środa, 24 października 2018

Samotność czyli mama i tata na pełnym etacie

Zbyt często chyba dajemy sobie przyzwolenie na poświęcenie czasu całkowicie tym co poważne, zajęcie się tylko tym, co istotne w świecie dorosłych. Obowiązki domowe sprowadzamy do zrobienia zakupów czy zabezpieczenia rodzinie gorącego posiłku... posprzątania otoczenia, zabezpieczenia podstawowych potrzeb.
Ale czy nie zalicza się do nich czas??? Poświecenie czasu - na bycie, na wysłuchanie - na rozmowę...

Na jednej z konferencji na jakiej byłam w tym roku obecna a dotyczącej kondycji psychicznej młodzieży padło niezwykle ciekawe pytanie z sali. Jakiego typu dzieci, lub dzieci jakich rodziców są dziś najczęściej klientami...  

Pozornie, pytanie na jakie nie da się odpowiedzieć. Nie powinno się być może o tym problemie tak myśleć. Tak go czytać... Ale...

Tak, jednak jest pewna prawidłowość. Bo można tę grupę określić jako "dzieci rodziców - których NIE MA". 

Nie są w wychowaniu obecni. Mają zawsze usprawiedliwienie lub alibi na swoją nieobecność przy dziecku. Na brak podążania lub towarzyszenia. 
Nie ma ich prawdziwie w domu, czasem są tam, lecz jedynie ciałem. 
Bez zainteresowania swoją pociechą, jej życiem i trudnościami. Zakłopotani tym - że młody człowiek dojrzewa, jak owoc w pełni sezonu.

Dramatyczna pustka i samotność młodego pokolenia. 
Odczuwana naprawdę gorycz samotności i krzywda porzucenia, wszechogarniająca samotność i to dławiące poczucie, jak jestem mało ważny dla bliskich, mało wart... 
Potem pytamy siebie...
Skąd się biorą dziwne przekonania na swój temat młodego człowieka - ano przeanalizujmy ich źródło: brak zainteresowania ze strony bliskich jego życiem, także wewnętrznym... Brak troski, zaciekawienia tym, co dzieje się z dzieckiem... Odmiennie spędzany czas wolny. Przyzwolenia nadmierne lub totalne zakazy prawie na wszystko, bez rozmowy, bez negocjacji... Brak granic i reguł lub też ciągle rozpinana siatka ograniczająca wolność, złota klatka i pozorne bogactwo, pole minowe przeszkód, przytłaczająca liczba wymagań.  

Gdzie przebywa, co robi i jaka jest jego aktywność w życiu, czyli - w przestrzeni wirtualnej. Nie wszystkiego można się w niej nauczyć... Do tego - samotnie, i boleśnie upadając, liżąc swe rany bez końca. Bez przytulenia.

Wreszcie - jakich nastrojów i stanów emocjonalnych, jakich przeżyć doświadcza, jak odbiera otaczający go świat. Dla mnie - to wszystko jest jednak - trudne do przyjęcia, ale i do zaakceptowania. 

Smutna i straszna wiadomość. Znak czasów...

wtorek, 23 października 2018

Lęk - frustracja i agresja

Mamy taki świat wewnętrznych barw - nastrojów i wyobrażeń -  jaki skrzętnie ukrywamy przed większą częścią naszych znajomych. Aby mieli o nas dobre zdanie, by nas lubili... byśmy byli tacy, jak inni... Podobni, bliscy im...

Tajemnica rodzi obawy i lęki, które ukrywamy... Staramy się je zamieść pod dywan, schować głęboko przed światem, lęk nieokreślony i obawa o samych siebie - nasze status quo... nasze dobre imię potrafią sparaliżować, sprzyjają kreowaniu się na taką osobę jaką w istocie - wcale nie jesteśmy...

Gramy i tańczymy tak, jak nam zagrają... Zawsze to ktoś inny jest reżyserem życia.

O tym, że z lęku oraz frustracji rodzi się najczęściej nieukierunkowana agresja pisał już przenikliwy i wrażliwy Jene Ranschburg. Bystry obserwator i psycholog kliniczny, wiązał objawy - to że boimy się utraty dobrego zdania o nas, tego co zdobyliśmy - że za wszelką cenę unikamy straty, dotychczas osiąganych profitów. Złość i ciągła frustracja jest zagrożeniem: a to zerwaniem więzi, przyjaźni, a to - wykluczeniem z grupy lub pozbawieniem przywilejów i nagród. Stajemy się oschli, nieprzyjemni - w innych budzimy paniczny lęk. Zamiast podejmowania wspólnych działań, niszczymy innych - patrząc na nich, jak na konkurencję. 
Wreszcie dochodzi do tego że nie współpracujemy z nikim, nie pomagamy sobie nawzajem. Jesteśmy ślepi i głusi na drugą osobę, jej problemy i trudności, jej gorsze dni. 

Sama jesteś sobie winna, radź sobie - nie wszyscy wygrywają. 
Głupia jesteś, dasz się wykorzystać i ograć... Można ciebie tylko użyć. I to - raz...
Za tym najczęściej idzie zakaz bliskości, intymności.
 
Zaczynamy troszczyć się tylko o siebie, o swoich... Zabiegamy o to tylko, co postrzegamy jako zysk, jako "nasze" lub nam należne... 

Stajemy się wilkami i wilczycami w owczej skórze, ucząc tego samego swoje dzieci. Ucząc niszczenia siebie nawzajem. Im mniejsza konkurencja - tym łatwiej i prościej do celu... 
Tym więcej dla nas...

Wikłamy się w układy, zależności... Regulujemy prawo i tworzymy nowe zasady współżycia i współpracy. Nie ma mowy o prawdziwej radości i przyjemności przebywania razem. Nie ma spontaniczności... Nie ma też miejsca na budowanie więzi, zależności.

Jedna strona odczuwa lęk i niepokój. Druga - przewagę, dystans. Ma poczucie siły i mocy. 

poniedziałek, 1 października 2018

Matką się stajesz...

Nikt z urodzenia nie jest przygotowany i predysponowany do tej roli...
Nie stajemy się też matką jedynie w czasie ciąży, choć faktycznie zachodzące w nas hormonalne zmiany - załatwiają część problemu. 

Nawet nasza intuicja i to, co niejako zwierzęce odziedziczyliśmy - czyli nasz instynkt, sprzyja stawaniu się nie tylko Rodzicielką - Karmicielką, ale właśnie tym człowiekiem w jakiego ręce złożony będzie trud i praca z dzieckiem już od najwcześniejszego etapu... Matka, jako dawca życia i tej wyjątkowej, intuicyjnej i troskliwej opieki... Jako strażniczka i gwarant poczucia bezpieczeństwa i wreszcie jako osoba udzielająca odpowiedzi - reagująca - na wszelkie podstawowe pragnienia i potrzeby maleńkiej istoty...

Wiele kobiet nie czuje tego, jest przerażona, lęka się - że nie potrafi. Bo nie miały takich doświadczeń, bo tego nie czuje... Nikt nie dał jej z serca nic dobrego. A ten lęk - przewyższa pragnienie. Gasi je... 

Obawa zmusza do rezygnacji, ucieczki w siebie lub prowokuje do odczuwania i przeżywania wątpliwości. Jakby jej coś zabierano, jakby coś traciła. 
Jeszcze gorzej gdy z zadaniem pozostaje sama, samotna...

Matka... mamusia... mama... motherhood!

To nie jest zawód, ni profesja. To nie cel w sam sobie... Tu nie ma medali ani pochwał, wyróżnień... Na efekt przychodzi czekać całe życie. 

To zadanie dla optymistów, cierpliwych pasjonatów, dla ludzi którzy nie przestraszą się gorszych dni, porażek, potknięć. Nie boją się ryzyka i działania czasem na oślep, "na czuja". Nie wstydzą się upadać i prosić o pomoc. Wyciągają rękę prosząc, ale też dają innym wsparcie. Nie oceniają i nie przeceniają siebie i innych... Nie niszczą wiele, ale budują nie tak mało... Wciąż wstają, podnoszą się z kolan teraz, i codziennie. 

To nie jest wyjątkowość w człowieku ale zwykła ludzka przyzwoitość. 
Życie naprawdę i bez specjalnych złudzeń.

Mamy są w gotowości... Podnoszą się mimo zmęczenia - z łóżka... by utulić płacz, scałować łzy, być lekarstwem na ból i wszelką dolegliwość, by uspokoić i uśpić w ramionach nawet wtedy, gdy ledwie sama mama trzyma pion, pada ze zmęczenia - w chorobie i bólu... 

Czy macierzyństwo to zadanie, profesja, przeznaczenie??? Na pewno realizuje się poprzez codzienne "stawanie się", wchodzenie głębiej, poprzez nieskończoną ilość prób i uczenie się na błędach... 

Budowanie swojego obrazu, jego cząstki. Jest to mądra równowaga pomiędzy sporą ilością wielu składowych zadań, misji. To jakaś chorobliwa pasja i przeznaczenie... Trafia w człowieka, zakorzenia się w nim, zasadza się i kiełkuje. Albo nas rozwija, albo przytłacza. 
Na pewno - otwiera na bogactwo, umożliwia jego doświadczanie. 

Matka to nie funkcja, nie zawód - nie profesja czy rzemiosło jakieś.... To jakiegoś rodzaju misja - otwiera nas, buduje i konstytuuje. I nieprzerwanie zaskakuje. 

Stwarza w nas (z nas) nowego człowieka... 
Działa i rozrasta się w nas jak pasożyt, samodzielne życie czy pnącze, w różny - nie zawsze przynosząc jakiś spektakularny efekt - sposób. 

Kocham cię - choć jestem zła

Dorastanie przypomina ciążę, taką przenoszoną ze wszystkimi jej konsekwencjami zdrowotnymi - bólami, złymi nastrojami, odczuciami, gorszymi i lepszymi porankami...
Nie każdy z nas takiego młodego człowieka pragnie, czasem - mamy go jako rodzice - po prostu dość.

Mówimy: Przeginasz... przestań, ranisz mnie... Tak nie można... Nie chcę się za ciebie więcej wstydzić...

Rodzic jest zrozpaczony lub smutny, czasem od specjalistów usłyszy, że to jego wina, a młody człowiek dojrzewając ma prawo do trudnych zachowań i wszelkiej kontestacji, że tak dąży do autonomii i będzie wspaniałym dorosłym. Że rodzic musi przez to przejść także, przeczekać i znieść to, oraz jeszcze więcej... I niech się stara oraz rozumie cały problem- bo przecież był młody i wie jak to jest.

I choć wali ci się dom i rodzina, i trzeszczy w szwach również małżeństwo, to ty masz być osobą jak powinna zachować spokój. Być opoką i uzdrowieniem - relacji, stanu faktycznego, dać odpowiedź, znosić z godnością i cierpliwością - lub przyjąć ciosy na klatę. 

Milczymy, trwamy.
 
Zwieszamy głowę... myślimy jeszcze trochę, warto... tylko żal nam tego, co było, do czego wspólnie doszliśmy, czego się dopracowaliśmy razem w rodzinie... Co spajało nasze więzi i co dopełniało obraz ideałów ale i marzeń. Co było dotychczas po prostu konsekwencją...

Tak szybko trzeba tę względną równowagę pożegnać. Pewnie - na zawsze...