy czy wypowiedzi "osób istotnych" w państwie, w kraju, w polityce... których nigdy w życiu (ja), nie nazwałabym ważnymi... a jedynie twarzami "z pierwszych stron gazet i dzienników".
I tak trwają w osłupieniu.... pytając "mamo, czy to tak jest... jak on/ona mówi, bo mnie się wydaje... bo ja myślę, bo mnie to oburza...."
A ja, dziękuję Panu, że coś je zastanawia, oburza, że mają - coraz częściej - własne zdanie, że pytają i analizują, odnosząc się do zakłamanej i pragmatycznej rzeczywistości. Że są dobrze zaimpregnowane oraz wrażliwe na relatywizm norm i wartości. Na blicht i blask miedziaków, i srebrników. To, czym starają się połechtać próżność, zdobyć i kupić świat ... oraz czułe, spragnione, wrażliwe i poszukujące, pytające "dokąd?" umysły młodych "reklamożerców" oraz zjadaczy powszechnego chleba....
Zalew utopii.
Totalnej, żałosnej pustomowy i kreacjonizmu złego stylu.... niskiej wrażliwości.
Głupoty i braku refleksji, uważności na drugą osobę. Jest coraz bardziej powszechne i dotkliwsze, spłyca, zobojętnia, nie skłaniając ani do myślenia, ani do analizowania tego jak i dlaczego właśnie w ten sposób się postępuje. Nie skłania do wyciągania wniosków - uczenia się, zmiany postępowania... Powroty na drogę dobrą i lepszą, nawet, gdy popełni się błąd. Nie uczy się skruchy, odczuwania żalu czy współczucia - nie, bo po co??? czuć coś - to teraz znaczy: "Być słabym...". I tak, za naszym przyzwoleniem i po części - zgodną, mami się tym "blichtem" młodych.
Bo tak właśnie, tak się traci - i zmysły, i rozum, i ... wrażliwość oraz godność ludzką, i uczucia wyższe. I wolność wyboru, i samodzielność w myśleniu - potem.
A przecież dzieci, odpowiedzialność za nie - to i odpowiedzialność za nasz los. Wspólny...
A tu???? I szybko, i przy "całkowitym znieczuleniu", znieczuleniu ogólnym relatywizacją wartości: prawdy, dobra, piękna, człowieczeństwa. Przy działaniach utożsamiających - jak "w komedii pomyłek": wolność i humanitaryzm nazwane i zastąpione wyuzdaną swobodą, luzem i dowolnym, przypadkowym "doborem mniej-bardziej" naturalnym. Pragnienie - skłania nie do powiedzenia "stop": rozpoznam, zaczekam... nauczę się, tylko do zaspokojenia "teraz, na raz, i zaraz, od razu, już, natychmiast". Chcę - mam...
A co otrzymamy - pewnie jakiś spontaniczno - naturalistycznym, żart... z wolności, lekcję bałwochwalstwa i przygody, rozluźnienia obyczajowego i uderzenie w rodzinę!!!
Prawdziwy "Żart Z Życia", chciałoby się rzec.
Na takie żarty, powoli, skrupulatnie i sami, skazujemy nasze dzieci. Nie zaprzeczając otaczającemu światu, godząc się na "papkę medialną" i akceptując pokornie ustawianie naszego życia przez "cudze ręce" i "niby-główki", częściej - liczące tylko "pół-główki"....
A tu, obok, w domu - naszym domu, w naszej szkole, wśród naszych znajomych, w rodzinach - nasze, nasze dzieci - wodzące szeroko otwartymi oczami dookoła, i pytające " O CO TU W OGÓLE CHODZI....".
Subskrybuj:
Posty (Atom)