poniedziałek, 28 października 2013

Szczęśliwa matka to szczęśliwe dzieci - czyli satysfakcjonująca przestrzeń

Można generalnie powiedzieć, że mamy które są szczęśliwe, usatysfakcjonowane i oddane swoim pasjom, mają szczęśliwe dzieciaki.
Dlaczego???
Bo mama jest uśmiechnięta, realizuje swe marzenia. Nie tkwi w miejscu. Inspiruje siebie i innych, cieszy się tym co robi - jest w ruchu i realizuje swoje życiowe pasje. Czasem odnosi sukces - kiedy indziej, porażkę. Ale - buduje ją to... i różnorodność aktywności powoduje, że sama jako kobieta, mama i żona, spoczywa we względnej równowadze. Jej emocje - i radość, i satysfakcja i spokój - zasadzają się w niej i relacjach pomiędzy nią i bliskimi. Dzięki temu łatwiej jej przejść przez chwile trudne, stawiać czoła obciążeniom, dłużej też i cierpliwiej oczekiwać na sukces.

Szczęśliwa mama to mama, która kocha samą siebie i kocha innych, dzięki temu jej akumulatory są nie do wyczerpania... teoretycznie, oczywiście (nie sprawdzajcie tego zbyt często!). Pomóżcie takiej kobiecie, przyszłej mamie lub odpoczywającej - babci np. być sobą, realizować się twórczo, czytać... czasem coś namalować lub zrobić piękny szal na drutach...        
Chcemy i my mieć miło, ciepluchno i ładniuchno??? ... dajmy także tego doświadczyć i innym.

sobota, 26 października 2013

Błogosławieństwo i ryzyko

Dziecko po 40-stce... Lub w jej okolicy.
Owoc miłości, czasem przypadku, czasem grzechu czy fali pożądania...
Bez kontroli, spontanicznie, nieodpowiedzialnie - wreszcie...

Zaskoczenie i uniesienie chwili mające konsekwencje w przyszłości, przyszłości własnej i tego małego człowieka. Rzadko myślimy wtedy ile już mamy lat i ile będziemy, gdy ono dojdzie do pełnoletności. Bywa, że czasem - walczyliśmy o nie całe swe życie!!!

Nie, nie wolno odpuścić sobie wtedy, bo ile bylibyśmy wtedy warci jako dorośli, jako rodzice, jako "obiekty miłości i nadziei". Nie po to przecież niepowtarzalną część siebie (dwóch osób) i okruch miłości oraz wszechświata ktoś rzucił w nasze dłonie...   
Miłość potrafi wszystko przetrwać, zdecydowana i dojrzała, umożliwić nam zebranie sił, myśli oraz zaplanowanie tego co w najbliższych tygodniach mniej ważne a co na pierwszym miejscu. I to, że czasem przyjdzie zrezygnować z pracy i dodatkowych obowiązków, trudno. Pojawienie się dziecka, fakt jego poczęcia przeniesie nas może w inne, fascynujace światy i sfery - w poznanie jeszcze raz siebie, w zadawanie pytań, zrewidowanie prawd ukrytych, zgłębienie tajemnic, odkrycie w sobie nietylko potrzeby przygotowania się do narodzin przez przegląd zawartości szafy, piwnicy i pokojów... ale serca.
Naszej wewnętrzej gotowości, otwarcia na nowe, przeżycia zaskoczenia - w nowym obiekcie miłości. Dziecko, cały mój świat...   

niedziela, 6 października 2013

Home - sweet home

Czasem nawet ja nie wierzę w te słowa... Wiele razy młodzi ludzie czy dorośli, wracając wspomnieniami do lat młodości, nie wspominają tak swoich domów.
Dla mnie jednak pozytywnym jest, że polski zwyczaj rozmowy o środowisku domowym, rodzinie i bliskich - to raczej "sielanka o domu". Uśmiech, błogość na twarzy, marzenie, wspomnienie zapachów, smaków, uścisków... wspólnych spotkań i zjazdów, zdjęcia, pamiątki...
Zmienia się to, niestety.
Czasem za sprawą mediów, wybiórczego spojrzenia na rodzinne tajemnice, na wypierane przez nas historie, na mroczne - skandalizujące wydarzenia.
A czasem celebryta - istnieje właśnie dzięki takim "wspominkom", lub może zaistnieć w brukowej prasie i tabloidach na nowo...

Czy jako rodzic chcielibyście usłyszeć, po latach, o sobie "cierpiałem tam...", "krzywdzili mnie...", "było mi trudno...", "nigdy nie pomyślałabym że on/ona..." - nie od swoich dzieci, bezpośrednio, lecz - od reportera czy autora sensacji przed jakim twoje dziecko po latach się otworzyło.

Dom moją świątynią, miejscem spokoju, miłości, równowagi... królestwem w którym każdy chciałby przeżywać swoje szczęście i dobro... Strzeżmy się przed "mrokiem", który drzemie w każdym człowieku, bo prawdą jest - że jakaś cząstka nas lubi "ostro grać, grać nie fair".
Jasna strona - uśmiech i ofiarność. Bliskość...  Tego się trzymajmy, za wszelką cenę. Nawet w trudnych sytuacjach, możemy liczyć na siebie wzajemnie.

Poświęcając siebie, zatracajmy siebie

Opiekujemy się, marzymy, rodzimy i rościmy sobie prawa, snujemy plany...
Mamy nadzieje, żądamy ich spełnienia, kruszymy kopie o zasady. Stawiamy czasem ponadludzkie wymagania, czasem zbyt małe, pobłażając lub przytulając w sprzecznościach na nowo do serca. Chroniąc.
Hodujemy, wychowujemy, chuchamy lub też sucho i rzeczowo wymagamy, trzymając "młode wilki" na dystans...

Chcemy by odeszli i się usamodzielnili, potafimy to teoretycznie uzasadnić a czasem w ogóle nie akceptujemy autonomii. W naszych intuicjach czujemy się bogami... w domowych pieleszach... ciepłych i miękkich kapciach, wiemy - co i jak. Mobilizujemy się, by dać z siebie wszystko wychowując młode pokolenia. Czasem za dużo dajemy, nie potrafimy nic wziąć. Cierpimy. Łzy i ból to nasz chleb powszedni... Zwłaszcza matek...

Coś jak z tym ziarnem, które jeśli nie obumrze, to nie odrodzi się na nowo... Nie ma innego porządku. Nie ma innych szans.

Więc może warto dać umrzeć tym naszym wszystkim "zasadom", sprawdzonym, czasem kruchym czy też nie, ale naszym. Tak, aby kolejne nowe pokolenie, szukało i wybierało w zgodzie ze sobą a nie wbrew nam, w złości i napięciu. Czasem - w nienawiści pokoleń.
Niech szukają i pytają, konfrontują, burzą coś, co my zbudowaliśmy - dajmy im na to zgodę, pomóżmy czasem, bo taka jest natura rzeczy. 
Natura zastępowania (następowania nowych) pokoleń. 
I nie ma się czemu dziwić, negować, wątpić - burzyć wobec czego - nasze dzieci zbudują swój świat i oby, oby było w nim nadal dla nas miejsce.