poniedziałek, 24 lutego 2014

Hospicja dziecięce to nie odległe planety

My - mniej lub bardziej zdrowi, jesteśmy nastawieni generalnie na branie... na dostawanie wszystkiego, na konsumpcję. Dla współczesnego człowieka "mieć to być", posiadać zdrowie i pieniądze to powszechnie uznawany standard i cel życia. Wypoczynek, świetna i nobilitująca praca, drogie i egzotyczne wakacje - wakacje... gdzie luz i zabawa dominują. 
Można inaczej??? Tak, wielu ludzi ma inne życie. Życie w łóżku czy domu, na podwórku osiedla czy w niewielkiej społeczności...

Te dzieci - którym przychodzi cierpieć, chorować i umierać prawdopodobnie nigdy nie przeżyją tyle dobra i tego "całego dobra", odejdą zanim będzie im dane zrozumieć po co? dlaczego ten świat jest taki dziwny? czemu pada dziś deszcz a jutro śnieg? dlaczego trawa jest zielona i wieczna...
We dwoje - nie ma samotności.  Samotność jest wtedy - gdy przy nas zostaje już tylko cisza, jest pusto i nawet echo nie odpowiada zbyt chętnie...

Źle znosimy trudności, stratę, zdecydowane ograniczenia czy deficyty wszelkiego rodzaju - do głowy by nam nie przyszło, że można pływać bez rąk czy też biegać, bez nóg... A mały pacjent, czy on "kiedyś miał inaczej"? Czy było mu lekko lub choćby lżej - w cierpieniu czy bólu... Ktoś wymyślił czy stworzył panaceum na smutki i troski. Mama kocha i jest... Lub też - usłyszał kiedyś pełne nadziei słowa: "tak naprawdę, to będziesz żył tu i teraz, jeszcze .... lat".

My zdrowi, piękni i bogaci - z trudem zdobylibyśmy się na rozdanie majątku, wszelkich dóbr - ważnych, wcale nie tych niepotrzebnych nam (które nam zbywają), do oddania - ale to coś, co szczególnie lubimy. Czy jesteśmy zdolni do zrzeczenia się na rzecz drugiego - swoich błyskotek, skarbów, trofeów??? Ofiarujmy więc coś bezcennego, nieprzeliczalnego, nie do podrobienia czy nieporównywalnego - swoje Małe Życie i jedynie Swój Czas...

Z wielkim trudem bowiem przychodzi nam być człowiekiem, nawet dla dzieci, zwłaszcza dla nich. To dziwne uczucie przybliżać się do innych - a nie tylko - emocjonalnie oddalać... Paradoksalnie tracimy wtedy jakąś cząstkę siebie i mały fragmencik autonomii. 
Dlaczego jest tak??? 
Czy trudno jest kochać??? 
Kochać - czyli - uczyć się drugiego człowieka...
W cierpieniu wcale nie jest łatwiej kochać, ale - rezygnować z siebie, łatwiej. 
Walczymy jednak o siebie, walczymy z całym światem, by zachować siebie takich "all inclusive", a szkoda... Więcej, to mniej... 
Więcej dla siebie, to mniej dla innych - często znaczy... Pamiętajmy o tym i o dzieciach, na tej samej planecie, blisko nas. Bo czasem jesteśmy już ostatnią osobą na jaką chory może liczyć, której może powiedzieć coś, która może mu poczytać, trzymać za rękę, podać szklankę słodkiego kompotu... Osobą, której on właśnie może przy sobie chcieć. Dobrym duchem, dobrym wspomnieniem i doświadczeniem. 
Nie mówmy więc zbyt szybko: nie dziś, nie teraz - za chwilę, kiedyś... 
Nie mam czasu... Nie mam siły...

Czasu - jest wtedy tak niewiele....  

Czy cierpienie ma sens

Cierpienie jest.
Cierpienie jest też elementem życia. Nie jego radością ale jego istotną treścią. Choroba często staje się udziałem dzieci a przez to rodziców i całej rodziny.
Kiedy czytam o wioskach dziecięcych, spotykam i zapraszam na zajęcia z młodzieżą wolontariuszy ofiarowujących swój czas i umiejętności w hospicjum moje serce staje na chwilę. Nie wiem co powiedzieć i jak zareagować - po prostu słucham ich opowieści.
Pochłaniam je, podziwiam dokonania, dzielność oraz otwartość na cudze cierpienie.
Mówi się że nie daje ono nic, nie jest żadną korzyścią dla chorego, jest straszną rzeczą i potwornym poruszeniem dla rodziny, ciężarem i codziennym ograniczeniem dla bliskich. Chociażby dyżury przy chorym, jego łóżku, lepsze lub gorsze znoszenie niewygody... Ludzie różnie reagują na stresujące sytuacje: boją się o siebie, lękają nieestetycznego wyglądu chorego, zapachu wydzielin czy krwi, zakładania i zdejmowania pampersów, mycia i pielęgnacji ciała. Potem są częste kłótnie o to kiedy i kto ma przyjść, kto i co ugotuje, czy poświęci swój czas w niedzielę czy środę na nakarmienie... czy stać mnie na uśmiech gdy padam na twarz, czy wreszcie warto... Czy przedłużyć jeszcze "ten stan". Czy pozwolić jej/jemu odejść z godnością - czy też walczyć??? Czy umiem stanąć w prawdzie ze sobą, ze swoimi ograniczeniami ale i zmierzyć się z rzeczywistością? 

Przepiękne słowa cierpiącej i chorej nie tyle terminalnie - co przez całe życie - osoby cytowane w  książce "Szaleństwo miłosierdzia" bp. Grzegorz Ryś, mówią wszystko: "Bóg nie będzie nas rozliczał z niepełnosprawności... On rozliczy nas tylko z miłości". To one - przypominają nam "gdzie jest głowa, gdzie głowa" i że wszystko trzeba postawić w życiu "na nogi". Bo na głowie cały świat nie może stać, i pozostać... 
Słowa, które są "wielką szkołą prawdy i życia" i pokazują "jak" i "dlaczego" warto (!!!) całym sobą towarzyszyć cierpieniu drugiego człowieka...
  
Wielka uwaga o tym, że znaczy to dokładnie tyle co "istnieć" - jest to prawdziwa definicja dla właściwego "bycia człowiekiem", jako rozwijania siebie, swojego potencjału.
Bo ono - samo towarzyszenie drugiemu człowiekowi w cierpieniu, w zdrowiu i chorobie - jest wartością dla nas. Dla tych, którzy patrzymy, przeżywamy, uczymy się... ale i lękamy się - boimy się, odczuwamy starach, niewygodę, przerażenie, ból osobisty - wreszcie utratę.

Samo poznanie osoby cierpiącej już nas zmienia. 
Jak???
Ubogaca nas... i pokazuje, że to tak naprawdę my - właśnie my, otaczający poważnie chorych lub niepełnosprawnych fizycznie czy psychicznie ludzi -  mamy mniej, doświadczamy - coraz mniej... 
I jeszcze to, że mniej potrafimy zaproponować:  zwłaszcza to, że nie umiemy dawać i ofiarowywać... Bezinteresownie, nie czekając na słowo "dziękuję", zapewnienia, że jesteśmy niesamowici, nie do zastąpienia. 

Mniej mamy do zaoferowania niż osoba chora i prawdziwie cierpiąca, samotna i tęskniąca, żyjąca w pełni każdą chwilą bez bólu czy łez. Tylko ona dostrzega to, co ma, a nie goni za tym czego wciąż i nadal jej brakuje...



poniedziałek, 17 lutego 2014

Samotnie - czy we dwoje?!

Można się zastanawiać długo nad tym - czy lepiej być przez kawał życia samemu, ze sobą czy żyć w parze, mieszanej parze. Bo tylko taka jest dla mnie zdrowa, sensowna i potrzebna. Ja - tylko taką wyznaję i uznaję, naturalnie heterogeniczną.

I wiesz co...
Dochodzę do wniosku po wielu, wielu już rozmowach, latach obserwacji i mniej i bardziej "zdrowych" rodzin, związków, że każde stadło ma problemy i trudności - dające możliwość dotarcia się czy docierania wiecznego, aż do końca. I (może o to chodzi w życiu), nikt z nas/nich nie ma łatwo...

Każdy w miarę dojrzały człek - jak rozglądniemy się - dookoła, wnikliwie i badawczo obserwując relacje innych ludzi - tak samo jak ja, czy ty, walczy o siebie... i szuka dla siebie przestrzeni. Samorealizacji czy realizowania swych pasji. Twórczego działania czy sprawdzianu dla własnych umiejętności, zdolności. Idziemy przez życie, właśnie będąc i realizując się w rodzinie, w związku. Nie - jak wielu sądzi, samotnie...

O to "swoje prawo do wolności", a jeszcze do tego, pomyśl, że te nasze połówki... także z nami (we własnej osobie) - walczą też o swoje prawa, o siebie....

Może i stąd, te rany (ranienie siebie), tarcia i "otarcia", są takie realne, takie podobne czy też może - zatrważająco różne, inne. Silniejsze czasem, czy - "bardziej krwawe". 

Można założyć, że takie oto są prawidłowości w związkach, i tylko tak może się odbywać proces tworzenia, proces twórczy - z bólem, z poświęceniem, ze strachem i obawą, lekkim stresem i krwawymi śladami, ze stratą - koniecznie... 

Coś trzeba tracić i poświęcać. To nie tylko układ czy kompromis, najmniej zdrowy i oczywisty, nietaktowny też - czasem... Trudny w ostatecznej ocenie.

I co??? Może spotkałeś w życiu kogoś, komu było łatwiej i przyjemniej... 
Może lekko i bez bólu przechodził swój związek, relację z drugą osobą, czy nic nie zmieniał i czy nie modelował go, czyż nie kapitulował lub nie ścierał się z drugą osobą wielokrotnie???
Bujda, koń na biegunach i maligna...


Jeśli tak ktoś mówi o sobie, to albo nie zauważa potrzeb drugiej osoby, ignoruje je... albo okazuje się, po latach najczęściej - że sam dla siebie, nie jest ważny - i rezygnuje z siebie. Trochę - ustawiając się w związku - jak poszkodowana ofiara lub jak życiowa oferma. 

Żadna z osób nie jest szczęśliwa - w rezultacie.

Trudno???

Potwornie, zimno... źle....
Tak może jest lub bywa... chyba tylko ludziom, którzy nie są w związkach...
Wolnym elektronom.
Ale oni, mają "swój inny zgryz". Może i są "sami sobie": sterem, żeglarzem i okrętem....
Ale są też dokładnie, i tylko, totalnie - sami... Czasem też, brakuje im drugiej połówki. Mają pod dostatkiem samotności. Pustki, ciszy, a ona - wierz mi - strasznie boleśnie, bardzo człowieka gryzie...

Wyobrażasz sobie, my - małżonkowie - czasami możemy się obrazić na tę drugą osobę, zdenerwować się - i do "kogoś", odwrócić się ... plecami w łóżku, czy po śniadaniu, udać że nie słuchamy, co ma do powiedzenia. Zagłębić w gazetę, zniknąć za ekranem komputera, wycofać się z pilotem w ręku... Zamilknąć, przemilczeć. Nie odzywać się - przez chwilę...

A ci, samotni...
No, że tak rzeknę: "dupa zimna", czy może - "d... blada". 
To jest ich chleb powszedni... Codzienność.
Ani kogo opieprzyć, ani się obrazić, ani wypłakać czy wygadać - komu...
A może i oni, czasem, chcieliby "inaczej"... Słowem, spojrzeniem trafiać w pustkę??? Po co i dla kogo.
I jeszcze ten lęk - umrę czy zasłabnę...
Nawet mnie nikt nie przytuli, nie pożałuje, nie wezwie pogotowia. Szklanki wody czy kapci - nikt nie poda....
Mamusia czy tatuś - umrą wcześniej niż ja, zapewne....


Samotność jest błogosławieństwem, ale tylko wtedy, gdy jest od czasu do czasu... Wtedy, kiedy jest się w związku - i "używa się jej", mądrze, dozuje. Tak - dla odmiany....




Pustka i samotność - są straszne...

Nie lubią nas przynajmniej tak, jak my ich. I dają nam to odczuć! 
Jak chłodna przestrzeń między gwiazdami - zimna, totalnie cicha, pusta, mroczna...
Bo przecież wtedy, w przestrzeni kosmosu otacza cię tylko cisza...
Żadnych drżeń strun, dźwięku słów, śpiewu i gwizdów, rozmów czy też "przyjemnego, ciepłego kobiecego jazgotu" w perspektywie. 
I... zaczynasz gadać sam ze sobą, i do siebie. Chyba - że masz jakieś "swoje szczęście": śpiewającego ptaka, szczurka, kota lub psa.