sobota, 12 grudnia 2020

Nie bagatelizuj śmierci i cierpienia

 

Nie zgadzam się na takie traktowanie ludzkiego cierpienia - życia i śmierci. 

Na oskarżenia o oszustwo i zmowę... Na mówienie o  manipulowaniu ludzi - człowieczych sumień, serc i umysłów...

Pułapce w jaki wpada nasze poznanie - wytwarzanie dysonansu poznawczego. Wzajemnego poznawania, swoich możliowści i ograniczeń.

Już tak wiele robi się zamieszania wokół tematu odchodzenia. śmierci, cierpienia czy nieodległej tak - eutanazji... Tylu małych jestestw się wypierają ludzie nazywając je "problemem" czy "trudnością"... 

Stąpamy po cienkiej linii wrażliwości - bo umierający to czyjaś mama, brat, siostra, córka czy syn... ma i miał swój świat, bliskich i historię. Dziecko też, każde z dzieci...

We wtorkowym (przed 10.09.2020) kazaniu naszego moderatora, księdza - podczas mszy wspólnotowej - urodziło to mi się. To była właśnie dla mnie, przelana "czarka goryczy", wylew żółci... 

Zaprzeczanie najpierw na ulicach a potem tu... W kościele. Zaprzeczenie elementowi życia - życiu w chorobie, w bólu i w nagłej zapaści, a potem też - bolesnemu odchodzeniu - to boli mnie. To wszystko też - pogrążyło mnie w oburzeniu, w wewnętrznej złości i walce o spokojny oddech i uciszenie serca kołaczącego, wyskakującego z piersi... Z zaskoczenia zrodziła się fala rozczarowania i smutku, wściekłości... i bezsilności. 

Nikt mnie nie usłyszał, bo milczałam. Słów księdza - wszyscy!!!

Zwłaszcza, że ta wypowiedź zakończyła się brawami w kościele (sic.. !) !!! 



Niewiarygodne dla mnie, szokujące, osłabiające moje zaufanie. Do jego osoby, do instytucji, do zgromadzenia i do... wszystkich tam zgromadzonych.

W domu - musiałam się wypłakać na ramię męża, wygadać. Wykrzyczeć tę bezsilność i żal. Ten ból wylać przed nim...  Kładłam się spać, myśląc o tych wszystkich ludziach, tych ofiarach pandemii - pacjentach, ich rodzinach ale i lekarzach, osobach jakie osierocili, odchodząc. Oddawali i nadal licznie oddają swą wiedzę i umiejętności, podczas całej, blisko już półrocznej walki z "nieznanym wrogiem". Odmawiając modlitwę o spokój ich duszy, zasypiałam... 

O niebo dla nich. Niezawinione śmierci. Odejścia bez sensu i nie na czas. 

A co??? A wszystko to tylko wymysł, oraz uporczywe trzymanie się życia, walka i wysiłek lekarzy - i nie powiodło się. Wszyscy powinniśmy się do nieba spieszyć... taka była konkluzja - być już tam... No to dalej, hajda - zarażajmy się bez względu na uczucie, wiarę i na rozsądek, i mądrość, i wiedzę medyczną. 

Boli szczególnie, gdy pomyślę, ile lekarzy i pielęgniarek odeszło - walcząc i - także chorując na Covid-19. Już ich tu - nie ma...

Nie mieści mi się w sercu i głowie podważanie tego faktu, brnięcie w butną negację - słowa wypowiedziane z ambony w kościele, którego nie uważam przecież za średniowieczny... za zbyt głupi czy mało wrażliwy?.

A jednak. Stało się. Usłyszałam i przeżyłam to, czego nie powinnam była. Czego moja wrażliwość nie uniosła. 

I źle mi z taką narracją, źle bardzo...    

poniedziałek, 23 listopada 2020

Wysilanie się...

Wysilamy się bo musimy, a nie - bo chcemy...

Czasem mówi się "chcieć to móc", lecz niewielu chciałoby to połączyć: wysiłek i wolę realizacji. Determinację. W imię czego? Dla kogo niby miałoby to się "zadziać", na jak długo starczy nam zapału i sił?
Oczywiście gdy to jest ktoś bliski naszemu sercu, gdy go znamy i wtedy przychodzi nam go dopingować czy - obdarzać - takim trudem, poświęceniem, taką pracą. 
Własnym wysiłkiem ale i, z troską, podkreślać swoje i jego zasługi (jego - jako pokornego i posłusznego biorcy...).
Wtedy wysilanie się, przychodzi nam łatwiej...
Jednak warto zdać sobie sprawę, że gdyby nie przymus czy sytuacja, czasem dług wdzięczności - nigdy nie zdecydowalibyśmy sami o tym wysiłku.

Przychodzi nam przekroczyć siebie. 
Swoje ograniczenia, chaos organizacyjny, czasem lenistwo czy brak dyscypliny. 
Zwykłe odkładanie prac na potem, zajmowanie się tzw. byle czym - jakie przynosi nam radość, swobodę i daje rozrywkę...

Z czym się kojarzy wysilanie się??? Wysiłek...

A no z pracą, z zadaniem i terminem. 
Z czymś co występuje dodatkowo - ponad wymiarowo. Już chcielibyśmy wrócić do domu, pożegnać codzienne obowiązki - biuro czy szkołę... 
A tu nagle - wysiłek, praca, trud i zwykle, towarzyszący temu dodatkowy czas, ten: zaplanowany i ograniczony, poświęcony z już posiadanego przecież małego zasobu - mój czas.

Ale my tego przecież się uczymy, bo mój czas także należy do innych, ma tę specyfikę, zazębia się i spotyka w "ludzkim spotkaniu" ale też gdy wspólnie "spędzam go z innymi", podczas wypoczynku czy wyjazdu chętnie go razem "trawimy, marnujemy czy przegadujemy". Pływamy, czytamy, siedzimy i po prostu - przegadujemy go czy śmiejemy się wtedy razem, czując że ciało i umysł się relaksują i chwytają balans...

Więc czemu mamy taki opór gdy połączymy go (musimy...) z wysiłkiem i pracą. Gdy okazuje się darowany ale też i - pozornie tracony, bezproduktywnie odebrany nam. I jeszcze - bez gratyfikacji, zadośćuczynienia. 
Za "Bóg zapłać" czy jałowe i drobne "dziękuję ci". 
Gdy wymaga tego sprawa... Gdy już to komuś obiecaliśmy...




Bo??? Bo...
Bo tego wymaga. 
Bo potrzeba tej naszej zgody, naszego "tak". 


Bo dojrzałość i odpowiedzialność kształtuje w nas przekonanie, że warto - bo bez wysiłku, coś wydaje się takie mało ważne, miałkie... Osiągnięte zbyt łatwo i szybko, tanie - tanie...
Bo ona rodzi systematyczność, gotowość i kształtuje charakter człowieka. 

Wreszcie - wymaga żelaznej dyscypliny, punktualności i zaplanowania dnia i życia. 

Czy teraz możemy nadal twierdzić, że wysiłek nie ma sensu. Że go nie warto czynić, że to tylko zewnętrzny lub wewnętrzny - wykształcony w nas przez rodziców lub społeczeństwo - przymus i nakaz??? Że tylko ten fakt czyni nas do niego zdolnymi? 
Ależ ma znaczenie i ma wartość...

To, że nie wiąże się z nim korzyść ani zysk... 

Ale i to, że jest immanentnie wpisany w życie, choć ten przymus - będziemy odczuwali i przeżywali zawsze. Lecz może właśnie przez ten fakt i dla niego - warto. 

Bo bo życie nie składa się z samych tylko przyjemności i zabawy, z taniej rozrywki i mało ważnej wiedzy. 

Czasem właśnie to przeżywane "trzeba" lub "muszę wstać i iść" - czyni z nas prawdziwych - kobietę lub mężczyznę, matkę czy ojca. Człowieka... Ludzi....

środa, 11 listopada 2020

Kochać mimo wszystko, lecz pamiętać

W czerwcu i maju, było trudniej... Było mniej optymistycznie. Może i niewiele się zmieniło z kontekstu, ale wczorajsze - niedzielne słowa o wybaczeniu, ruszyły moją twardą skibę. Przeorały, do uśmiechu, a wreszcie - nie - do łez. Nie do wyrzutów li tylko, a do konstruowania "pozytywnych odniesień". Nie do tego, co automatyczne, szybkie - często bezsensowne. Ale do podniesienia standardów i wymagań co do siebie: to nie jest łatwe, ale wiem, że od czasu - do czasu właśnie w nas, w każdym z nas i we mnie, przynosił dobry, słodki owoc, a nie cierpką malinę...


Stąd inne słowo, inny wydźwięk i zakończenie poprzedniego wpisu z optymizmem, wezwaniem do mojej niezwykle złożonej relacji z siostrą, po blisko 10 latach odrzucenia (z jej strony przecież) bliskich - córki, mnie, mojego męża i dzieci, kolejno innych osób. Znajomych. Członków dalszej rodziny. Jej uzależnienia - od czyjejś siły manipulacji. 
Uwikłania... bo jak to nazwać: przestrojenia mózgu na inną stronę, gorszą, pełną zła - na tych dziwnych innych "ludzi - nie ludzi". 
Na Mariusska... Mariusska znad morza.


Urszula, chcę żebyś i ty wiedziała o tym, że twoje kłopoty, ze zdrowiem, z szaleństwem w oczach, atakiem na mnie, wiele razy - nienawiścią, groźbami - które ty mienisz "swoją prawdą", są jakimś faktycznym kawałkiem twojego świata. 
Nie nazwę go chorym, bo każdy ma "do swego", prawo...
Ale też w swoim zagubieniu, smutku i złości, negacji i nienawiści - tworzy i buduje swój osobisty czas... 


  
Ale mimo wszystko, chcę byś wiedziała.
Próbowała zrozumieć i siebie, i mnie. 

Byś pamiętała. Wracała wspomnieniami do młodości. 

Do tych czasów gdy, było między nami dwiema i resztą twojej rzeczywistości prawdziwie!!! Gdzie Samarytaninem i obrońcą byłaś raz ty, a raz dla ciebie ja, lub szwagier czy nasz brat. Nasz, 
a nie tylko "twój" Ojciec.
Do czasu radości i otwartego serca - gdy nigdy dość, uśmiechu na twarzy - także!!!
O tym wszyskim przypomnij sobie i pamiętaj...! Gdy ja ci wybaczam, wybaczaj tak po prostu. To nie boli, a przeciwnie - daje ogromną siłę!!!

Nie musimy rzucić się sobie na szyję, fałszywie składać pocałunku na ustach... 



Nie musimy... Już nie...

Wystarczy dostrzec człowieka, dać sobie i jemu prawo do popełniania błędów. Nie tylko, widzieć w nim samo zło, szarość czy złą wolę. Ty chcesz mnie wciągnąć w swój odbiór rzeczywistości i interpretację świata oraz spojrzenie na ludzi. Ja - przeciwnie, widze co tylko chcę, czyste i samo ludzkie dobro, nadzieję, uśmiech i pootencjał...
  
Szarość, marność - obiekt oskarżeń, szkalowania, sporej krytyki - to nie moja domena. Jestem poza tym i ponad to, co upatrujesz w ludziach.

Moc daje nam przecież to, co dobre... I jeśli dobro pielęgnujemy w sobie, wykrzeszemy je - w wyniku trudnej pracy i wytworzymy dobrą relację, jesteśmy dobrzy i stajemy się dobrzy i my, i nasza praca, i rozmowa z nami. 
Wtedy wygramy batalię... 

I uwaga do innych, co w trudnej relacji zbyt długo żyją: kiedy tak, kiedy w ten sposób - popracujemy nas relacjami z innymi, nad ludzkimi relacjami, będzie nam się żyło - z czasem - dużo lżej i lepiej, pełniej, aktywniej, radośniej i bardziej komfortowo... 
Damy też oparcie innym, bo się tego po prostu nauczymy. Innym bliskim nam ludziom, przyjaciołom i rodzinie. Przekazujac innym czułe gesty, słowo budujące - dobry przykład, podając rękę, udzialając pomocy i wsparcia -  i dzieląc się dobrem i mądrością, stajemy się jakąś siła i żyjemy dla swoistego przekazu - zgodnie z zasadą i zaleceniem: "życie jest zadaniem i 'zadane' nam". 

Nauka. Życie w swej doskonałości. 
Prawdziwy dar... 
Rodzaj płomyka, światła i nadziei. 
Że można, że warto, że to jest "dobra droga". Jedyna godna naśladownia...

Nie robią nic z tematem, nie pracując nad nim, nie wkładając wysiłku - całe życie tylko stoimy w miejscu, zawadzając innym na drodze - jak kamienie. Jak ostre skały... Panieńskie. 
Jak jakiś głaz, zimny i omszały.
 
Prawda, siostra - pobudka!!! Taką cię chcę pamiętać, taką tylko znać. I w dobrym cię odnaleźć.

czwartek, 22 października 2020

Zagubić się

Zagubić się...

Zatracić w czymś...

I oddać się czemuś - jakiejś pasji. Co rusz przeżywamy fascynacje. A tak, a i owszem - taka współczesna moda. Zarażają nas inni ludzie, przyjaciele, autorytety, celebryci. Media, social blogerzy, wszelkie aktywne osoby, sportowcy, zwycięzcy. Ci, co ze swoimi słabościami lub lenistwem wygrali... Co to nam imponują, budzą podziw bądź respekt...

A przecież tu mowa o naszych odlotowych i oryginalnych zainteresowaniach. Odkryciach. Tym co nas napędza. Tym, co wreszcie - wyróżnia. Świadczy o naszej niepowtarzalności, budzi ciekawość innych lub chociaż spojrzenie pełne zainteresowania.

Mówiąc o poszukiwaniach i pasji należy wspomnieć o ciekawości poznawczej... O budzeniu zainteresowań jako takich, podpowiadaniu ich, zachęcie - o rzucaniu na głęboką wodę młodego człowieka, aby doświadczał i mierzył się z wyzwaniami...  

Nie musimy się reklamować, sami stajemy się świadectwem i reklamą, ilustracją naszej pasji. Jej barwną stroną - nie zaś dodatkiem, a czymś fundamentalnym i rozwojowym: ze swoistą bazą, z podstawą...

Szczerze zachęcam do odkrywania pasji, takiej na kawałek życia, a może nawet całe??? Literatura, rysunek, ceramika czy haft, muzyka i śpiew, robótki ręczne czy praca w drewnie... Motocykle, motoryzacja czy żeglarstwo, cross czy kulinaria... Zwierzaki...

To coś, co czyni nas jedynymi, niepowtarzalnymi i wyjątkowymi, budzi podziw, a czasem zawiść... Co nas wyróżnia w tłumie takich samych i równie podobnych przecież, poszukujących istot. Istot w drodze... 




piątek, 9 października 2020

Samotność jest gorsza...

Szukamy czegoś najbardziej dramatycznego, trudnego... gorszego. 

U ludzi starszych, to poszukiwanie scenariusza na życie jest już proste, do wyboru - spośród kilku - kilkudziesięciu dostępnych. Ale u młodzieży, u ludzi młodych jeszcze - 25-35 latków... Co tak naprawdę nas wyhamowuje, co boli i doskwiera. Co blokuje "rozwój" młodego człowieka. Co jest tak niemożliwego do przeżycia i samodzielnego ogarnięcia, poukładania dla młodego człowieka, ale też dla każdego z nas - dorosłych, rodziców. Dla głowy rodziny, połowy rodzaju ludzkiego.

Zwłaszcza przyjrzyjmy się współczesnemu, wszechogarniającemu nas zamieszaniu: wrzuceni w nowe miejsce, nową rzeczywistość. Tę nie do końca chcianą... Pogubieni, oddaleni od rodzin i korzeni. Od domu... 

Gdzieś na wyjeździe i na emigracji - oddalając się od wszystkiego co znamy, od najbliższych - domu i rodziny - otrzymujemy tę samotność i pustkę interpersonalną - powszednią, jak chleb... 

Młodzi... Czym żyją, co czują. Czy wiecie, słuchacie ich??? Zadajecie im pytania - po to, by dowiedzieć się - by słuchać, czy - aby samo pytanie zadać i by zabrzmiał wasz głos???

Czy teraz wreszcie wiedzą, co tak naprawdę wybrali? 

Na co się zdecydowali? Czym zaryzykowali?

Niepojęte, niezbadane...

Po dzieciach i po uczniach widzę, że najtrudniej przeżywają samotność. Są jak urwane z wierzchołka rośliny pączki róży... Nie tylko nie rozkwitną w pełni, nie zamienią się w kwiat jakim mogliby być, cieszyć oko, gdzieś na macierzystej, dobrej glebie... Nawet teraz będą karleć w swojej postaci... 

Długo i ciężko jest się tak zebrać w sobie, mogąc liczyć w zasadzie tylko na kilka bliskich osób. Co z porzuconymi. Co z dziećmi emigrantów - zagubionymi czy zgubionymi fizycznie w tym świecie??? Co powiemy, patrząc i łapiąc kątem oka ich bezradne i ufne spojrzenie. Warząc  dobrze słowa - czy wyciągniemy w ich stronę dłonie, skore do pomocy.


 

Samotność jest zła. Samotność osoby starszej. Samotność odchodzenia. Samotność oddanego czy osieroconego dziecka.  Samotność skazańca w sali  - czy celi śmierci. Samotność niezrozumienia - odrzuconego ojca, chorej czy niezrównoważonej matki. 

Ona jest najgorszym kawałkiem czasu, i jest też dla człowieka najgorsza. 

Rzadko się zmienia...

To odczucie lub poczucie kolejnego opuszczenia...

Kolejnego zawodu, jaki ciągle towarzyszy w życiu. Jak cierń kaleczy stopy... Igła w bucie, kolec róży w niej przypadkowo zagłębiony... Powstrzymuje przed biegiem, przed prawdziwym pościgiem - za swoimi marzeniami.

środa, 22 kwietnia 2020

Miłość w czasie zarazy ;((

Blogowanie w ogóle jest kłopotliwe i trudne. 
Odsłania. 
Gdy nieczytane, nie wiadomo w jakim kierunku zmierza. 
Pytasz - i nie wiesz nic....
Myślisz, oddalasz się w siebie coraz bardziej.

Czy pomaga, i komu.. Mnie??? Chyba najbardziej...
Czy następuje jakaś selekcja - wybór: komu, szukanie adresata i odbiorcy - i o czym. Gdzie i po co??? Jak go pisać i tworzyć - czyli jak często i jak mocno czy głęboko dotykać i wnikać w człowieka... Czy poruszać jakiś jeden wątek czy pisać o tym, wszystkim teraz, w czasie tzw. zarazy i tzw. "narodowej kwarantanny". 

Zobaczymy...
Okaże się "w praniu".

Na pewno przychodzi mi dotykać ludzkich zasobów. Bo stąd temat dzielenia się... Wykorzystywanie miękkich i twardych umiejętności w pracy z ludźmi, rozmowie i byciu z nimi. Tych zapomnianych, na jakie człowiek zaświadczenia posiadł i schował, może posiada gdzieś na ścianie czy leżą w szufladzie, i te umiejętności jakimi dysponuje na co dzień - i nosi je w sobie. Piszę o zgromadzonych i pulsujących sprawach, doświadczeniach i ludzkich losach zapisanych w moim sercu, w rozumie i głowie... 

O tym wszystkim dobrym - co mamy i czego nie posiadamy na własność, że warto oddać innym i światu to, co do nas nie należy - ale też nazwać, czym to wszystko jest...
 
Czas, i swoje zacne plany, to co mamy - nasze uzdolnienia i usposobienie całe można spożytkować dla innych, i o tych wątpliwościach warto wspomnieć... gdy pytamy sami siebie czy warto w tym przypadku... 

Ale też o czasie pandemii gdy go przeżywamy w izolacji - dlaczego tu, razem my wszyscy - co ma nam dać ten czas...

Bo może drugiemu człowiekowi jest on bardziej potrzebny, może on się mu przyda. Jest wybawieniem lub umocnieniem, i nie wiem, czy z tego wszystkiego nie urodzi się coś jeszcze. 
Jedni piszą drugim, chcą być z kimś w lepszej i pełniejszej relacji - rozmawiając szczerze - tworząc jakiś wielki, wspólnotowy, ogólnoludzki blog.



O zimnej relacji i dziwnej miłości, depresyjne dziecko

Dziecko w rozpaczy... Dziecko po rozstaniu rodziców... Mówi, komunikuje nam inaczej... Oczywiście - mówi o pretensji do ojca, no bo jak tu otwarcie powiedzieć mamie "pozwoliłaś na to, by odszedł". I jeszcze: "To pewnie przez ciebie go nie mam na wyłączność"... 

Dzieciom trudno to zrozumieć - a nam, rodzicom - nie idzie tak łatwo im to wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć... Powiedzieć szczerze i prawdę, jak pomiędzy dorosłymi było, do czego dochodziło - jak się czuła mama, a jak jest. 

Jak jest teraz... I że "tak jest mi dobrze"... I przyznać się, że nie żałuję, że jestem zadowolona.




Najważniejsze jest przyzwyczajenie się, a potem - zaakceptowanie tego, jak jest. Jak być może - warto ustalać na bieżąco bo dla 12-latka to dynamiczna sytuacja. Najgorsza dla dziecka jest ta "podwójność", dwa domy - ten jeden z przeszłości i drugi aktualny, odbudowywany czy tworzony z nową osobą. I dziecko - w tym tkwi, w tym co było. A przecież już jest teraźniejszość, inny świat i rzeczywistość inna - w was, w rodzinie - niezależne życie byłych małżonków w dwóch domach, dwóch rzeczywistościach. Dla dziecka, to wciąż niepoukładane, z szansą na zmianę - czyli powrót...  Ale wy - rodzice - wiecie swoje. 

Macie każdy swój świat - i jeden wspólny - "stary dom" i "pierwsze dziecko".

Obwinianie, choć jest tylko etapem w rozstawaniu, u niego trwa... i faluje. Te pretensje czy zarzuty, proszę się tak przyglądnąć - bez nadmiarowej reakcji na to, kryją większą głębinę i gęstwinę emocji, niepokoju, braku pewności siebie i obaw.

Do tego dochodzi rzeczywistość szkolna. Często w tej sytuacji - gdy dziecko w klasie nie ma prawdziwego przyjaciela, grupy, akceptacji na to - jakim jest i z czym przychodzi. Na to co ma, kim jest... 

Do tego dochodzi rzeczywistość koronawirusa. 

Teraz w tej izolacji - też może być znacznie utrudnione nasze życie (samo bycie ze sobą). Choć pozornie - to najbardziej lubimy, z dzieckiem jakie nam pozostało. To teraz, mamy jej dość. Choćby nie wiem, jaka ta miłość była. 

Jeszcze jedno, co mówię zawsze w takiej sytuacji: dziecko uderza ze swoimi emocjami, z odreagowaniem w tego, kogo ma najbliżej. Polecam do przeczytania taką szaloną i mądrą - choć amerykańską propozycję: "Ratunku. Moje dziecko jest kosmitą..." - czyli książeczkę o dorastaniu - o nastolatku... Przyda się. U nastolatka z tym jego światem emocji i ich odczytywaniem oraz wyrażaniem - jest właśnie taki kosmos...

Wtedy sprawdza się teoria, że dziecko - jest młodym ptakiem, tak w zasadzie. I że ma taką właśnie zaborczość, a i czasem - walkę o wyłączność w gnieździe, o pokarm i opiekę - w sobie. A potem, już w świecie - tzw. chorobliwą terytorialność...  

poniedziałek, 16 marca 2020

O ryzyku depresji

Życie i pierwsze relacje czyli cała prawda o początkach ludzkich więzi... 

Skąd depresje i samobójstwa?

#Co zrobić, by uchronić dziecko depresją?

Jak je wychowywać, ażeby było szczęśliwe, dobre i pogodne. By rosło na dobrego człowieka i było pewne siebie? Tak normalnie, a nie chorobliwie - by uwierzyło we własne siły i własne zasoby. I aby być pewnym (pewnymi tego rodzicami), że działamy, funkcjonujemy dla dobra dziecka i jesteśmy pozytywni. Wszystko zaczyna się od pierwszych dni naszego życia. 

Urodzeni - i co potem, a nawet zadajmy sobie pytanie "kto przy nas - potem". Fundamentalna jest nasza więź z głównym opiekunem, jaki jest naszą bazą - najczęściej jest nim matka.



Baza...
Dla niemowlęcia model jego przywiązania do matki ma olbrzymi wpływ na organizację neuronalną, a potem to on (ten model), w dużym stopniu decyduje o postrzeganiu zewnętrznej rzeczywistości: o jego stosunku do świata zewnętrznego, o relacjach z innymi ludźmi, o naszym rozwoju społecznym i poznawczym, powodzeniu szkolnym i wreszcie - o adekwatnej samoocenie. 

Dziecko pozbawione tej stałej, przewidywalnej opieki ma pierwsze symptomy depresji już w pierwszym tygodniu życia.

Zaskoczeni??? To niestety, prawda. 
Deprywacja przynosi nie tylko pierwsze symptomy w kolejnych tygodniach życia, ale jej sygnały nie mijają tak łatwo i szybko, jakbyśmy tego pragnęli. 

Jednym z bardzo ważnych doświadczeń początkowych, jest drobna ale codzienna - powszechna z pozoru sytuacja, kiedy dziecko karmione piersią patrzy na matkę i nawiązuje z nią kontakt wzrokowy – np. uśmiecha się, czeka na jej reakcję, gaworzy, dotyka, ściska czy podszczypuje... Pragnie jej tylko dla siebie. Ma do tego prawo... Tego się spodziewa.
W tym nawiązywaniu kontaktu wzrokowego my sami mamy do czynienia z pierwotną stymulacją i z budowaniem się wzorców kontaktu, jesteśmy świadkami tworzenia się #"neuronów lustrzanych", tak ważnych dla społecznego i emocjonalnego - prawidłowego rozwoju młodego człowieka...

Dlaczego ważny jest kontakt. 
Dlaczego jest ważne jego bogactwo i urozmaicanie wzorców???

Bo istotny jest poziom relacji - nie tylko samo karmienie piersią. Wszak wiele matek szybko przechodzi na butelkę, nie wracając nigdy do piersi. 
Ważne, żeby mimo wszystko - matka odpowiedziała spojrzeniem na spojrzenie, zareagowała, a nie - na przykład - patrzyła wtedy w telefon, rozmawiała, robiła inne rzeczy - obiad, pranie, była pochłonięta jakąś rozmową... Inną relacją...
Aby deprecjonowała potrzeby swojego potomka, ignorowała go. 
Wiele czynności jakie nas absorbują, powodują rwanie takiej więzi lub niebudowanie jej wcale, w życiu. Przez całe życie tak można, ale czy trzeba?

Zmiana osób opiekujących się dzieckiem i niski poziom bycia w relacji, powodują, że gubimy to "coś". 
Jedynie czynności opiekuńcze - karmić, prać, zmieniać pieluchy, kąpać i wietrzyć - nie wystarczają. Nie zapewniają dobrego i prawidłowego rozwoju emocjonalnego - nie ofiarowują tego, co zdrowe i mądre, pełne równowagi. Wreszcie tego, co niezbędne na co dzień i konieczne dla właściwego wzrostu dziecka.

Zakończę ten wstęp do zjawiska "depresji u dzieci i młodzieży" - czyimś mądrym i pięknym zdaniem. Takim zdaniem, jakie oddaje sens pierwszych kontaktów z człowiekiem, z osobą ważną.
Zaproponuję takie znalezione zdanie specjalisty... 

A propos jednej z ostatnich przed kwarantanną lekcji wychowawczych z jedną z moich klas 7, gdy w dniu kobiet omawialiśmy nie tylko znane kobiety (tu o aktywność poprosiłam chłopców, w trakcie zajęć). I wymieniali, te postaci i nazwiska jakie kojarzą, jakie zapadają lub w toku życia zapadły im w pamięć - było też trzech naszych uczniów Ukraińców - i oni dorzucili kobiety dla nich ważne - polityków i naukowców - wymieniali zasługi i osiągnięcia tych pań. Wymienili też dziewczynkę, która odważyła się zawołać, jak ważna jest dla niej planeta - GretęThunberg. Potem przeszliśmy do zwyczajnych, towarzyszących nam od lat w życiu kobiet - zawodów jakie wykonują: pielęgniarek, przedszkolanek, położnych... jakim zawdzięczają swoje zdrowie i życie... wreszcie po naprowadzeniu na cel - nauczycielek. Kobiet wokół nich. 
Nikt nie powiedział o mamie, a jedna osoba tylko - przez pomyłkę o wychowawczyni, bo nieobecna, bo chora... Bo jej nie ma długo. Ot - tak się jakoś wyrwało jej to sensowne pytanie i odpowiedź jednoczesna.

Te mądre słowa, o znaczeniu relacji, prawdziwej i głębokiej, wypowiedziała psychiatra, czynny terapeuta dziecięcy: 

„Opieka przedszkolna powinna być podobna do domowej – małe grupy, stali i niezmienni opiekunowie. To powinno być takie gniazdowanie”, powiedziała to - dr Jolanta Paruszkiewicz.

Czy można, czy powinno się w tej dobie, w czasie gdy tak liczne są zaburzenia - szczególnie zaburzenia depresyjne wśród młodzieży i dzieci, oraz inne choroby psychiczne. Gdy wzrasta wciąż ilość samobójstw wśród tej grupy, samotność i poczucie pustki, liczba samookaleczeń i prób samobójczych. 
Czy można nadal mieć wątpliwości, co do znaczenia więzi??? Tej pozytywnej i co do samej roli kobiety w życiu maleńkiego dziecka??? Chyba nie.

poniedziałek, 2 marca 2020

To jest życie...


Takie jest życie. 
To ono...

Ono boli... Tak ma być i tak jest.

Ludzie nie oszczędzają sobie razów, rugają drugiego z jakąś pasją, z zapałem - z przyjemnością lub czasem z satysfakcją. Chcą czasem zobaczyć drugą osobę na kolanach. Leżącą. Poranioną lub bez sił. 

Kiedy zmalała, skurczyła się. 
Upodloną i uległą... 

Poczucie bezradności drugiego - powoduje jakąś w nas przemianę. To, że my - czujemy się lepsi... mocniejsi, czasem też w poczuciu bezkarności - wielcy. Czasem mamy wrażenie żeśmy mądrzejsi. 
Umieszczamy siebie wyżej...
Chronimy tylko siebie...


Złudzenie, belka w oku... 

Tak szybko zapominamy, mocno odcinamy się od tego, czego nie potrafimy.
Umniejszając innym, negujemy to, co trudne i kłopotliwe... także w nas...

Co było problematyczne - i dla nas. 
Od życiowych niepowodzeń, do strat i ułomności. Od błędów do potknięć tylko. 
Od tej trudnej miłości, gdy wychowujemy "młodych"

A przecież czynimy to razem - lecz swoich decyzji i słów wolimy nie pamiętać.
Braków w nas i własnych błędów naszych - nigdy. 
Obarczamy nimi innych, cały świat. 

A potem - nasze własne dzieci. 
Niech one to uporządkują. Niech oczyszczą, niech za to, za nas - przeproszą... 

piątek, 28 lutego 2020

Entuzjazm dla wymagających - czyli co?

Być entuzjastą, czynić coś z radością i wewnętrznym ogniem...
Entuzjazmować się - przeżywać z radością i pasją...

Przychodzi nam się zmierzyć nie tylko z greckim słowem "entheos", ale i tym do jakiej miary je/go okrojono...
Entuzjasta w źródłosłowie - pochodzi od dwóch maleńkich "en" czyli z grecka - "w" oraz "theo(s)" czy z łaciny - "deo(s)" to nic innego jak bóg, czy Bóg... 

 
Z grubsza mamy kogoś zanurzonego, otoczonego Bogiem, w nim mającego źródło - radości, euforii i szczęścia. 
Przesiąkniętego Bogiem, jego miłością i prawdą - czy ktoś z was tak myśli gdy wymawia słowo "pasjonat" czy "entuzjasta" - mający pasję???
Słowo pasjonat równie oddaje ten moment wejścia w coś na całego, do końca, do granic... "Passio" - to nie dalej niż "pójście w miłości do końca", całkowite oddanie się ludziom i Bogu, czyli ten dar jaki Jezus nam ofiarował, dar z siebie, nie to, że zostało mu życie zabrane - lecz ta dobrowolna ofiara z siebie przybliża go do nas, do zwykłych ludzi.

To my stajemy się tymi obdarowanymi...

Koniec z teologicznym rozumieniem, lądujemy w ogródku rozwijania dokonań, pasji i zainteresowań, w kręgu motywacji i w jej zielonej pachnącej trawię będziemy się w trakcie trwającego już Wielkiego Postu zanurzać, ale by nie nużyć każdego z was... 

Niech każdy zastanowi się nad tym co jest u źródeł wykonywanych codziennie czynności, nie tych wyjątkowych. 
Co tam umieścił, co przeżywa gdy czyni coraz więcej i coraz lepiej...

Dziś nie pytam o cel i co przyświeca tej drodze...

Pytam o kosmos jakim jesteśmy, o nieuporządkowanie życiowej podróży nad którym czasem na moment warto się zatrzymać i powrócić... a to z nie linearnością czasu...
a to - z prawami i regułami fizyki, a to z astralną i astronomiczną wiedzą (obserwacją, wyczuciem). Zgłębiamy fizykę Newtonowską, choć warto poznać i tę "nie z tej Ziemi" - nieziemską, bardziej kwantową...
Bo w tych porcjach energii - bowiem - tkwi cała magia i zabawa... twoje całe życie. Od momentu stworzenia, poprzez moment połączenia, od urodzin aż do śmierci.
W twojej każdej komórce ciała, w sercu i wnętrznościach, w krwi i kościach, i w mózgu... W oddechu, w każdym poruszeniu - ducha...

Tajemnica???

A... tak. Wielka.
A nasza motywacja i nasz entuzjazm badacza i poszukiwacza rozwiązań i eksperymentatora. Co ma wspólnego z ciekawością??? Z wiarą???
Hmmm, on zasadza się na problemie nie naukowym, nie eksperymencie czy badaniach - lecz na zjawisku ogólnoludzkim, na relacji: jak spojrzeć na "nasze pasje, koniki i inne zajawki"... -
Jak znaleźć w sobie i naszym życiu czas - 

i co nas "zmusi" a co "zachęci", - jakich słów użyjemy my, czy nauczyciel czy autorytet, trener by doskonalić się, byśmy zaczęli uczyć się, szperać i pracować - bez ustanku, bez chwili straconej -

co powie nauczyciel, a jakich słów użyje matka...

Matka... jest tylko jedna...

Owoców i dzieci - wiele. Po całym świecie rozsianych... ziaren. I otchłań żadna ich nie pomieści, nie może pochłonąć, nie przejedna... Matka - inspiruje i pokazuje, bo kocha. Nie wyręcza - tylko wspiera, nie zastępuje i nie załatwia - a bacznie obserwuje twoją drogę, czasem też rozwojowo - palcem nie kiwnie...
Matka jest tylko jedna, choć są ich miliony.

Istota bycia matką, tkwi jak ziarenko maku czy rzeżuchy na ligninie... 

Nie znika, kiełkuje, rośnie. 
Tylko czasem wody, wody żywej - brak.