Jeżeli chodzi o spokój i przeżywanie - tak! Ale czy jeśli chodzi o menu...
Choinka nasza stanęła w rogu pokoju, z własnej uprawy, z działki, przewieziona chyłkiem do domu, mocno ukuła każdego w paluszki przy jej stawianiu i zdobieniu, tylko kot wie, jak z nią sobie poradzić... traktuje ją jak przerośnięte kaktusy...
Na stole, tylko domowe wypieki i nasze ręcznie czynione uszka z grzybami, jakie sami zbieraliśmy w ubiegłym roku, w lesie pod stokiem góry - gdzieś w okolicy Lubomierza, Koniny... pyszne, doprawione, ciasto w wykonaniu mojej mamy.
To co domowe, jest pyszne i najlepsze - nasze serniki i naprędce pieczony piernik - zrobiły furorę.
Można??? Można...
Trochę chęci i czasu, dawka miłości, jak zawsze powtarzam, czynią coś niepowtarzalnego n ie do podrobienia... Nawet ryba może być pyszna i inna, gdy zrobi się ją w cieście naleśnikowym, na żywej patelni, mniej tłuszczu, więcej smaku...
Sałatka z kiszonej kapusty, z cebulką i marchewką z jabłkiem... zdrowa, pyszna i kolorowa. Potem już tylko własnoręcznie pieczona i gotowana wędlina, coraz prościej taką kupić... ale polecam. Więcej pracy a smak, niepowtarzalny...
Może być i świątecznie i ekologicznie, niepowtarzalnie ale i dumnie... bo w wykonaniu zespołu. Cała rodzina, każdy jej członek może się przydać, każda para rąk...
Nawet kot, degustator... robił swoje. I sprawił się przy tym wyśmienicie... To nic, że po świętach wrócił do zwykłych parówek a nie wędliny za "więcej niż 36 zł za kilogram" jak to jego menu zawsze komentujemy... Kot, wie co je... ale jak się przeje, wraca do starych nawyków...
I nie ma się za co potępiać, nie długo - znów święta!!!
Blog o ekologii i rodzinie: relacjach, wychowaniu, miłości Podstawy oddziaływań psychologicznych Wiele tematów porusza problemy wychowania, zaburzenia zachowania i emocji, dysfunkcje Jak wspierać wychowanie w rodzinie i komunikację małżeńską Na czym polega wsparcie i pomoc psychologiczna Czym jest kontakt terapeutyczny O ekologii i zdrowiu O homeostazie i poszukiwaniu szczęścia Życie w domu Wspólnota i jej potrzeby Wsparcie i bliskość Miłość dziecka i znaczenie zaufania O szkole i roli rodziny
czwartek, 31 grudnia 2015
wtorek, 22 grudnia 2015
Ekologicznie i świątecznie
Nawet w tak wielkie święta można i ekologicznie... i świątecznie nakarmić rodzinę ale i - być z rodziną. Oprócz mody na ekologiczne drzewka, te w doniczce a nie te ucięte i skazane na wysuszenie przy naszych kaloryferach, a potem - na spalenie ich w piecu, lamusowni... jest to czas spożywania pyszności i domowych wypieków.
Święta mają swój walor niepowtarzalności, inności i wyjątkowości. Pachną na wiele sposobów i tak też smakują... Tej atmosfery można kosztować, jej nie da się kupić, zamówić i sprowadzić... ale można ją kolejnym pokoleniom zaszczepić.
Wszystko, co stworzą nasze dłonie, może być pyszne i zdrowe, mniej słodkie lub mniej tłuste, za sprawą własnej techniki wykonania, pomysłu, wielu magicznych prób i tego, że wiemy co i kto z nas lubi najbardziej...
Nawet jeśli wydaje nam się, że nie da się upiec gęsi czy kaczki w piekarniku bez tłuszczu, nic bardziej błędnego. Każde z mięs i drobiu jest tłuste i wręcz nie trzeba niczego "dolewać", i niczym dodatkowo "polewać go" - a tylko dobrze przyprawić... z nutką świątecznej fantazji i owinąć w folię... Można wtedy wykorzystać powstający w ten sposób, pachnący i świeży sos... i pychota gotowa...
Królestwo na zwykłym stole...
Prosto, można rzec, a wytrawnie - niecodzienne może być nawet ciasto domowe, niezbyt tłuste i z mniejszą zawartością cukru, pełne owoców a czasem też małej egzotyki, w postaci dodatków smakowych, a nie olejków zapachowych, z dodatkiem bakalii. Soki z kartonu zastąpić można pysznym domowym kompotem z mrożonych w lecie owoców, wciąż utrzymujących niebiański smak i kolor, skrywających witamin moc...
Nasze domowe przetwory cudownie komponują się z tym, co położone na wigilijnym stole... Powrót do kapusty modrej, buraczków z chrzanem czy zwykłej, kiszonej kapusty - to najlepsza rekomendacja polskiego stołu wigilijnego. A do tego - nie tylko karpie, komunistyczna spuścizna - lecz znów dzikie ryby - pstrąg i szczupak, warto aby wróciły na nasze stoły...
Wszystko jest kwestią dobrego smaku, przekazu pokoleniowego czy rady naszej mamy i babci, do tego jeszcze - techniki wykonania - i jak zawsze powtarzam, tej prawdziwej miłości - jakiej szczyptę dokłada się do każdego dania, do pełnego talerza, do przygotowanej własnoręcznie ozdoby na stole i na choince.
I o co warto też zabiegać??? Relacje rodzinne, czyste, otwarte, naprawione... Towarzystwo rodziny, przyjaciół to prawdziwe dopełnienie smaku, warto te dni świąteczne, najbliższe właśnie w taki sposób przeżyć, odkryć na nowo i utrwalić. Aby to, co najlepsze, stało się naszą domową, polską tradycją i wizytówką.
Święta mają swój walor niepowtarzalności, inności i wyjątkowości. Pachną na wiele sposobów i tak też smakują... Tej atmosfery można kosztować, jej nie da się kupić, zamówić i sprowadzić... ale można ją kolejnym pokoleniom zaszczepić.
Wszystko, co stworzą nasze dłonie, może być pyszne i zdrowe, mniej słodkie lub mniej tłuste, za sprawą własnej techniki wykonania, pomysłu, wielu magicznych prób i tego, że wiemy co i kto z nas lubi najbardziej...
Nawet jeśli wydaje nam się, że nie da się upiec gęsi czy kaczki w piekarniku bez tłuszczu, nic bardziej błędnego. Każde z mięs i drobiu jest tłuste i wręcz nie trzeba niczego "dolewać", i niczym dodatkowo "polewać go" - a tylko dobrze przyprawić... z nutką świątecznej fantazji i owinąć w folię... Można wtedy wykorzystać powstający w ten sposób, pachnący i świeży sos... i pychota gotowa...
Królestwo na zwykłym stole...
Prosto, można rzec, a wytrawnie - niecodzienne może być nawet ciasto domowe, niezbyt tłuste i z mniejszą zawartością cukru, pełne owoców a czasem też małej egzotyki, w postaci dodatków smakowych, a nie olejków zapachowych, z dodatkiem bakalii. Soki z kartonu zastąpić można pysznym domowym kompotem z mrożonych w lecie owoców, wciąż utrzymujących niebiański smak i kolor, skrywających witamin moc...
Nasze domowe przetwory cudownie komponują się z tym, co położone na wigilijnym stole... Powrót do kapusty modrej, buraczków z chrzanem czy zwykłej, kiszonej kapusty - to najlepsza rekomendacja polskiego stołu wigilijnego. A do tego - nie tylko karpie, komunistyczna spuścizna - lecz znów dzikie ryby - pstrąg i szczupak, warto aby wróciły na nasze stoły...
Wszystko jest kwestią dobrego smaku, przekazu pokoleniowego czy rady naszej mamy i babci, do tego jeszcze - techniki wykonania - i jak zawsze powtarzam, tej prawdziwej miłości - jakiej szczyptę dokłada się do każdego dania, do pełnego talerza, do przygotowanej własnoręcznie ozdoby na stole i na choince.
I o co warto też zabiegać??? Relacje rodzinne, czyste, otwarte, naprawione... Towarzystwo rodziny, przyjaciół to prawdziwe dopełnienie smaku, warto te dni świąteczne, najbliższe właśnie w taki sposób przeżyć, odkryć na nowo i utrwalić. Aby to, co najlepsze, stało się naszą domową, polską tradycją i wizytówką.
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Kosmetyki ekologiczne
Mimo, że te często przemysłowo wykonane też są dostępne w drogeriach i perfumeriach- w Polsce - np. dr Tołpy, ale też marki Ziaja, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w domowym zaciszu część chemii gospodarczej, past czyszczących a nawet proszek możemy zastąpić czymś, co jest w pełni biodegradowalne, co nie niszczy i nie zabija mikrożyjątek, ale też nam nie szkodzi... Nasze kuchnie są pełne półproduktów - soli, ziół, mieszanek nasion oraz orzechów, i nie przychodzi nam do głowy - by wykorzystywać je w inny, niż tradycyjny, sposób.
Ostatnio koleżanka oczyściła tak skutecznie mój strasznie "zakamieniony" czajnik z użyciem kwasku cytrynowego, że byłam pod wrażeniem, powtarzam ten proces co 3-4 tygodnie, jest genialny... Zamiast drogich past do srebra, pełnych chemii i dodatków lotnych - sama wróciłam do najzwyklejszej pasty do zębów i suchej szmatki lub papierowego ręcznika... Drobne zabiegi, a cieszą...
Jakże cieszy mnie wykonywanie własnych mieszanek - maseczek, odżywek, "polepszaczy samopoczucia i wyglądu kobiety" i dla swego komfortu - gładka cera, pachnące i zdrowe półprodukty, i pyszna oraz zwykle słodka zabawa, skłania, aby mieć czas dla siebie... aby zadbać i pokochać siebie... no i, niebagatelne, zmniejszyć wydatki.
Lubię czasem coś sama zmajstrować ale i podpatrzeć od koleżanek, sposoby na odplamianie, pozbawianie białych rzeczy szarej i żółtej barwy, ożywianie wnętrza zapachem ciętych lub miętych ziół... lub sadzeniem w otoczeniu odpowiednich kwiatów doniczkowych.
Myślicie, że to jest nudne???... Nawet moje dorastające córki są zaciekawione, przynoszą nowe przepisy, pomysły. Młodzież jest teraz otwarta i zapalona do natury i jej darów... Sprawdzają na sobie kombinacje ciekawych a zapomnianych środków, które były tak oczywiste dla pokolenia naszych babć - nawet nielubiane siemię lniane czy orzechy, na jakie jesteśmy uczulone (stosując je wewnętrznie), mogą posłużyć wyglądowi i urodzie... w maseczce czy scrubie. Warto trochę odważniej poeksperymentować.
Ciało będzie wdzięczne a stworzony płyn do mycia naczyń nie wywoła na dłoniach uczulenia ani egzemy.
Ostatnio koleżanka oczyściła tak skutecznie mój strasznie "zakamieniony" czajnik z użyciem kwasku cytrynowego, że byłam pod wrażeniem, powtarzam ten proces co 3-4 tygodnie, jest genialny... Zamiast drogich past do srebra, pełnych chemii i dodatków lotnych - sama wróciłam do najzwyklejszej pasty do zębów i suchej szmatki lub papierowego ręcznika... Drobne zabiegi, a cieszą...
Jakże cieszy mnie wykonywanie własnych mieszanek - maseczek, odżywek, "polepszaczy samopoczucia i wyglądu kobiety" i dla swego komfortu - gładka cera, pachnące i zdrowe półprodukty, i pyszna oraz zwykle słodka zabawa, skłania, aby mieć czas dla siebie... aby zadbać i pokochać siebie... no i, niebagatelne, zmniejszyć wydatki.
Lubię czasem coś sama zmajstrować ale i podpatrzeć od koleżanek, sposoby na odplamianie, pozbawianie białych rzeczy szarej i żółtej barwy, ożywianie wnętrza zapachem ciętych lub miętych ziół... lub sadzeniem w otoczeniu odpowiednich kwiatów doniczkowych.
Myślicie, że to jest nudne???... Nawet moje dorastające córki są zaciekawione, przynoszą nowe przepisy, pomysły. Młodzież jest teraz otwarta i zapalona do natury i jej darów... Sprawdzają na sobie kombinacje ciekawych a zapomnianych środków, które były tak oczywiste dla pokolenia naszych babć - nawet nielubiane siemię lniane czy orzechy, na jakie jesteśmy uczulone (stosując je wewnętrznie), mogą posłużyć wyglądowi i urodzie... w maseczce czy scrubie. Warto trochę odważniej poeksperymentować.
Ciało będzie wdzięczne a stworzony płyn do mycia naczyń nie wywoła na dłoniach uczulenia ani egzemy.
sobota, 5 grudnia 2015
Ekologiczne zabawki
Prowokacyjnie trochę zaczęłam szukać kilka dni temu - Mikołajowo i Gwiazdkowo - zabawek drewnianych, o pomysłowych kształtach, kolorach... Zbliża się wszak święty Mikołaj i pomyślałam: Dam szansę wielkopowierzchniowym marketom, a co tam... Pewnie znajdę jakieś worek klocków z drewna, może nawet barwionych, może bejcowanych - w zaskakująco korzystnej cenie...
Choć znam adresy takich sklepów w moim mieście, gdzie kukiełki, pacynki i zabawki, klocki i pojazdy, pociągi i samochody wykonane są z drewna, z gałganków, z naturalnych produktów... ale równocześnie - "umieram powoli", gdy patrzę na cenę takiego "drobiazgu". Kiedyś były też wycinane szablony do "złożenia" np. dinozaura lub innego zwierzęcia, do pomalowania go - surowa sklejka i czysta kreacja, zadanie dla ojca i syna/lub córki...
Jakże się zawiodłam szukając i pytając: "Słucham, jakie, drewniane i ekologiczne???"
Ani jednej sztuki, kolory, plastik... Jeśli klocki to nieśmiertelne komplety lego... zwykle jakaś stacja, zabudowa lub pojazd... Nie znalazłam nic "prostego", szarego, wielofunkcyjnego, pozwalającego na samodzielne myślenie i tworzenie - zamków, murów, domów, nowych krain oraz planet, światów - i ich nowych zarysów z wykorzystaniem roślin domowych, liści, świeżo zebranych jesienią kasztanów czy żołędzi...
A co z naszą bliskością i spójnością z naturą, przełożeniem rzeczywistości na tę magię "zabawowego" świata, jeżeli nie mogę dopasować tego do siebie, moich wizji i mojego "tak lubię!" - a także pokazać każdemu dziecku, że to jest możliwe i dozwolone...
Skąd wziąć mam przed Mikołajowym szaleństwem, te cudne twory - dlaczego mam się oddawać w niewolę plastikowi, gumie, folii i innym tworzywom, nierzeczywistym barwom - skoro kocham kamyki, patyki i szkiełka obrobione gładko przez morskie fale, liście i muszelki, kolory bursztynu, ochry i miedzi...
I skoro tego chcę, chcę nauczyć też mojego bratanka, pokazać mu co i jak można wykonać nieszablonowo, swoimi rękami - a tak.... muszę szukać gdzie indziej, płacić dużo więcej i/lub tworzyć coś sama - zbierać, gromadzić piórka i kamyki, muszle i żyjątka - z odrobiną fantazji, niepokornie, po prostu - inaczej...
Choć znam adresy takich sklepów w moim mieście, gdzie kukiełki, pacynki i zabawki, klocki i pojazdy, pociągi i samochody wykonane są z drewna, z gałganków, z naturalnych produktów... ale równocześnie - "umieram powoli", gdy patrzę na cenę takiego "drobiazgu". Kiedyś były też wycinane szablony do "złożenia" np. dinozaura lub innego zwierzęcia, do pomalowania go - surowa sklejka i czysta kreacja, zadanie dla ojca i syna/lub córki...
Jakże się zawiodłam szukając i pytając: "Słucham, jakie, drewniane i ekologiczne???"
Ani jednej sztuki, kolory, plastik... Jeśli klocki to nieśmiertelne komplety lego... zwykle jakaś stacja, zabudowa lub pojazd... Nie znalazłam nic "prostego", szarego, wielofunkcyjnego, pozwalającego na samodzielne myślenie i tworzenie - zamków, murów, domów, nowych krain oraz planet, światów - i ich nowych zarysów z wykorzystaniem roślin domowych, liści, świeżo zebranych jesienią kasztanów czy żołędzi...
A co z naszą bliskością i spójnością z naturą, przełożeniem rzeczywistości na tę magię "zabawowego" świata, jeżeli nie mogę dopasować tego do siebie, moich wizji i mojego "tak lubię!" - a także pokazać każdemu dziecku, że to jest możliwe i dozwolone...
Skąd wziąć mam przed Mikołajowym szaleństwem, te cudne twory - dlaczego mam się oddawać w niewolę plastikowi, gumie, folii i innym tworzywom, nierzeczywistym barwom - skoro kocham kamyki, patyki i szkiełka obrobione gładko przez morskie fale, liście i muszelki, kolory bursztynu, ochry i miedzi...
I skoro tego chcę, chcę nauczyć też mojego bratanka, pokazać mu co i jak można wykonać nieszablonowo, swoimi rękami - a tak.... muszę szukać gdzie indziej, płacić dużo więcej i/lub tworzyć coś sama - zbierać, gromadzić piórka i kamyki, muszle i żyjątka - z odrobiną fantazji, niepokornie, po prostu - inaczej...
Trudno jest być rodzicem
Rodzice tak naprawdę to "nic dobrego, i nic złego", czasem tylko trzeba trochę w relacjach rodzicielskich i pomiędzy rodzicami oraz dziećmi, trochę posprzątać...
Jako osoby dorosłe, rodzice chcielibyśmy być bezstronni, obojętni, prawie transparentni w stosunku do naszych dzieci... Partnerzy, stosunki partnerskie pomiędzy rodzicami, pomiędzy rodzicami a ich dziećmi - partnerskie - czyli jakie???
Bez wyrazu, bez mocy i bez charakteru...
Dlaczego boimy się mieć twarz, jedną i zdecydowaną. Konsekwentną - taką jakiej potrzebuje właśnie młody człowiek, stawiać wymagania, otwarcie pytać, mediować, uzgadniać. Pokazać, że mamy charakter i, jak określa to młodzież - mamy "jaja".
To nic złego wymagać, wspierać też można mądrze i konsekwentnie a nie - konsekwentnie dawać wsparcie na zło i eksperymenty, świadome kosmiczne braki w zachowaniu, kulturze, pracy nad sobą i inne młodzieńcze grzechy...
Dzieciaki lubią jasne i określone, spójne postępowanie. Mają wobec czego się dookreślić, ustawić, zbuntować na coś lub wobec czegoś, albo porzucić przyzwyczajenia, sprawdzić ich małą skuteczność. Dla mnie ważniejsze, i darzę je większym zaufaniem, są techniki awersyjne - sparz się, dotknij i niech boli, czasem nawet złam sobie kończynę, jeśli już musisz na własnej skórze się przekonać.
Życie jest po to, aby je odczuwać, przeżywać - by bolało czasem... Nie da się o życiu tylko opowiadać, trzeba je przeżyć. Młodzi ludzie najlepiej to wiedzą...To doświadczenie uczy samodzielności, odwagi i wreszcie - dumy z dokonań...
Nie dziękują nam za przemądrzałe nauki, nieomylność, pewność i za słowa pouczenia, ale za obecność - często też za fizyczne i emocjonalne, bolesne przecież odrzucenia. Za oddalenie, izolację lub też - kiedy indziej - czułe przytulenie, pocieszanie i zrozumienie, w końcu - ofiarowanie wsparcia czy pomocy, rozmowę, bycie blisko.
Rodzice nie są po to, by pociechę zasłaniać przed światem, ochraniać, ukrywać - przyjmować ciosy zewnętrznego świata. Dość mamy swojej własnej walki i swoich przegranych oraz momentów chwały.
Pozwólmy młodym doświadczać i być, dokonywać wyborów, podejmować wysiłek, ubrudzić się życiem... Prawdą... Bo spotkanie z prawdą, konfrontacja z nią a nie z fikcją - uczy nas najtrwalej i najwięcej.
Jako osoby dorosłe, rodzice chcielibyśmy być bezstronni, obojętni, prawie transparentni w stosunku do naszych dzieci... Partnerzy, stosunki partnerskie pomiędzy rodzicami, pomiędzy rodzicami a ich dziećmi - partnerskie - czyli jakie???
Bez wyrazu, bez mocy i bez charakteru...
Dlaczego boimy się mieć twarz, jedną i zdecydowaną. Konsekwentną - taką jakiej potrzebuje właśnie młody człowiek, stawiać wymagania, otwarcie pytać, mediować, uzgadniać. Pokazać, że mamy charakter i, jak określa to młodzież - mamy "jaja".
To nic złego wymagać, wspierać też można mądrze i konsekwentnie a nie - konsekwentnie dawać wsparcie na zło i eksperymenty, świadome kosmiczne braki w zachowaniu, kulturze, pracy nad sobą i inne młodzieńcze grzechy...
Dzieciaki lubią jasne i określone, spójne postępowanie. Mają wobec czego się dookreślić, ustawić, zbuntować na coś lub wobec czegoś, albo porzucić przyzwyczajenia, sprawdzić ich małą skuteczność. Dla mnie ważniejsze, i darzę je większym zaufaniem, są techniki awersyjne - sparz się, dotknij i niech boli, czasem nawet złam sobie kończynę, jeśli już musisz na własnej skórze się przekonać.
Życie jest po to, aby je odczuwać, przeżywać - by bolało czasem... Nie da się o życiu tylko opowiadać, trzeba je przeżyć. Młodzi ludzie najlepiej to wiedzą...To doświadczenie uczy samodzielności, odwagi i wreszcie - dumy z dokonań...
Nie dziękują nam za przemądrzałe nauki, nieomylność, pewność i za słowa pouczenia, ale za obecność - często też za fizyczne i emocjonalne, bolesne przecież odrzucenia. Za oddalenie, izolację lub też - kiedy indziej - czułe przytulenie, pocieszanie i zrozumienie, w końcu - ofiarowanie wsparcia czy pomocy, rozmowę, bycie blisko.
Rodzice nie są po to, by pociechę zasłaniać przed światem, ochraniać, ukrywać - przyjmować ciosy zewnętrznego świata. Dość mamy swojej własnej walki i swoich przegranych oraz momentów chwały.
Pozwólmy młodym doświadczać i być, dokonywać wyborów, podejmować wysiłek, ubrudzić się życiem... Prawdą... Bo spotkanie z prawdą, konfrontacja z nią a nie z fikcją - uczy nas najtrwalej i najwięcej.
czwartek, 3 grudnia 2015
"Drzewo i Człowiek" czyli słów kilka o idei testów projekcyjnych
Drzewa mają wielkie znaczenie w życiu człowieka, mówimy, że chcielibyśmy mieć dom z buczyny, że sadzimy drzewo upamiętniając ważne wydarzenia, że ciosamy kołki komuś na głowie. Na drzewie lub pod nim ukrywaliśmy w dzieciństwie sekrety. Najczęściej w ich koronach mieszkają ptaki, chronią się wiewiórki... drzewa dają cień, niosą ukojenie.
Drzewa - ich liczne połacie - dają nam upragniony tlen, osłonę przed słońcem czy deszczem, gdy rosną wokół nas - po prostu są "za darmo", są źródłem drewna i ciepła, są darem Boga dla nas... I różnorodnością. Wciąż przecież tworzymy nowe odmiany, gatunki i szczepy - bawiąc się czasem w bogów.
"Korona drzewa" - mówimy o tym, co wieńczy pień - czyli - coś pięknego, jedynego w swoim rodzaju... Ile różnych drzew, tyle oryginalnych pomników, pamiątek wydarzeń oraz śladów historii i przyrody...
Mówimy - kochać kogoś do grobowej deski, i z tych desek - najczęściej - ktoś zrobi dla nas trumnę... Pod drzewem prosimy kogoś o rękę lub przyjmujemy oświadczyny... Przytulamy się, całujemy, nawet rodzimy się i umieramy - też w ciszy drzew. Przy ich niemym udziale...
Uwielbiam dwa testy psychologiczne, typowo projekcyjne - jakie można wykorzystać w pracy i z dorosłymi i z dziećmi. Zwłaszcza ze każdy z nas w ukryciu, dla samego siebie coś tam zawsze rysuje, szkicuje, bazgrze ołówkiem... I choć, niestety, jest wielu przeciwników testów projekcyjnych, to stanowią one naprawdę dobre źródło informacji oraz często, punkt wyjścia do pracy z człowiekiem, do rozmowy...
Powód do zadumy, skoncentrowania się na kilku problemach - wyboru ich do dalszej pracy psychologicznej...
Test człowieka - postaci ludzkiej - jest trudny, zajmujący ale naprawdę, dla znającej go osoby - wielopłaszczyznowy. Niby banalnie prosty, wystarczy narysować człowieka, tylko ołówkiem... Postać ludzką...
Inna sprawa, test drzewa jest wyjątkowy - twórczy, nieposkromiony, szalony, czasem - zaskakująco ciekawy... Trudny w interpretacji - to fakt, jednak sam czas wykonania testu, praca danej osoby, włożona w kontakt z papierem i ołówkiem - li tylko, stanowi całą głębię oraz bogactwo informacji o tej okoliczności, ale też - mówi nam o całym życiowym kontekście.
Analizujemy całość tego zdarzenia, jakość kontaktu i badania... Rysowanie, aktywność, oddanie tej pracy i zaangażowanie. Kiedy indziej - opór i drobne zaniechania, wymazywanie treści, poprawki - ten cały wkład pracy, a przecież dają one zwykle mocno zaskakujący efekt...
Test projekcyjny czasem nam coś mówi, kiedy indziej - milczy o czymś...
Drzewo, wydaje nam się z natury, zawsze milczy. Ale to narysowane, wiele wyraża. Pozostaje i nam - milczeć, czekać, słuchać - a może... delikatnie rozchylić gałęzie, próbując znaleźć ukryte pomiędzy nimi - drobne owoce.
Drzewa - ich liczne połacie - dają nam upragniony tlen, osłonę przed słońcem czy deszczem, gdy rosną wokół nas - po prostu są "za darmo", są źródłem drewna i ciepła, są darem Boga dla nas... I różnorodnością. Wciąż przecież tworzymy nowe odmiany, gatunki i szczepy - bawiąc się czasem w bogów.
"Korona drzewa" - mówimy o tym, co wieńczy pień - czyli - coś pięknego, jedynego w swoim rodzaju... Ile różnych drzew, tyle oryginalnych pomników, pamiątek wydarzeń oraz śladów historii i przyrody...
Mówimy - kochać kogoś do grobowej deski, i z tych desek - najczęściej - ktoś zrobi dla nas trumnę... Pod drzewem prosimy kogoś o rękę lub przyjmujemy oświadczyny... Przytulamy się, całujemy, nawet rodzimy się i umieramy - też w ciszy drzew. Przy ich niemym udziale...
Uwielbiam dwa testy psychologiczne, typowo projekcyjne - jakie można wykorzystać w pracy i z dorosłymi i z dziećmi. Zwłaszcza ze każdy z nas w ukryciu, dla samego siebie coś tam zawsze rysuje, szkicuje, bazgrze ołówkiem... I choć, niestety, jest wielu przeciwników testów projekcyjnych, to stanowią one naprawdę dobre źródło informacji oraz często, punkt wyjścia do pracy z człowiekiem, do rozmowy...
Powód do zadumy, skoncentrowania się na kilku problemach - wyboru ich do dalszej pracy psychologicznej...
Test człowieka - postaci ludzkiej - jest trudny, zajmujący ale naprawdę, dla znającej go osoby - wielopłaszczyznowy. Niby banalnie prosty, wystarczy narysować człowieka, tylko ołówkiem... Postać ludzką...
Inna sprawa, test drzewa jest wyjątkowy - twórczy, nieposkromiony, szalony, czasem - zaskakująco ciekawy... Trudny w interpretacji - to fakt, jednak sam czas wykonania testu, praca danej osoby, włożona w kontakt z papierem i ołówkiem - li tylko, stanowi całą głębię oraz bogactwo informacji o tej okoliczności, ale też - mówi nam o całym życiowym kontekście.
Analizujemy całość tego zdarzenia, jakość kontaktu i badania... Rysowanie, aktywność, oddanie tej pracy i zaangażowanie. Kiedy indziej - opór i drobne zaniechania, wymazywanie treści, poprawki - ten cały wkład pracy, a przecież dają one zwykle mocno zaskakujący efekt...
Test projekcyjny czasem nam coś mówi, kiedy indziej - milczy o czymś...
Drzewo, wydaje nam się z natury, zawsze milczy. Ale to narysowane, wiele wyraża. Pozostaje i nam - milczeć, czekać, słuchać - a może... delikatnie rozchylić gałęzie, próbując znaleźć ukryte pomiędzy nimi - drobne owoce.
środa, 2 grudnia 2015
Ekologiczny burger
Mój mąż padł wczoraj z wrażenia...
Kiedyś miał ochotę na gotowe - z sieciowego sklepu pochodzące, zapakowane próżniowo burgery. Odstraszyłyśmy go, pokazując datę przydatności do spożycia.
Owego dnia wczorajszego, moja córka powiedziała: "mamo - idź, kup świeżego mielonego mięska wołowego i wieprzowego, i wszystkiego co zielone - sałaty lodowej, kilka główek cebuli białej oraz czerwonej, do tego nie zapomnij - pachnące pomidory". W domu otworzyłam słoik własnych, kiszonych ogórków - cudo... pachnące, twarde i chrupkie.... Kwaśne i mocno jeszcze zielone z własnej, uroczej działki.
I tym sposobem, własnymi siłami, z dodatkowym udziałem jajka i odrobiny mąki oraz drobno posiekanej cebulki zrobiłyśmy i usmażyłyśmy te cuda... soczyste, pyszne, kruche, pachnące i lekko rozpadające się - a nie takie, jak szara podeszwa... bez wyrazu i bez smaku. Nawet bez zapachu.
Do tego świeże, choć pszenne bułeczki... Udana kompozycja kolorystyczno - smakowa, naprawdę kulinarna zabawa nie do zapomnienia... musztarda i majonez dla podkreślenia charakteru.
Mój mąż, i ojciec dzieciom, był w szoku. Nigdy nie przypuszczał, że tak może smakować domowa kuchnia, a równocześnie przecież z tak fast-food'owym odcieniem...
Notowania córki wzrosły (ostatnio mają taką tendencję!), inicjatywa została doceniona. Przede wszystkim jest to dowód, że można odświeżyć temat tak "zakazany" i "potępiony", przecież domowe burgery mogą istnieć, zbliżone są te, z oryginalnej sieci "burger-kinga", mają po prostu smak tego mielonego mięsa z cebulką... Tak zbliżającego nas do rzeczywistości...
I teraz, jeśli ktoś mi powie, że nie można szybko i smacznie - będę się upierała, że można...
Można mieć też frajdę wspólnego działania - tworzenia własnej, autorskiej interpretacji zdrowego i kolorowego jedzenia, pełnego warzyw talerza dodatków - pochodzących częściowo ze słoików przygotowanych i wypełnionych po brzegi latem. W ten sposób zasiadamy do talerza współczesnych atrakcji, która za każdym razem może smakować - ciut inaczej...
I tym obroni się sama.
Kiedyś miał ochotę na gotowe - z sieciowego sklepu pochodzące, zapakowane próżniowo burgery. Odstraszyłyśmy go, pokazując datę przydatności do spożycia.
Owego dnia wczorajszego, moja córka powiedziała: "mamo - idź, kup świeżego mielonego mięska wołowego i wieprzowego, i wszystkiego co zielone - sałaty lodowej, kilka główek cebuli białej oraz czerwonej, do tego nie zapomnij - pachnące pomidory". W domu otworzyłam słoik własnych, kiszonych ogórków - cudo... pachnące, twarde i chrupkie.... Kwaśne i mocno jeszcze zielone z własnej, uroczej działki.
I tym sposobem, własnymi siłami, z dodatkowym udziałem jajka i odrobiny mąki oraz drobno posiekanej cebulki zrobiłyśmy i usmażyłyśmy te cuda... soczyste, pyszne, kruche, pachnące i lekko rozpadające się - a nie takie, jak szara podeszwa... bez wyrazu i bez smaku. Nawet bez zapachu.
Do tego świeże, choć pszenne bułeczki... Udana kompozycja kolorystyczno - smakowa, naprawdę kulinarna zabawa nie do zapomnienia... musztarda i majonez dla podkreślenia charakteru.
Mój mąż, i ojciec dzieciom, był w szoku. Nigdy nie przypuszczał, że tak może smakować domowa kuchnia, a równocześnie przecież z tak fast-food'owym odcieniem...
Notowania córki wzrosły (ostatnio mają taką tendencję!), inicjatywa została doceniona. Przede wszystkim jest to dowód, że można odświeżyć temat tak "zakazany" i "potępiony", przecież domowe burgery mogą istnieć, zbliżone są te, z oryginalnej sieci "burger-kinga", mają po prostu smak tego mielonego mięsa z cebulką... Tak zbliżającego nas do rzeczywistości...
I teraz, jeśli ktoś mi powie, że nie można szybko i smacznie - będę się upierała, że można...
Można mieć też frajdę wspólnego działania - tworzenia własnej, autorskiej interpretacji zdrowego i kolorowego jedzenia, pełnego warzyw talerza dodatków - pochodzących częściowo ze słoików przygotowanych i wypełnionych po brzegi latem. W ten sposób zasiadamy do talerza współczesnych atrakcji, która za każdym razem może smakować - ciut inaczej...
I tym obroni się sama.
Subskrybuj:
Posty (Atom)