poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Sieci zastawiane na dziecko przez #media

Kiedy naszą pociechę zostawimy bez nadzoru przed telewizorem, świat ten się o niego upomni i zatroszczy... zmieniając jego mózg w szarą, chropowatą gąbkę, chłonącą wszystko - każdy komercyjny produkt, sugestię czy reklamę... Nadal śmieszy nas to, że nawet malutkie dzieci potrafią "odśpiewać czy wyrecytować" jakąś reklamę, zapowiadany produkt czy program... Popisujemy się tym jak nową i bezcenną umiejętnością.
W tym czasie wrażliwość i osobowość naszego dziecka kurczy się, zanika... Pozostaje ono poza więzią i poza relacją z drugim człowiekiem. Jego mały, młody mózg jest niemiłosiernie prany i bity...
Bez refleksji, wątpliwości...
Reszty zniszczenia dokonają gry, filmy i gadżety, jakie zalegają na półkach w dziecięcych pokojach. Zaprzestajemy czytania i opowiadania bajek przed snem naszemu dziecku, zamiast tulenia do snu i pozostawienia z pluszakiem do snu tuli go pozytywka lub kaseta/płyta z muzyką... Przestajemy razem śpiewać i śmiać się podczas wspólnie oglądanych filmów, oglądać zdjęcia wspominając "stare, dobre czasy", na urodziny rodzice z dziećmi spotykają się w wynajętej "sztucznej przestrzeni" w anikino lub innej bawialni - potem może w parku linowym czy podczas painballa...
Uspokajamy siebie i nasze sumienie że "ogarnęliśmy to i owo" i poukładaliśmy milusińskiemu dzień...

A tak naprawdę oddalamy się i to w tempie komety Halleya, od naszych marzeń, snów i wyobrażeń o byciu mamą i tatą, o byciu rodziną. A media zyskują nowy obiekt dla konsumpcjonizmu, będą kusić kolorowym światem atrap i obietnicami szczęścia, zadowolenia i spełnienia, kreować pragnienia "to, czego chcę, co sobie życzę"...
Taki scenariusz może się nie spełnić o ile urwiemy sporo czasu wolnego jego "zjadaczom", pochłaniaczom - komputerowi i odbiornikom telewizyjnym - jeśli spędzimy ze sobą i z bliskimi czas na podróżach, spacerach, rozmowach ale i milcząc - będziemy oglądać świat, słuchać go i podziwiać w jego prostocie i codziennych barwach... W słońcu i w deszczu....

#Rozwód i rozstanie

Prawdziwa miłość, dojrzała jest czymś głębszym niż tylko uczucie jakie żywimy do drugiej osoby. Ulotne, chwilowe, skore do zmiany lub do wygaśnięcia, do przeniesienia na kolejny obiekt.
Miłość ta sprawdzana jest jak stal przez kowala, poddawana obróbce - raz w gorącu ognia, kiedy indziej - lodowatej wodzie emocji. Jakiś totalny maniak kazał jej się zmienia i rozwijać - ale nie - wypalać i odchodzić...

Nawet po śmierci człowieka miłość może trwać i nie pogrzebie jej nikt, nie można jej zamknąć w trumnie z osobą...
Nie na darmo, święty Paweł napisał w 2.Liście do Koryntian o trwałych postawach i cnotach - nadziei, wierze i miłości: "... z nich zaś najmocniejsza i najtrwalsza jest miłość". A teraz właśnie taki Pawłowy jest czas w kalendarzu liturgicznym - wciąż czytania z Dziejów Apostolskich... Taki wierny "odzyskiwaniu formy" i poszukiwaniu nowego, głębszego siebie. Czas trudnych dowodów i braku kompromisów.
Ale życie ludzi, jest tylko realizacją tworzonych przez nich samych scenariuszy. Lepszych lub gorszych... Ich sumy lub ich różnicy...


Dziś rozmawiałam z kobietą, która po blisko pół roku zaczęła dopiero godzić się wewnętrzne ze swoim rozwodem, po 25 latach małżeństwa. Mówiła o tym jako o "nowej sytuacji do jakiej cały czas stara się przywyknąć". I o tym, że czuła się dziwnie gdy po 15 minutach rozprawy, gdy wszystko co było pomiędzy nimi, małżonkami - nagle (- i tu pstryknęła palcami), "ot, tak...", decyzją sądu i za porozumieniem stron - przestało być... "Zniknęło nasze 25 lat", bez szarpaniny... Bez krzyków... I bez świadków, jakich często małżonkowie ciągną za/ze sobą do sądów. Na szczęście też, obyło się bez ofiar - bez dzieci - bo ich nie mają razem...
Decyzją sądu zmienia się "rzeczywistość osób". Zmienia się życie, aktywność i dzień codzienny...

Poddaję się, bo nie wiem jak to można nazwać, gdy ludzie wkładają ręce do kieszeni - odchodząc, nie trzymają się już za dłonie - gdy żegnają się z tym, co było treścią ich codziennych dni właśnie "ot, tak".
Teraz już coś innego przyszło im realizować, ktoś inny, dzień za dniem - w głowie tylko inne jakieś "nic" lub/i pustka. Obawa przed kolejnym związkiem, człowiekiem lub też strach przed nowym niepowodzeniem i wejściem "na poważne" w nową znajomość. Jak przekreślić 25 lat bycia razem jedną decyzją???...

Nie wiem i nie umiałabym tego zrobić...
Mimo że dni w małżeństwie są różne, ale kiedyś dokonując takiej decyzji podtrzymujemy ją i potwierdzamy każdym następnym dniem, każdym działaniem.

W sądzie dzieją się sprawy różne, czasem też - przestają się dziać. Czasem głośno ludzie idą w swoim kierunku, kiedy indziej - rozstają się głośno lub z rozgłosem. Dziwne, że coś "ma się zadziać" tam, gdzie liczą się konkretne działania, podejmowane kroki i fakty... fakty... fakty...  

środa, 15 kwietnia 2015

Rodzice to także my

Dopóki mamy po naście i dwadzieścia kilka lat wciąż nie wierzymy, że już jesteśmy na tyle poważni, starzy i dojrzali by pełnić role rodzicielskie. Rodzice - to nasi opiekunowie. To osoby, którym zmarszczki pokryły znaczną część twarzy, mówiące "innym językiem"...
My młodzi, my młodzi...
Czasem, tak zostaje nam na całe życie, że człowiek nie bierze na siebie trosk, ciężaru i odpowiedzialności za wychowanie, utrzymanie, opiekę... Podrzucamy nasze dzieci innym, jak "grona gniewu" lub jak kukułcze jaja.
Taki "młodziak" i "świeżak" w roli rodzica nie decyduje, nie mówi "tak - nie", nie trzyma się planu i reguł, stawiając na spontaniczne sytuacje i adaptowanie się do - danej tylko - chwili.
Brak nam cierpliwości i konsekwencji. Jeśli mamy pretensje, to nie do siebie. Szukamy usprawiedliwienia, luki, słabości...

Gdybyśmy pozwolili sobie na zachowanie grożące nam przypadkowym ukazaniem naszych słabości, delikatnym i pozornym odsłonięciem, nie darowalibyśmy sobie tego. Zgrzytanie zębów, złość na siebie, strach przed kompromitacją... i delikatna schiza.
W dzisiejszym świecie trudno o odpowiedzi na pytania, jakich nie zadajemy - lub zadajemy je bardzo rzadko...
Oddajmy sprawiedliwość czasom, w jakich przyszło nam żyć. Duże z nas dzieci, warto dostrzec to, i...  pora dorosnąć do roli jaką pełnimy.
Teraz, albo już nigdy...

Dziecko w sieci

Dziecko uwikłane, zamknięte w szkle, w ekranie...
Kubistyczna forma, brak życia ale aktywność - elektryczne impulsy, połączenie mózgów za pośrednictwem kabli.
Dziecko czy młody człowiek ubrany w czerń, depresyjny i pusty w środku, to ten sam mały potomek który wpadł wcześniej w sieciowe pułapki.
Każdemu z nas zdarzyło się dłużej posiedzieć przy komputerze, a to poszukiwania w sklepach internetowych podczas świątecznych zakupów, a to ubiór, jaki upatrzyliśmy sobie w sieciowym sklepie, i kopiemy w sieci by odszukać okazję życia... A to książka lub płyta ciężka do zlokalizowania w realu. A dzieciak już widzi i upomina nas...
Czasem zaległa praca przyniesiona do domu, szef nie ma litości... lub też drugie zajęcie, dziecko nas zlokalizowało raz kolejny - i zapamiętało w takiej aktywności. Zostaliśmy przyłapani...

Dziecko oddaje się tej aktywności całkowicie, nawet gdy efekt boli, gdy krzywdzone jest w sieci, kiedy inni pastwią się nad nim i pozytywnie go nie określają...
Gra lub buduje sojusze, zdobywa punkty lub przyczółki gdzieś podczas wojen, atakuje całe królestwa. Ma profil - o jaki go nie podejrzewamy. Jego "ja-wirtualne" ma się nijak do obrazu jaki znamy z codziennych rozmów i wspólnych posiłków... Oddalony, obcy - jak pasażer Nostromo, inny, niepospolity lub też - skrajnie trudny i pokręcony.
Ofiara - na własne życzenie, ofiara sieci i snapchatu, a gdzie byliśmy my??? Gdzie jego obrońcy i rycerze, my śpimy, 100 lat za nim, wyprzedzeni, rozgromieni, znieczuleni i odlegli. Za ścianą... Z mylnym, wewnętrznym przekonaniem, że robimy tyle, ile należy i to, co należało zrobić... Ojjj, szok. Uśpieni w czujności i tylko tyle...