wtorek, 3 lipca 2018

Przyjąć - czyli dać zgodę na...

W przyjmowaniu chodzi o wielość rzeczy... o przyjęcie potencjalnie wszystkiego dobra ale też - wszystkiego co złe, bolesne i trudne!!! Tych istotnych lub ważnych dla siebie rzeczy, bo każda z nich może być rozwojowa, stymulująca i niosąca zmiany. Kiedy o tym myślę - przychodzi mi automatycznie, z racji zawodu do głowy pomoc i wsparcie... Podnoszenie kogoś z nas z klęczek, po upadku, po kacu moralnym czy kłótni, po rozstaniu czy też - wyciąganie ze słabości i choroby...
Trzeba się najpierw nauczyć przyjmować, aby skutecznie dawać. By mieć tą energię i moc. Ale też - nauczyć się żyć ze swoją słabością, na co dzień... Bo ona nie tyle zdarza się, co wraca do nas często. Męczy, bo osłabia... Ale dzięki umiejętności przyjmowania, uczymy się powstawać... czasem też "z martwych", że ujmę to symbolicznie!!!

Gotowość na miłość, na radość i na pomoc - to nic innego, jak przekonanie że "dostać darmo" jest naturalną sprawą i czymś możliwe dobrym dla każdego, a nie dla wybranych ludzi. 
To jak zgoda i gotowość. Radość i optymizm. Otwarcie się!!! 
I jeszcze coś - spokój w przyjmowaniu... Bez poczucia winy. Tego "ale mnie się nie należy". To "dla mnie zbyt wiele". Albo - "nie, nie - mnie nie potrzeba, bo są inni - bardziej potrzebujący", więc najczęściej bronimy się, mówiąc wtedy "nie zasłużyłem sobie na to".
Gotowość przyjęcia wynika z akceptacji siebie samego, z naturalnej miłości własnej, z prostego szacunku do siebie... dzięki tym cechom - szanujemy drugą osobę. I dzieje się to w sposób naturalny - a nie książkowy... Nie dzięki moralnym naukom, dziedziczonym po przodkach, społecznym regulacjom czy etycznym wskazówkom i nakazom wewnętrznym.

Nie wynika to z egoizmu i zadufania: "bo mi się należy" - bo zarabiam na dom... Utrzymuję was wszystkich... Czy też z jakiegoś obronnego hasła: mam to dostać, ten status mi się należy - dlatego, że urodziłam ci trójkę-czwórkę dzieci... Oddałam ci młodość swą... Siły i życie.

Zgoda na to, by ktoś dał mi i ofiarował coś za darmo - to dobra droga. Nie dlatego, bo mi się należy - ale dlatego, bo jestem. Bo jestem dla ciebie, jestem z tobą... czy wreszcie - tak się dla ciebie poświęcam... i nie zawaham się tego argumentu użyć. Nie dla tego właśnie, że muszę - nie mam wyjścia czy nie miałam wtedy, wychodząc za mąż - bo przymusiła mnie sytuacja, czy też rodzina lub - ty mnie zaszantażowałeś... lub błagam, błagałem czy też błagałam o to, z poczucia bezsilności, w słabości swojej. Bo jestem uległy, zależny... jestem poddana... słaba i bez wartości.

Lepiej zapomnij, nie wchodź w związek jaki budujesz na zależności... na braku wolności i "wieszaniu się na kimś, podpieraniu się o jego/jej ramię". 

Cudza siła - nie stanie się przez to "naszą siłą".

Czyjaś niezależność i praca - nie jest naszą i nie będzie. Jedynie jej wynik i owoc, lub radość możemy z kimś przeżywać i dzielić. Ale nie sam bohaterski czyn, w którym nie jesteśmy, nie działamy, nie realizujemy go i nie podejmujemy... 
Bo to przecież ktoś, a nie - ja, to jeszcze nie "my". 
Każde z nas jest osobną i autonomiczną osobą. 
Nie samotną, ale niezależną... Wolną...

W takim pojęciu, w takim - wykrzywieniu, gdy coś "niby usiłujemy".... Przekonujemy siebie o tym każdego następnego dnia... Ulegamy temu dziwnemu wypaczeniu. Możemy też - tak właśnie, możemy trwać w fałszywym przekonaniu całe lata, całe nasze życie. Przez całe nasze małżeństwo... Do końca...
Gdy tak zakładamy fałszywie, to bądźmy świadomi, że to nie jest partnerstwo i wspieranie się wzajemne, gdy wciąż czekam. Oczekuję...
Nie ma nic gorszego niż przyzwyczaić się i zgodzić cicho na to... nic.
Nasze przekonanie czyli "nie mam nic" - nic innego niż mi dajesz i ofiarowujesz, niestety nie ubogaci związku. Ani na krótszą, ani na dłuższą metę. Staniemy się sobie obcy, oddalimy się...

Dawać - dostawać... Zawsze przepływ sił i energii. 
Wzajemność, bez zależności...

Przyjąć też trzeba umieć i potrafić. Tego nie uczymy się jedynie z wiekiem... Nie tylko z pokarmem i mlekiem wyssanym z piersi mamy czy też z przekazu ustanego...
Na to musi być miejsce i okazja. Doświadczyć, spróbować, nauczyć się w praktyce.

Do tego rośniemy, wzrastamy i staje się!!! To stanowi o wartości - naszej oczywiście - oraz wartości drugiej osoby. 

Jako rodzice - musimy tę rzeczywistość pozwolić przeżyć naszym dzieciom. Oczywiście zaakceptować ją najpierw w sobie... 
Sobie jako matce i ojcu, rodzicom - a wtedy kolejno - i naszym dzieciom. 

Dawanie??? Czyli coś ważnego dla rodziców

Jesteśmy przyzwyczajeni i w trakcie rozwoju, dorastania - wciąż przyzwyczajani do dawania...
Dawać, dostarczać wszystkiemu, wszystkim ludziom i - najlepiej wszystko!!! Ile się tylko da...

Jest to pewien standard, jakiemu w jakiś sposób wierzymy, ufamy i wyznajemy to całym swoim życiem... 
I to nawet nie chodzi o to, że kobiety to robią. Że one się starają - całe dla dzieci, dla męża i dla rodziny... dla starej i schorowanej matki. Na wykształcenie dzieciaków, na codzienne sprawunki, strawę i by te dzieciaki, te "one" się wykształciły... by wyjechały i odpoczęły... bo się im, bliskim i ukochanym, dzieciom i młodzieży naszej dorastającej - tym wszystkim - się po prostu to należy...

No ale jak????
Ale dlaczego???
W imię czego - ma tak właśnie być???

Ile można dawać, jak wiele poświęcić... Z siebie, z własnych sił. Ona chce być wszystkim, dla każdego - by podnosić, ratować, wzmacniać, przytulać, zagrzewać do walki, nauki, do występów czy sportu... Zwłaszcza gdy nie ma wsparcia męża, ojca rodziny!!! 
Ale jest też sytuacja odwrotna, bo nie przeciwstawna - mężczyzna bierze na siebie wiele, czasem zbyt dużo... nie ma go w domu ale w pracy - jest bossem, klasycznym pracoholikiem, dawcą i dostarczycielem fortuny, drogich rzeczy - przedmiotów i prezentów... 
Nie ma go ciałem, nie ma duchem - ale... spłaca aktywnie ten dług. Dosłownie spłaca.

Akceptacja??? Nie, to akceptacja braku i nieobecności. 
Lub też przepracowania i braku radości z posiadanej rodziny i bycia w małżeństwie, bycia rodzicami... Nieszczęśliwy. Zapracowany na śmierć, czyli bez energii - jaką mógłby się podzielić i wesprzeć. Wciąż pragnący. Ale samotności i wypoczynku, odskoczni...
Smutna, tracąca grunt pod nogami - nie samodzielna, ale pozostawiona sama sobie, w swoich marzeniach i pragnieniach, w trudach dnia codziennego. Walcząca??? No nie wiem, czy też... czy raczej tyrająca sobą, jakiej i której siły i czas - są policzone, kończą się, są zawsze u schyłku...

Dawanie to niebezpieczeństwo gdy nie rozumiemy jak bardzo sobie nawzajem jesteśmy potrzebni. Gdy dajemy, owszem, ale nie samych siebie w ofierze do końca, lecz umiejętnie - przyjmujące i przyjmujący pomoc. Dlatego jesteśmy razem, dlatego też "dla siebie" bo właśnie w tym tandemie, w tej parze, w mocnym związku - nasza siła wzrasta.

Jeśli tego nie opanujemy, nie otworzymy się na te rzeczywistości... na siebie, takimi, jakimi jesteśmy (a raczej uczyliśmy i uczymy się być). Na nasze światy i te wszystkie sytuacje jakie nas czekają w życiu - a te, mogą zdążać ku krawędzi, ku katastrofie...

Ta rodzina i małżeństwo, bliskość i wspólna życiowa droga, to właśnie miejsce na współpracę i wspólnotę - ze sobą. Razem... I na zawsze!!! I gdy to dobrze przeżywamy, współtworzymy nasze życie - czyli gdy jesteśmy dla siebie, nie unikamy siebie i nasze światy się przenikają - to znaczy, że jesteśmy gotowi na dawanie i branie. Bo to jest istota naszego życia. 
Przepływanie - żeby dawać, trzeba to mieć. 
Aby mieć - trzeba było to dostać i przyjąć jednocześnie... 
Umieć tak żyć - jest wielką sztuką.