sobota, 21 grudnia 2019

Indywidualizm - czy głuchota na (słowa) innych ludzi

Każdy z nas, jak tylko siebie lepiej znamy i cenimy (przeceniamy...), różni się przecież od innego - pospolitego, ciekawskiego, gburowatego, wrogo nastawionego "innego człowieka". On??? Jaki inny!!! Dziwaczny...  Nie to, co my.
Doskonali, jedyni, wyjątkowi - bo za takich się mamy - niepowtarzalni. Po prostu chodzące ideały. Tylko my... i nikt inny więcej - nie przedstawia w tym świecie wartości. 

Przekonujemy siebie i innych tak głośno i wyraźnie, aby nie odczuwać codziennie dysonansu poznawczego.
Po jakimś czasie znów i znów, powtarzamy się - niczym chorzy na Alzheimera - "taki jest tych słów owoc". Taka zasługa, że wkrótce wyłączymy całkowicie myślenie. I rozpędzamy jak wiatr - nasze wątpliwości. I coraz rzadziej dopuścimy też w tej sytuacji - do głosu - nasz zdrowy rozsądek lub nasze wyrzuty sumienia. Milczy i głos wewnętrzny - coraz rzadziej i ciszej nas napominający.

I mamy zimę, w sercu i umyśle. 
Jak to ona, Pani Zima - zaczyna mrozić i zamrażać głęboko, wnika w samo serce każdego Kaja, z baśni o "Królowej śniegu". I musimy czekać pomocy ze strony Gerdy...
   
A potem, w dorosłym życiu, już nie mamy wątpliwości. Tkwimy w "wydumanej prawdzie", że tylko "ja" i "wszystko moje" jest ważne. Jesteśmy o tym przekonani i boli to dzielenie się - jego konieczność. Współdzielenie i wspólnota wszystkich (nas). 

I jeszcze, na dodatek, doskonalimy jak jacyś chorzy i urzeczeni - nasze superego. Karykaturalne i niespójne z rzeczywistością: my, niewieczni - my trudni, żałośni i krnąbrni... My nieskromni. 

W tej napuszonej jak ogon pawia - pseudo doskonałości, zatrzymujemy się też (niestety) w pracy nad sobą. W wewnętrznej zmianie i rozwoju osobistym. "Bo czyż można rozwijać i zmieniać to, co jest tak wspaniałe, doskonałe i idealne (...)" - pytamy jeden - tego drugiego - w lustrze... Taaaa  Tiiii taaaa. Uhmmm

Po takim blaaa, blaaaa i solówce, niczym jakieś balonowe "bleeee", nasze życie kurczy się, ropieje a potem - kruszy się jak wysuszona trawa... 
Życiorys gęstnieje od zasług, ale też - łamie się jak tafla lodu lub szkła. 
Także i my -  ludzie, łamiemy się "na połówkę".
 
Ostatnia próba oswojenia siebie.
Oduczenia - abstynencji i terapii, nieupajania się sobą...
"Nieupijania się" własnym ego.



Kruche szkło, krucha lodowa kra, pełne zanurzenie w lodowatej wodzie.
Utonięcie na mieliźnie - nie głębszej niż łokieć... 
A dalej - jedynie z rzadka - w życie i jego trud, zanurzamy nasze kolana.

czwartek, 17 października 2019

Widzieć świat innymi słowami

Opisuję słowami moją rzeczywistość. 

Moją i twoją zarazem. Lecz - nie rozumiemy się, nie rozumiemy się wcale.   

To piękny świat - "ale ja nie mogę tego zobaczyć" - mówisz... I dodajesz: "Znam go jako "inny".

Żyję w takiej smudze - że nie każda informacja do mnie dociera". 


I nie chodzi o to, że jestem ułomna czy ślepa, źle widzę tę rzeczywistość. Że nie słyszę czy też nie dostrzegam niuansów, czy może jestem w jakiś sposób niedorozwinięta. 
Nie mam też - żadne z nas zresztą - przytępionej recepcji tego, co nas otacza. 

Ja nazywam rzeczy inaczej...

I ty - dajesz im inne imię......
Bo masz inaczej na imię.......

Opisujemy rzeczywistość zmieniając dramatycznie jej kolor i kształt.
Poniekąd, zniekształcając jej rysy. Robimy tak każdego dnia.
_______________________________________________________________________
Wielu ludzi właśnie tak określa tę "nieumiejętność patrzenia na życie świeżym, niezmąconym wzrokiem". Zamykają się na możliwości dostrzegania tylko blokady, przeszkody, przeżywają trudność za trudnością.

Częściowo to wynik narracji, słowa. Kiedy indziej, rzutują na nas doświadczenia. 
Czasem - ktoś inny zadbał o to, byśmy nieśli w głowie ten "jeden właściwy przekaz". 
Nie wiadomo dlaczego... czujemy się jak wycięci z papieru, z książki...

Co spowoduje w przyszłości ta przypadłość??? 
Ano to choćby to, że nasz dalszy przekaz, komunikat, np: "nie jest bezpiecznie". 
Hasło: "teraz i już - obawiaj się, chroń się". Wycofaj się. I nie ryzykuj...

Wszystko to zamiast zdrowego rozwoju, otwarcia się na innych i otaczające nas środowisko. 

Zamiast przylgnięcia do kory brzozy, łyku wody z płynącego strumienia pod stopami...
Brak zaufania i potencjalnej radości z przebywania razem, razem z innymi, tak różnymi od nas ludźmi. Wreszcie - zamiast poszukiwań, zdrowej ciekawości tak pięknie rozwijającej nasze wnętrze - nieporozumienia, mamy miliony niedogadanych spraw.

Po co nam to, czemu ma służyć, pewnie każdy odpowie cicho: "nie wiem..." 

 
Wracamy do tego, co stare, sprawdzone i zwykle działa. 
Do schematu, do ograniczającego nas ubogiego repertuaru działań, zachowań. 
Tych przewidywalnych - nie koniecznie bezpiecznych. 
 
Wydaje nam się najskuteczniejszy, a jest po prostu jedynym dostępnym.
Jest tylko i aż - dla mnie samej - automatyczny.

poniedziałek, 23 września 2019

Coach na cały etat

Coach to bratnia dusza, profesjonalista - nie tylko trener osobisty. 
Ktoś, kto więcej rozumie i kto bardziej wspiera, niż wyręcza. 
Działa z szacunkiem dla osoby. Dla człowieka.

Można się przed nim otworzyć.
Można stworzyć listę przeszkód, ale niekoniecznie je wszystkie wyeliminować. Warto przecież znać i rozumieć ograniczenia, niekoniecznie pokonać wszystkie. Analizować na co dzień pułapki, i to, dlaczego jest nam tak trudno konfrontować się z trudnościami. Można też zdecydowanie zareagować na to, co przynosi nam każdy dzień. Stanąć w gotowości... Podjąć się zmiany wewnętrznej - nastawienia i myślenia. Postawy.

Coach jako osoba dookreślona, wyrazista ale bez cech autorytarnych, bez konieczności samorealizacji i podkreślania tylko swoich zasług jest tym, kogo poszukujemy wtedy, gdy gubimy się w natłoku trudności. W codzienności jaka przytłacza szarością, chaosem ale i nadmiarem. 


Gdy przestajemy wierzyć w siebie, swoją wartość. 
Gdy nie doceniamy tego, co potrafimy osiągnąć. 
Gdy nie wybaczamy sobie potknięć. 
Nie dajemy sobie miejsca na słabsze dni, na popełniane błędy. 
Jesteśmy spięci i nadmiernie krytyczni wobec siebie samych. 
Spinamy się na maksa w wysiłku, pracy i trudzie, a owoce tego - żadne.
Wysilamy się aby złapać oddech i wyrównać krok...



Coach pomaga rozumieć i w pozytywny sposób spojrzeć na siebie. 
Uczynić możliwym to co niewykonalne - przez pryzmat siły i potencjału, zasobów, sukcesu klienta. Warto wspomnieć o naturalnej grupie wsparcia - rodzinie i przyjaciołach, jeśli ich posiadasz. On rzuci światło na zasoby, zachęci by z nich korzystać. 
Samotność jest wrogiem - wtedy opieramy się często na wartościach, poszukujemy stabilizacji, korzeni czy fundamentu - wracamy do relacji z Bogiem, absolutem, z wartościami jakie nas konstytuują. Wspominamy typową dla nas walkę o ideały czy też naszą pracę "dla innych"... Drogi naszego rozwoju czy zmiany. Spacery i wyścigi... Nasze dotychczasowe poszukiwania, miejsca i podróże, ludzi i przeczytane książki...
 
Z pomocą coacha odkrywamy to, co w nas jest, a zarosło brudem lub chwastem, czy mchem starości i zapomnienia... Co było źródłem energii, kosmicznym paliwem - światłem w naszej lampie - co dawało nam długo siłę by żyć, tworzyć, płonąć - a nie tylko spalać się... 
Szukamy głębiej. 
Nie tu, gdzie węgiel brunatny, gdzie tylko glina.... Poszukajmy razem "wody żywej" w studni głębinowej jaką jesteśmy - nie na 120 m głębokości, ale czasem na 300-350... Wydobywamy, odkrywamy i oczyszczamy - na nowo... Dajemy innym siebie, czasem tak właśnie - jak wodę.

Coach zagląda głębiej w człowieka, tam szuka. Odkrywa to, co dawno nieużywane.  Pomysłowość czy kreatywności, na jakiej położyła się warstwa kurzu... 

Szczególną cechą takich ludzi jest szacunek dla osoby, jaką przychodzi mu wesprzeć, bo wie, że życie nie zawsze rozpieszcza i nie tylko nagradza... 

Ważną cechą jego pracy z człowiekiem potrzebującym czasowego nabrania sił i przywrócenia potencjału ale i - zdrowym podejściem w relacji - jest ustalenie (wspólne) i respektowanie granic (też wspólne). Tym samym - respektowanie wartości jakimi się kierujemy w życiu - na co dzień. To szacunek dla osoby, jej zasad i norm, dbałość o nieprzekraczanie cudzych granic. By nie wykonywała zadań wbrew sobie... Temu co stanowi jej kręgosłup.

Delikatność - obowiązuje obie strony, ale nie oznacza wcale braku zdecydowania... 
Nie unikanie czy też wycofywanie się są celem - samym w sobie, ale traktowanie swoich praw i zasad na równi z innymi ludźmi. Nauczenie się tego, przećwiczenie takiego podejścia. Wtedy uczymy się szacunku. Wchodzi nam w krew...
 
Z tego też wypływa późniejsza dyscyplina (samodyscyplina) i w tym kryje się wytrwałość w realizacji oraz nasza gotowość do konfrontacji. W różnych sferach. Nie walki, lecz konfrontowania siebie z innymi, ze światem, stawiania czoła wyzwaniom... 
Wszystko to coach realizuje przy zachowaniu maksymalnej ostrożności i stałej wrażliwości. Minimalizując szkody dla siebie, klientów i innych osób z otoczenia...

Warto współpracować i współtworzyć aktywnie swój codzienny plan - plan pracy nad sobą, plan osobistej zmiany... 

Wtedy też nikt nie powie, że uczynił coś "za nas" i "dla nas". 
Nigdy też niczego o nas - bez nas.  

środa, 11 września 2019

Ogrom miłości rodziców

Mnóstwo dzieciaków zaczęło z początkiem września szkołę. Same w nowym miejscu, samotne i skazane na samodzielność. Nowe miejsce, nowi ludzie, koledzy i koleżanki. Realizacja nie tylko swoich aspiracji - często dzielimy z rodzicami nasze marzenia. Bywa - że realizujemy te, nie do końca nasze. Ze strachem, niepewnością czy obawą o powodzenie.

Czas na kolejny życiowy eksperyment. 
Czas na coś nowego, sprawdzenie się w sytuacji jaka nas - niewątpliwie - często zaskakuje... Na zmianę...

Dziecko pragnie być wspierane, a nie wyręczane. O tym musimy pamiętać. Nie zastąpimy go w jego wyborach, w jego decyzjach, w odpowiedzialności, w działaniu - żadnej aktywności. Warto być szansą lub nadzieją w momentach trudnych lub wysokiego ryzyka. 



Rodzic - to rola na całe życie. Ale jej dynamika zmienia się. Nasze potrzeby i pojawiające się równolegle pragnienia dziecka, jego wymagania - szybko zmieniają się. 

Malutkie dziecko wymaga innego wsparcia i troski, takiej podstawowej, fundamentalnej dla przeżycia i istnienia. Potrzeba troskliwego tulenia, karmienia czy przewijania, to przecież krótki czas. Potem uczymy się współpracy i funkcjonowania w szerszym gronie.

Nasza opieka nad dziećmi ma więc zmienny charakter i warto podchodzić do tego w naturalny sposób. Jesteśmy przy nim tylko przez pewien czas... 

Warto o tym pamiętać by nie odebrać dziecku autonomii. 
By nasze jednostkowe granice nie zlały się tworząc jakiś abstrakcyjny organizm.

Nawet w rodzinie role są podzielone, dookreślone. Każdy więc ma szansę na zaistnienie, spełnienie się, bycie potrzebnym, realizację marzeń. 
Jest czas na ryzyko, na nowe doznania. 
Budowanie planów - kroki o dużym ryzyku, bycie radością i nadzieją - dla siebie i innych. Rodzina? Tak...

środa, 12 czerwca 2019

Totalna miłość matki

Podobno matki potrafią kochać totalnie.
Całą sobą, od stóp do głowy...
Całe wrastają w tę miłość, ogarniają ją nie tylko osobę ale jej rzeczywistość, otoczenie i świat....
Kiedy matka daje szansę, daje ją kolejny raz i jeszcze jedną - na zapas... deklaruje, owszem, że nie wytrzyma tego znów i jeszcze jeden raz - ale też kolejny raz otwiera się na możliwość zmiany... Jej serce i nadzieja rosną raczej, niż maleją... 
Tak wielka jest radość gdy cierpliwość, ofiarowany czas i gorąca miłość zostaje nagrodzona.

Podobnie jest ze stratą, śmiercią i jej przeżywaniem...


ikona św. Moniki
Matki św. Augustyna - biskupa Hippony, filozofa, myśliciela i autora "Wyznań" 

Gdy ktoś bliski jej sercu umiera, gdy matka traci swe dziecko, umiera też jej fragment serca. Nie całe, bo jeszcze tak wiele jest do ukochania, do zaopiekowania się - do wykonania.

Przez jakiś czas nie czuje nic, potem jest bólem. Kiedy matka załamuje się, jest w rozpaczy i trafia w pustkę - jest bólem całą sobą - ten ból rośnie aż w niebo. A z nią całe niebo płacze deszczem... 

Matki są więc potrzebne i po to, by nas grzało słońce miłości i świeciło nad całym światem ale też po to, by mógł spaść deszcz - przepełniony i zasilany łzami matek. 

Bez matek więc ani nie ma życia, ani pogody - ani niepogody. 
Ani ciepła nie ma - ani chłodu po ich odejściu. 

Warto być matką, dla takich wszelkich chwil... na wszelki i na każdy ludzki przypadek...

Kochajcie swoje mamy, warto dodawać im sił... nie szczędźcie słów i czasu swoim mamom.... Trzeba też by i one usłyszały zwielokrotnione: kocham cię!!! 
Tak codziennie, tak po prostu...


(z okazji dnia Matki, i nie tylko z tej okazji.... 26.05.2019 r.)  

Małe kłopoty i drobne wyrzeczenia

Małe wyrzeczenia... Kłopoty. Potknięcia. Co ze sobą niosą i tak właściwie - po co nam one?
Ano przychodzi taki czas, gdy wreszcie je doceniamy... 

Uczymy się planować i jak wydatkować energię nie spalając się całkiem i do końca.
Dzięki tym małym krokom i znoszonym cierpliwie wyrzeczeniom, stajemy się inni... 
Lepsi. Mocniejsi... 

Potrafimy więcej z siebie dać, wykrzesać zapas energii i sił... 

Stajemy się bardziej cierpliwi, pracowici i oddani naszemu zajęciu lub zadaniu przydzielonemu nam przez innych...

One to, te "małe wyrzeczenia" - pokazują nam wszelkie możliwe scenariusze. Oswajają i przyzwyczajają do etapu wionącego nudą i codziennością, powtarzalnością i znojem. 

Pozwalają je wszystkie przeczekać. Zahibernować się czasem... Trwać.
Możliwy i prawdopodobny czas, wysiłek i praca. 

One przygotowują nas na to, co trudniejsze... Na bardziej wymagające chwile, złe oceny, wyśmiewanie czy krytykę ze strony innych... Uczą też, jak żyć i postępować wobec siebie i innych, by zachować godność i spokój. By ostatecznie wygrało człowieczeństwo, a nie tylko chęć, potrzeba i pragnienie... Nie liczył się jedynie wewnętrzny pęd i przymus jednostki...
Okazuje się też z czasem, co dla nas jest ważne, co istotne a co wreszcie z korzyścią dla dalszego rozwoju.

I nie zawsze jest to wygrana, sukces, spektakularna radość z dojścia do celu... Częściej - o sukcesie stanowi fakt przezwyciężenia trudności lub godnego trwania, mimo przeszkód. 


Ta trudność, wielokrotnie też - mała przegrana - uczy nas pokory.
Uczy nas tego, że warto nadal walczyć i rozwijać się. Że nie ma niczego za darmo, że pracujemy na wszystko. Że nie każdą rzecz - stanowisko, miejsce, nagrodę, wartościowy przedmiot, symbole czy idee - można kupić. Jedynie kupić... 

Zamieniając wszystko i sprowadzając do pieniądza, jego siły nabywczej, lądujemy w ślepym zaułku... Bo czasem trzeba dłużej na nagrodę pracować lub - całe życie - czekać na nią. Umiera się ubogim czy mało znanym.

Najistotniejsze staje się to, że te "wyrzeczenia", cierpienia i troski, prośby i westchnienia - trud i pot, wszystkie one poszerzają nasze granice: wytrzymałości, tolerancji, wzmacniają, utrwalają opanowanie i spokój wewnętrzny. Uczą nas odpowiedzialności i tego, że to my mamy wpływ na wszystko - przestajemy być totalnie zewnątrz-sterowni... zależni... 
A co za tym idzie przestajemy być jedynie ulegli, połamani i złamani (duchem i ciałem), złamani na duchu.

Dzięki pracy nas sobą - otwieramy oczy... Nie jesteśmy ślepcami i niewolnikami.

My nie tylko uczymy się godzić z rzeczywistością na jaką nie mamy wielkiego wpływu. 

My zaczynamy rozumieć - i ją, i siebie samych, i drugiego człowieka. 
To, jak bardzo na siebie nawzajem wpływamy, jak jesteśmy od siebie zależni. 
Jak wielka jest rola bieżącej współpracy... Uczymy się tego, jak wiele dla siebie znaczymy, co możemy zrobić jeszcze... Co poprawić, co udoskonalić. 
I co zrobić lepiej, co razem tworzyć warto: czyniąc więcej dobra i mądrzejsze sprawy dla innych - każdego nowego dnia.

środa, 8 maja 2019

Obietnice

Uczymy się mówić i liczyć, tańczyć i śpiewać... Chodzić prosto i jeździć na nartach. A czy uczymy się w życiu "dotrzymywać słowa".
Czy umiemy dotrzymywać naszych obietnic? Obietnic danych komuś?

Czy jest nam już zupełnie obojętne co i komu obiecaliśmy i czy my w ogóle wiemy co się w tej osobie dzieje, gdy zostaje z naszym: ta....aaak???? umawialiśmy się na coś??? - co dzieje się potem??? I czego jeszcze ta osoba się spodziewa, oczekuje, dlaczego jest taka "inna" i tak niecierpliwa. Zachowuje się odmiennie, jakoś "coś się między nami popsuło".
A jeszcze wydaje się długo urażona czy pominięta -w całym tym - życiowym rachunku...

Co mu jeszcze jestem winny czy winna... 
Traktujemy ludzi jak bilans zysków czy strat lub też bilans księgowej z końca miesiąca czy tygodnia... rozliczyć paragony i faktury - zamknąć jakiś czas w tabeli i podsumować go w programie, i dalej... dalej... Nigdy się nie kończy bilans. 

Inaczej z milionami naszych relacji i zobowiązań... 
Jesteśmy częścią rodziny, wspólnoty. Nasze obietnice, nasze słowo ma wagę, ma znaczenie. Dla kogoś bliskiego, ma i fundamentalną wagę i sens... Czasem jest jedyną cząstką wspólną rodzica i dziecka. Jest swoistym połączeniem nas, czymś co sponsoruje więź i jej klimat... 
A kiedy indziej - jest światełkiem, nadzieją. 
Bo może obietnica w życiu małego człowieka i jej dotrzymanie to rzadkie doświadczenie, elitarne zjawisko. Może to własnie ja - nie zawiodę czyjegoś oczekiwania, spełnię marzenie... dam zgodę na upragniony wyjazd, wymarzony drobiazg, postaram się o spędzony razem (wspólnie) i aktywnie - czas... 
Wysłucham wreszcie. 
Porozmawiam. Będę.

Czy łatwo mi czy też trudno, zrobić coś i wykonać tę rzecz dla kogoś - to inny problem. 
Nie każdy ma tę swobodę w sobie i naturalną moc by dopełnić jakiejś umowy, załatwić sprawę jak należy, zrealizować zapowiedź... Część ludzkości to mistrzowie lawirowania, wyszukiwania prawnych kruczków i precedensów, śliskich zapisów w umowach, luk w prawie - z czasem w życiu działają i knują dokładnie tak samo jak w zawodzie...

Jednak nie rzucajmy obietnic i słów pod czyjeś nogi, w twarz - tak "na wiatr", i tak okrąglutko i gładko wypowiadanych. Tak "prosto i lekko kłamanych". 
Nie ma to nic wspólnego ani z szacunkiem, ani miłością - nie podtrzymuje bieżących relacji ani nie utrwala przyjaźni....
Bo kolejna utrata boli, mocno i długo. I trwa w nas, zapisana jak na winylowej płycie ścieżka dźwiękowa starego, niezbyt chętnie słuchanego covera. Szarzeje, pokrywa się kurzem od nieużywania, potem już nie brzmi... lecz nadal się kręci... Tylko kręci i o czymś boleśnie przypomina.

Czasem niedotrzymane słowo, niespełniona obietnica jest nie do wybaczenia. 
I nie do zapomnienia... 

środa, 2 stycznia 2019

Uczmy dzieci przegrywać

Nie tylko trzeba umieć przegrywać, ale zaakceptować tę przegraną... przyjąć ją.
Wydaje nam się, że nasze życie jest tak skomponowane aby jedynie odnosić sukcesy, gromadzić dobra - na półkach stawiać tylko puchary, a ściany zdobić medalami i dyplomami... W życiu zaś obecne są te momenty, gdy grają nam hymn triumfalny, ale i te, gdy zwycięża ktoś inny. 

Czy jesteśmy przygotowani na obie te ewentualności...

Bolączką naszych czasów jest chronienie przed doświadczeniami niosącymi trudności, frustracje, ból czy ryzyko utraty... snujemy wizje i plany ale przecież ich cząstka, jest skazana obiektywnie na niepowodzenie. 



Klęska izoluje nas od siebie, czasem powoduje też samotność, brak wsparcia czy brak relacji ze strony drugiego człowieka - starzy znajomi przestają nas poznawać na ulicy, w pracy... 
Ludzie rozwijają się i rosną, kwitną przy zwycięzcy. Wzrastają na jego tle - wydają się sobie lepsi, mocniejsi i potężni... potrafią czerpać z innych i karmić się cudzą wygraną. Symbolicznie i nie tylko. Trwanie przy zwycięzcy jest jednak ograniczone w czasie... 
To symbioza o określonym czasie trwania. 
Porażka lub ich seria - zmienia ten przywilej i początkowy zysk w uciążliwą obecność, a potem podpowiada tylko jeden scenariusz - ucieczkę, wycofanie się. Wytrwać przy przegranym lub towarzyszyć mu w niemocy czy życiowym kryzysie, w trudnych chwilach to zadanie dla naprawdę odważnych i wiernych.





My - za wszelką cenę walczymy o sukces. Ale finał może być różny...  
Przecież łatwiej i przyjemniej jest wygrywać. Dzielić się sukcesem niż porażką...

Nie uczymy dzieci, że w ich ciągłym rozwoju, w życiu - spotka ich nie tylko pasmo sukcesów ale też trudności, kłopoty i przestoje, samotność, frustrujące momenty "ciemnych nocy Nikodema"... Czas załamania i brak wiary w siebie. 
Momenty gdy zadajemy pytania - w pustkę, w niebyt. Wszystko może być dla nas osłabiające. Ale też możemy przekuć je w sukces. Zmianę rozwojową - szczególną sytuację mobilizującą do wysiłku....
Momenty utraty i samotności... To, że ludzie odchodzą - umierają i chorują, przenoszą się i wyprowadzają daleko, porzucają nas dla innych. Powinniśmy wiedzieć, że potrzebne są te wszystkie braki, deficyty i rozstania, bo uczą nas nie tylko adaptacji, zgody ale i prowokują do zmiany. Do poszukiwania... Do otwarcia się na nowe warunki. 
Nawet wirusy i bakterie zmieniają się, mutują, by przetrwać lub by rozwijać się jeszcze silniej! A my???

Uczmy się, że w zmianie trzeba poszukać dobra. A z przegranej możemy wyciągać wnioski, bo w życiu doświadczymy i sukcesów, i porażek. Należy oswajać się i z jednymi, i z drugimi... 

Uczmy się cieszyć ze szczęścia, odnoszonych sukcesów i osiągnięć innych ludzi. Nie tylko własnego - bo to zmienna passa, a umieć pogratulować, to wielka zaleta. Znika wtedy chorobliwa zazdrość. To bardziej przecież ludzkie i  w dodatku przynosi dobro!

Uczmy się i zmieniajmy repertuar zachowań, pozwalajmy na przybliżenie się do nas większej grupie ludzi, oswajajmy rzeczywistość przystosowując się do niej a nie odnosząc wszystko "ksobnie", tylko do siebie...

Uczmy się siebie, nawzajem. 
Wzrastamy bowiem przy innych. 
Rozwijamy się bowiem poznając jeden, drugiego, będąc dla siebie pomocą i wsparciem... 

Tego wszystkiego - w nowym roku bardzo i coraz mocniej wam wszystkim, życzę!