Mówi się często, że nie da się już żyć, gdy ktoś bliski umiera.
Gdy przychodzi nam żyć dalej samotnie, samemu. Bo matka,
czy ojciec byli ważni. Także wtedy, gdy odchodzą dzieci,
nawet oddalając się, a stanowiły dla nas tak istotną część życia.
I gdy refleksja - nas samych - przybliża do rzadko stawianego, nieodgadnionego,
czasem też - trudnego, bolesnego i kłopotliwego pytania:
Dlaczego mnie to spotyka?
Jaki miało to sens? Czemu nas - właśnie nas, to dotknęło?
Czy potrafię być "sam na sam"? I czy dam sobie teraz radę?
Co mam począć... Dla kogo mam żyć...
Odpowiedź: TERAZ I ZAWSZE, DLA SIEBIE...
Życie nie musi być udręką gdy potrafimy żyć autonomicznie, sami
ze sobą, gdy poświęcimy czas swoim pasjom, gdy coś zaczniemy
- kolejny raz, i na nowo...
Kiedy potrafimy się cieszyć jutrem...
Dobre wspomnienie też jest budulcem, zaczynem do kreowania naszego
wizerunku - do rozpoczęcia na nowo jakiejś drogi, podróży,
spaceru przez życie...
Nawet gdy coś się kończy, to coś się jednocześnie zaczyna...
Oddalenie też może przynieść coś dobrego, nowego, być zaczynem zmiany.
Rozpoczęciem poszukiwań, dostrzeganiem nowych perspektyw...
Motywacją, jakiej nigdy nie oczekiwaliśmy - ale i motywem do podążania
ambitnie i prosto, znów przed siebie... A nie tylko - zatrzymania się i ciągłego
przeżywania (symbolicznego) naszej straty.