O asertywności powiedziano już naprawdę wiele. Czasem zbyt dużo, by to wszystko podnieść i unieść w życie. Najczęściej mówi się o odmowie, asertywnej i stanowczej. Mocnej i osobistej odmowie...
Asertywność - to nie tylko zachowanie ale cała, złożona, skomplikowana postawa. Daje nam oddech, poczucie swobody i wolność, pozwala nam na zachowanie godności oraz pokazuje całą spójność naszych myśli i następujących po nich, w konsekwencji - czynów.
Asertywność to postawa zgodności wewnętrznej. Harmonii - ekologiczna i zdrowa jedność sił, potencjału i przekonań o sobie i innych. Taka pozytywna energia zmiany. Jednocześnie odczuwane przekonanie o tym co czuję i wiem, jaki mam stosunek do działania, bez dyskontowania osoby. Do tego, bez poczucia winy czy niepewności, że to co zaraz zrobię lub powiem - jaki czyn podejmę i to, jak zakomunikuję o decyzji innym, jest w harmonii ze mną. Oddaje mnie całego. Nie szkodzi, a buduje też perspektywę dalszej współpracy.
W tym wszystkim jakże ważna jest pewność i spokój, nastawienie "nie krzywdzę nikogo". Dzięki niej uzyskujemy wewnętrzny pokój - nie mamy wątpliwości, jakie dotychczas targały nami. Budziły wciąż powracające poczucie winy...
Generalnie - nie mamy takich lub nie dopuszczamy do takiego odczucia...
W obu stronach wymiany, w sobie i adwersarzu - nie wywołujemy poczucia winy, choć pewnie dyskomfort jest przeżywany.
Dlaczego? Bo często przecież prośba czy propozycja pada z ust osoby dla nas ważnej, istotnej - przyjaciela czy kolegi. Czasem mamy czy taty... do dziecka, i odwrotnie. Ta znajomość, układ tajny przez poufny, wiążący nas - powoduje ów dyskomfort.
Bo wydaje nam się że przez całe życie i nadal - pozostajemy we współzależności... I tyle, aż tyle... Więc jak tu mówić - nie chcę, nie potrzebuję, nie zrobię tego, nie smakuje mi... nie lubię... mam przesyt. Gdy myślę o niesmacznym posiłku, który zawsze ugodowo przyjmowałam - aż wreszcie mam tej ugodowości dość, tej "zgody powszedniej" - nawet milczącego "tak".
Czym się zasłaniam, ano moją racją, człowiekiem we mnie ze swoją niezależnością czy mądrością - tym moim "dość tego!". Przecież nie przedkładam siebie nad drugiego człowieka, nie po to, by mieć przewagę... ale by zachować godność. Zachować wręcz siebie, obronić siebie...
Jestem mały, jestem słaby... Ale mam swoje zdanie. Bo już wystarczy tej ugody we mnie, nie smakuje mi zupa mleczna z kożuchem. Zawsze była wstrętna... ale wreszcie dojrzałem, ja mam odwagę i podjąłem decyzję by to powiedzieć... Nie, nie będę więcej jej jadła...
Pierwszy raz czuję się wolna, pierwszy raz niezależna - już czas na mnie. Dojrzewam do bycia osobą niezależną. Do dookreślenia siebie, powiedzenia: Oto jestem! Taka właśnie jestem!
Blog o ekologii i rodzinie: relacjach, wychowaniu, miłości Podstawy oddziaływań psychologicznych Wiele tematów porusza problemy wychowania, zaburzenia zachowania i emocji, dysfunkcje Jak wspierać wychowanie w rodzinie i komunikację małżeńską Na czym polega wsparcie i pomoc psychologiczna Czym jest kontakt terapeutyczny O ekologii i zdrowiu O homeostazie i poszukiwaniu szczęścia Życie w domu Wspólnota i jej potrzeby Wsparcie i bliskość Miłość dziecka i znaczenie zaufania O szkole i roli rodziny
wtorek, 18 grudnia 2018
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Nie mogę tak dłużej...
Nie mogę tego ciągnąć, budować, współtworzyć... Nie mam siły, brakuje mi dawnej świeżości. Coraz więcej młodych mam chce tylko wejść do pokoju, do gabinetu - ale nie rozmawiać, zostawić coś, złożyć dokument czy podanie i uciec niby zając - byle dalej...
Ta niegdysiejsza prośba o rozmowę i czas - to dzisiejsze wykrzyczane na skróty życzenie czy bezosobowy komunikat. Bez zatrzymania i bez dłuższej refleksji. Wypowiedziany szybko i z rezygnacją, w bezradności... kiedy człowiek jest spięty, samotny, opuszczony...
To wszystko brzmi jak jęk... Jak stęknięcie.
Jak dźwięk wypuszczanego powietrza...
Bezdechu... Zatrzymanie.
I choćby chciało się pomóc i wesprzeć - to tego człowieka już nie ma. Jest może jeszcze sam korpus... lub ktoś właśnie ukrył się, zbiega po schodach, znika... Chyba, że sytuacja dotyczy wartościowego przedmiotu. Wtedy mamy go na chwilę. Rozbiegany, spanikowany - bo powinien być już gdzie indziej.
Czy czeka na nas tylko jakieś inne "gdzieś" i świat się tak zmienił, tak pędzi, że nasze relacje porwały się jak sieci pajęczyny. Czy kilka rzeczy można realizować w jednym momencie, płytko i powierzchownie...
Niestety, takie odnoszę wrażenie, że przykładamy małą wagę do związków międzyludzkich, zależności, do współdziałania. Nie lubimy też towarzyszącego wychowaniu wysiłku, pracy, konieczności zatrzymania się, przemyślenia strategii i podjęcia kolejnych kroków. Boimy się skupienia i refleksji... Wszelkiej aktywności wymagającej od nas czasu i pomysłu, intensywnej pracy... Nawet - gdy podmiotem wspólnego działania - jest dziecko.
Ta niegdysiejsza prośba o rozmowę i czas - to dzisiejsze wykrzyczane na skróty życzenie czy bezosobowy komunikat. Bez zatrzymania i bez dłuższej refleksji. Wypowiedziany szybko i z rezygnacją, w bezradności... kiedy człowiek jest spięty, samotny, opuszczony...
To wszystko brzmi jak jęk... Jak stęknięcie.
Jak dźwięk wypuszczanego powietrza...
Bezdechu... Zatrzymanie.
I choćby chciało się pomóc i wesprzeć - to tego człowieka już nie ma. Jest może jeszcze sam korpus... lub ktoś właśnie ukrył się, zbiega po schodach, znika... Chyba, że sytuacja dotyczy wartościowego przedmiotu. Wtedy mamy go na chwilę. Rozbiegany, spanikowany - bo powinien być już gdzie indziej.
Czy czeka na nas tylko jakieś inne "gdzieś" i świat się tak zmienił, tak pędzi, że nasze relacje porwały się jak sieci pajęczyny. Czy kilka rzeczy można realizować w jednym momencie, płytko i powierzchownie...
Niestety, takie odnoszę wrażenie, że przykładamy małą wagę do związków międzyludzkich, zależności, do współdziałania. Nie lubimy też towarzyszącego wychowaniu wysiłku, pracy, konieczności zatrzymania się, przemyślenia strategii i podjęcia kolejnych kroków. Boimy się skupienia i refleksji... Wszelkiej aktywności wymagającej od nas czasu i pomysłu, intensywnej pracy... Nawet - gdy podmiotem wspólnego działania - jest dziecko.
środa, 24 października 2018
Samotność czyli mama i tata na pełnym etacie
Zbyt często chyba dajemy sobie przyzwolenie na poświęcenie czasu całkowicie tym co poważne, zajęcie się tylko tym, co istotne w świecie dorosłych. Obowiązki domowe sprowadzamy do zrobienia zakupów czy zabezpieczenia rodzinie gorącego posiłku... posprzątania otoczenia, zabezpieczenia podstawowych potrzeb.
Ale czy nie zalicza się do nich czas??? Poświecenie czasu - na bycie, na wysłuchanie - na rozmowę...
Na jednej z konferencji na jakiej byłam w tym roku obecna a dotyczącej kondycji psychicznej młodzieży padło niezwykle ciekawe pytanie z sali. Jakiego typu dzieci, lub dzieci jakich rodziców są dziś najczęściej klientami...
Pozornie, pytanie na jakie nie da się odpowiedzieć. Nie powinno się być może o tym problemie tak myśleć. Tak go czytać... Ale...
Tak, jednak jest pewna prawidłowość. Bo można tę grupę określić jako "dzieci rodziców - których NIE MA".
Nie są w wychowaniu obecni. Mają zawsze usprawiedliwienie lub alibi na swoją nieobecność przy dziecku. Na brak podążania lub towarzyszenia.
Nie ma ich prawdziwie w domu, czasem są tam, lecz jedynie ciałem.
Bez zainteresowania swoją pociechą, jej życiem i trudnościami. Zakłopotani tym - że młody człowiek dojrzewa, jak owoc w pełni sezonu.
Dramatyczna pustka i samotność młodego pokolenia.
Odczuwana naprawdę gorycz samotności i krzywda porzucenia, wszechogarniająca samotność i to dławiące poczucie, jak jestem mało ważny dla bliskich, mało wart...
Potem pytamy siebie...
Skąd się biorą dziwne przekonania na swój temat młodego człowieka - ano przeanalizujmy ich źródło: brak zainteresowania ze strony bliskich jego życiem, także wewnętrznym... Brak troski, zaciekawienia tym, co dzieje się z dzieckiem... Odmiennie spędzany czas wolny. Przyzwolenia nadmierne lub totalne zakazy prawie na wszystko, bez rozmowy, bez negocjacji... Brak granic i reguł lub też ciągle rozpinana siatka ograniczająca wolność, złota klatka i pozorne bogactwo, pole minowe przeszkód, przytłaczająca liczba wymagań.
Gdzie przebywa, co robi i jaka jest jego aktywność w życiu, czyli - w przestrzeni wirtualnej. Nie wszystkiego można się w niej nauczyć... Do tego - samotnie, i boleśnie upadając, liżąc swe rany bez końca. Bez przytulenia.
Wreszcie - jakich nastrojów i stanów emocjonalnych, jakich przeżyć doświadcza, jak odbiera otaczający go świat. Dla mnie - to wszystko jest jednak - trudne do przyjęcia, ale i do zaakceptowania.
Smutna i straszna wiadomość. Znak czasów...
Ale czy nie zalicza się do nich czas??? Poświecenie czasu - na bycie, na wysłuchanie - na rozmowę...
Na jednej z konferencji na jakiej byłam w tym roku obecna a dotyczącej kondycji psychicznej młodzieży padło niezwykle ciekawe pytanie z sali. Jakiego typu dzieci, lub dzieci jakich rodziców są dziś najczęściej klientami...
Pozornie, pytanie na jakie nie da się odpowiedzieć. Nie powinno się być może o tym problemie tak myśleć. Tak go czytać... Ale...
Tak, jednak jest pewna prawidłowość. Bo można tę grupę określić jako "dzieci rodziców - których NIE MA".
Nie są w wychowaniu obecni. Mają zawsze usprawiedliwienie lub alibi na swoją nieobecność przy dziecku. Na brak podążania lub towarzyszenia.
Nie ma ich prawdziwie w domu, czasem są tam, lecz jedynie ciałem.
Bez zainteresowania swoją pociechą, jej życiem i trudnościami. Zakłopotani tym - że młody człowiek dojrzewa, jak owoc w pełni sezonu.
Dramatyczna pustka i samotność młodego pokolenia.
Odczuwana naprawdę gorycz samotności i krzywda porzucenia, wszechogarniająca samotność i to dławiące poczucie, jak jestem mało ważny dla bliskich, mało wart...
Potem pytamy siebie...
Skąd się biorą dziwne przekonania na swój temat młodego człowieka - ano przeanalizujmy ich źródło: brak zainteresowania ze strony bliskich jego życiem, także wewnętrznym... Brak troski, zaciekawienia tym, co dzieje się z dzieckiem... Odmiennie spędzany czas wolny. Przyzwolenia nadmierne lub totalne zakazy prawie na wszystko, bez rozmowy, bez negocjacji... Brak granic i reguł lub też ciągle rozpinana siatka ograniczająca wolność, złota klatka i pozorne bogactwo, pole minowe przeszkód, przytłaczająca liczba wymagań.
Gdzie przebywa, co robi i jaka jest jego aktywność w życiu, czyli - w przestrzeni wirtualnej. Nie wszystkiego można się w niej nauczyć... Do tego - samotnie, i boleśnie upadając, liżąc swe rany bez końca. Bez przytulenia.
Wreszcie - jakich nastrojów i stanów emocjonalnych, jakich przeżyć doświadcza, jak odbiera otaczający go świat. Dla mnie - to wszystko jest jednak - trudne do przyjęcia, ale i do zaakceptowania.
Smutna i straszna wiadomość. Znak czasów...
wtorek, 23 października 2018
Lęk - frustracja i agresja
Mamy taki świat wewnętrznych barw - nastrojów i wyobrażeń - jaki skrzętnie ukrywamy przed większą częścią naszych znajomych. Aby mieli o nas dobre zdanie, by nas lubili... byśmy byli tacy, jak inni... Podobni, bliscy im...
Tajemnica rodzi obawy i lęki, które ukrywamy... Staramy się je zamieść pod dywan, schować głęboko przed światem, lęk nieokreślony i obawa o samych siebie - nasze status quo... nasze dobre imię potrafią sparaliżować, sprzyjają kreowaniu się na taką osobę jaką w istocie - wcale nie jesteśmy...
Gramy i tańczymy tak, jak nam zagrają... Zawsze to ktoś inny jest reżyserem życia.
O tym, że z lęku oraz frustracji rodzi się najczęściej nieukierunkowana agresja pisał już przenikliwy i wrażliwy Jene Ranschburg. Bystry obserwator i psycholog kliniczny, wiązał objawy - to że boimy się utraty dobrego zdania o nas, tego co zdobyliśmy - że za wszelką cenę unikamy straty, dotychczas osiąganych profitów. Złość i ciągła frustracja jest zagrożeniem: a to zerwaniem więzi, przyjaźni, a to - wykluczeniem z grupy lub pozbawieniem przywilejów i nagród. Stajemy się oschli, nieprzyjemni - w innych budzimy paniczny lęk. Zamiast podejmowania wspólnych działań, niszczymy innych - patrząc na nich, jak na konkurencję.
Wreszcie dochodzi do tego że nie współpracujemy z nikim, nie pomagamy sobie nawzajem. Jesteśmy ślepi i głusi na drugą osobę, jej problemy i trudności, jej gorsze dni.
Sama jesteś sobie winna, radź sobie - nie wszyscy wygrywają.
Głupia jesteś, dasz się wykorzystać i ograć... Można ciebie tylko użyć. I to - raz...
Za tym najczęściej idzie zakaz bliskości, intymności.
Zaczynamy troszczyć się tylko o siebie, o swoich... Zabiegamy o to tylko, co postrzegamy jako zysk, jako "nasze" lub nam należne...
Stajemy się wilkami i wilczycami w owczej skórze, ucząc tego samego swoje dzieci. Ucząc niszczenia siebie nawzajem. Im mniejsza konkurencja - tym łatwiej i prościej do celu...
Tym więcej dla nas...
Wikłamy się w układy, zależności... Regulujemy prawo i tworzymy nowe zasady współżycia i współpracy. Nie ma mowy o prawdziwej radości i przyjemności przebywania razem. Nie ma spontaniczności... Nie ma też miejsca na budowanie więzi, zależności.
Jedna strona odczuwa lęk i niepokój. Druga - przewagę, dystans. Ma poczucie siły i mocy.
Tajemnica rodzi obawy i lęki, które ukrywamy... Staramy się je zamieść pod dywan, schować głęboko przed światem, lęk nieokreślony i obawa o samych siebie - nasze status quo... nasze dobre imię potrafią sparaliżować, sprzyjają kreowaniu się na taką osobę jaką w istocie - wcale nie jesteśmy...
Gramy i tańczymy tak, jak nam zagrają... Zawsze to ktoś inny jest reżyserem życia.
O tym, że z lęku oraz frustracji rodzi się najczęściej nieukierunkowana agresja pisał już przenikliwy i wrażliwy Jene Ranschburg. Bystry obserwator i psycholog kliniczny, wiązał objawy - to że boimy się utraty dobrego zdania o nas, tego co zdobyliśmy - że za wszelką cenę unikamy straty, dotychczas osiąganych profitów. Złość i ciągła frustracja jest zagrożeniem: a to zerwaniem więzi, przyjaźni, a to - wykluczeniem z grupy lub pozbawieniem przywilejów i nagród. Stajemy się oschli, nieprzyjemni - w innych budzimy paniczny lęk. Zamiast podejmowania wspólnych działań, niszczymy innych - patrząc na nich, jak na konkurencję.
Wreszcie dochodzi do tego że nie współpracujemy z nikim, nie pomagamy sobie nawzajem. Jesteśmy ślepi i głusi na drugą osobę, jej problemy i trudności, jej gorsze dni.
Sama jesteś sobie winna, radź sobie - nie wszyscy wygrywają.
Głupia jesteś, dasz się wykorzystać i ograć... Można ciebie tylko użyć. I to - raz...
Za tym najczęściej idzie zakaz bliskości, intymności.
Zaczynamy troszczyć się tylko o siebie, o swoich... Zabiegamy o to tylko, co postrzegamy jako zysk, jako "nasze" lub nam należne...
Stajemy się wilkami i wilczycami w owczej skórze, ucząc tego samego swoje dzieci. Ucząc niszczenia siebie nawzajem. Im mniejsza konkurencja - tym łatwiej i prościej do celu...
Tym więcej dla nas...
Wikłamy się w układy, zależności... Regulujemy prawo i tworzymy nowe zasady współżycia i współpracy. Nie ma mowy o prawdziwej radości i przyjemności przebywania razem. Nie ma spontaniczności... Nie ma też miejsca na budowanie więzi, zależności.
Jedna strona odczuwa lęk i niepokój. Druga - przewagę, dystans. Ma poczucie siły i mocy.
poniedziałek, 1 października 2018
Matką się stajesz...
Nikt z urodzenia nie jest przygotowany i predysponowany do tej roli...
Nie stajemy się też matką jedynie w czasie ciąży, choć faktycznie zachodzące w nas hormonalne zmiany - załatwiają część problemu.
Nawet nasza intuicja i to, co niejako zwierzęce odziedziczyliśmy - czyli nasz instynkt, sprzyja stawaniu się nie tylko Rodzicielką - Karmicielką, ale właśnie tym człowiekiem w jakiego ręce złożony będzie trud i praca z dzieckiem już od najwcześniejszego etapu... Matka, jako dawca życia i tej wyjątkowej, intuicyjnej i troskliwej opieki... Jako strażniczka i gwarant poczucia bezpieczeństwa i wreszcie jako osoba udzielająca odpowiedzi - reagująca - na wszelkie podstawowe pragnienia i potrzeby maleńkiej istoty...
Wiele kobiet nie czuje tego, jest przerażona, lęka się - że nie potrafi. Bo nie miały takich doświadczeń, bo tego nie czuje... Nikt nie dał jej z serca nic dobrego. A ten lęk - przewyższa pragnienie. Gasi je...
Obawa zmusza do rezygnacji, ucieczki w siebie lub prowokuje do odczuwania i przeżywania wątpliwości. Jakby jej coś zabierano, jakby coś traciła.
Jeszcze gorzej gdy z zadaniem pozostaje sama, samotna...
Matka... mamusia... mama... motherhood!
To nie jest zawód, ni profesja. To nie cel w sam sobie... Tu nie ma medali ani pochwał, wyróżnień... Na efekt przychodzi czekać całe życie.
To zadanie dla optymistów, cierpliwych pasjonatów, dla ludzi którzy nie przestraszą się gorszych dni, porażek, potknięć. Nie boją się ryzyka i działania czasem na oślep, "na czuja". Nie wstydzą się upadać i prosić o pomoc. Wyciągają rękę prosząc, ale też dają innym wsparcie. Nie oceniają i nie przeceniają siebie i innych... Nie niszczą wiele, ale budują nie tak mało... Wciąż wstają, podnoszą się z kolan teraz, i codziennie.
To nie jest wyjątkowość w człowieku ale zwykła ludzka przyzwoitość.
Życie naprawdę i bez specjalnych złudzeń.
Mamy są w gotowości... Podnoszą się mimo zmęczenia - z łóżka... by utulić płacz, scałować łzy, być lekarstwem na ból i wszelką dolegliwość, by uspokoić i uśpić w ramionach nawet wtedy, gdy ledwie sama mama trzyma pion, pada ze zmęczenia - w chorobie i bólu...
Czy macierzyństwo to zadanie, profesja, przeznaczenie??? Na pewno realizuje się poprzez codzienne "stawanie się", wchodzenie głębiej, poprzez nieskończoną ilość prób i uczenie się na błędach...
Budowanie swojego obrazu, jego cząstki. Jest to mądra równowaga pomiędzy sporą ilością wielu składowych zadań, misji. To jakaś chorobliwa pasja i przeznaczenie... Trafia w człowieka, zakorzenia się w nim, zasadza się i kiełkuje. Albo nas rozwija, albo przytłacza.
Na pewno - otwiera na bogactwo, umożliwia jego doświadczanie.
Matka to nie funkcja, nie zawód - nie profesja czy rzemiosło jakieś.... To jakiegoś rodzaju misja - otwiera nas, buduje i konstytuuje. I nieprzerwanie zaskakuje.
Stwarza w nas (z nas) nowego człowieka...
Działa i rozrasta się w nas jak pasożyt, samodzielne życie czy pnącze, w różny - nie zawsze przynosząc jakiś spektakularny efekt - sposób.
Nie stajemy się też matką jedynie w czasie ciąży, choć faktycznie zachodzące w nas hormonalne zmiany - załatwiają część problemu.
Nawet nasza intuicja i to, co niejako zwierzęce odziedziczyliśmy - czyli nasz instynkt, sprzyja stawaniu się nie tylko Rodzicielką - Karmicielką, ale właśnie tym człowiekiem w jakiego ręce złożony będzie trud i praca z dzieckiem już od najwcześniejszego etapu... Matka, jako dawca życia i tej wyjątkowej, intuicyjnej i troskliwej opieki... Jako strażniczka i gwarant poczucia bezpieczeństwa i wreszcie jako osoba udzielająca odpowiedzi - reagująca - na wszelkie podstawowe pragnienia i potrzeby maleńkiej istoty...
Wiele kobiet nie czuje tego, jest przerażona, lęka się - że nie potrafi. Bo nie miały takich doświadczeń, bo tego nie czuje... Nikt nie dał jej z serca nic dobrego. A ten lęk - przewyższa pragnienie. Gasi je...
Obawa zmusza do rezygnacji, ucieczki w siebie lub prowokuje do odczuwania i przeżywania wątpliwości. Jakby jej coś zabierano, jakby coś traciła.
Jeszcze gorzej gdy z zadaniem pozostaje sama, samotna...
Matka... mamusia... mama... motherhood!
To nie jest zawód, ni profesja. To nie cel w sam sobie... Tu nie ma medali ani pochwał, wyróżnień... Na efekt przychodzi czekać całe życie.
To zadanie dla optymistów, cierpliwych pasjonatów, dla ludzi którzy nie przestraszą się gorszych dni, porażek, potknięć. Nie boją się ryzyka i działania czasem na oślep, "na czuja". Nie wstydzą się upadać i prosić o pomoc. Wyciągają rękę prosząc, ale też dają innym wsparcie. Nie oceniają i nie przeceniają siebie i innych... Nie niszczą wiele, ale budują nie tak mało... Wciąż wstają, podnoszą się z kolan teraz, i codziennie.
To nie jest wyjątkowość w człowieku ale zwykła ludzka przyzwoitość.
Życie naprawdę i bez specjalnych złudzeń.
Mamy są w gotowości... Podnoszą się mimo zmęczenia - z łóżka... by utulić płacz, scałować łzy, być lekarstwem na ból i wszelką dolegliwość, by uspokoić i uśpić w ramionach nawet wtedy, gdy ledwie sama mama trzyma pion, pada ze zmęczenia - w chorobie i bólu...
Czy macierzyństwo to zadanie, profesja, przeznaczenie??? Na pewno realizuje się poprzez codzienne "stawanie się", wchodzenie głębiej, poprzez nieskończoną ilość prób i uczenie się na błędach...
Budowanie swojego obrazu, jego cząstki. Jest to mądra równowaga pomiędzy sporą ilością wielu składowych zadań, misji. To jakaś chorobliwa pasja i przeznaczenie... Trafia w człowieka, zakorzenia się w nim, zasadza się i kiełkuje. Albo nas rozwija, albo przytłacza.
Na pewno - otwiera na bogactwo, umożliwia jego doświadczanie.
Matka to nie funkcja, nie zawód - nie profesja czy rzemiosło jakieś.... To jakiegoś rodzaju misja - otwiera nas, buduje i konstytuuje. I nieprzerwanie zaskakuje.
Stwarza w nas (z nas) nowego człowieka...
Działa i rozrasta się w nas jak pasożyt, samodzielne życie czy pnącze, w różny - nie zawsze przynosząc jakiś spektakularny efekt - sposób.
Kocham cię - choć jestem zła
Dorastanie przypomina ciążę, taką przenoszoną ze wszystkimi jej konsekwencjami zdrowotnymi - bólami, złymi nastrojami, odczuciami, gorszymi i lepszymi porankami...
Nie każdy z nas takiego młodego człowieka pragnie, czasem - mamy go jako rodzice - po prostu dość.
Mówimy: Przeginasz... przestań, ranisz mnie... Tak nie można... Nie chcę się za ciebie więcej wstydzić...
Rodzic jest zrozpaczony lub smutny, czasem od specjalistów usłyszy, że to jego wina, a młody człowiek dojrzewając ma prawo do trudnych zachowań i wszelkiej kontestacji, że tak dąży do autonomii i będzie wspaniałym dorosłym. Że rodzic musi przez to przejść także, przeczekać i znieść to, oraz jeszcze więcej... I niech się stara oraz rozumie cały problem- bo przecież był młody i wie jak to jest.
I choć wali ci się dom i rodzina, i trzeszczy w szwach również małżeństwo, to ty masz być osobą jak powinna zachować spokój. Być opoką i uzdrowieniem - relacji, stanu faktycznego, dać odpowiedź, znosić z godnością i cierpliwością - lub przyjąć ciosy na klatę.
Milczymy, trwamy.
Zwieszamy głowę... myślimy jeszcze trochę, warto... tylko żal nam tego, co było, do czego wspólnie doszliśmy, czego się dopracowaliśmy razem w rodzinie... Co spajało nasze więzi i co dopełniało obraz ideałów ale i marzeń. Co było dotychczas po prostu konsekwencją...
Tak szybko trzeba tę względną równowagę pożegnać. Pewnie - na zawsze...
Nie każdy z nas takiego młodego człowieka pragnie, czasem - mamy go jako rodzice - po prostu dość.
Mówimy: Przeginasz... przestań, ranisz mnie... Tak nie można... Nie chcę się za ciebie więcej wstydzić...
Rodzic jest zrozpaczony lub smutny, czasem od specjalistów usłyszy, że to jego wina, a młody człowiek dojrzewając ma prawo do trudnych zachowań i wszelkiej kontestacji, że tak dąży do autonomii i będzie wspaniałym dorosłym. Że rodzic musi przez to przejść także, przeczekać i znieść to, oraz jeszcze więcej... I niech się stara oraz rozumie cały problem- bo przecież był młody i wie jak to jest.
I choć wali ci się dom i rodzina, i trzeszczy w szwach również małżeństwo, to ty masz być osobą jak powinna zachować spokój. Być opoką i uzdrowieniem - relacji, stanu faktycznego, dać odpowiedź, znosić z godnością i cierpliwością - lub przyjąć ciosy na klatę.
Milczymy, trwamy.
Zwieszamy głowę... myślimy jeszcze trochę, warto... tylko żal nam tego, co było, do czego wspólnie doszliśmy, czego się dopracowaliśmy razem w rodzinie... Co spajało nasze więzi i co dopełniało obraz ideałów ale i marzeń. Co było dotychczas po prostu konsekwencją...
Tak szybko trzeba tę względną równowagę pożegnać. Pewnie - na zawsze...
piątek, 7 września 2018
Smutek i pustka
Nie każdemu dane jest przeżywanie jedynie miłych emocji, odczuwanie zadowolenia i przepełniająca jak koryto rzeka - błogość. Są tacy i chyba jest ich coraz liczniejsze grono, którzy przeżywają trudne stany, bliskie depresji - bo trwają one dłużej, są złożone i bolą duszę człowieka. Potrafią udręczyć...
Wielu z nas myśli, gdyby wziął się w garść - gdyby czymś się zajął a nie tylko myślał zawieszony, od razu byłoby mu lepiej. Nic prostszego. Działać...
Czy naprawdę są to tak oczywiste przeżycia??? Czy nastawienie zmienia wszystko... Czy jest to zależne od naszej woli, od chcę czy nie chcę...
Smutek i poczucie pustki mają tendencję do utrwalania się z czasem, nie chcą opuścić nas tak szybko. Uczą człowieka bezradności, braku nadziei. Często powodują odosobnienie - bo do takich osób się nie lgnie, nie chce się z nimi przebywać. To takie mało budujące... Nie jest on twórczy, i taki nudny... Tak szybo ze wszystkiego rezygnuje. Nie wychodzi z domu... Boisz się??? No co ty, czego tu się bać...
Racjonalizacja to nie wszystko, poza chęcią przeciwdziałania i porzucenia słabych rozwiązań, oczywiście kiełkuje chęć zrozumienia. Ale gorycz samotności i cierpienie utrwala postawę.
Trudno trwać przy takim człowieku, trudno budować z nim związek. Wymaga to pracy i wysiłku obu stron, a raczej - podtrzymywania siebie nawzajem w realizacji. Prościej uciec, odejść...
Smutek i następująca po nim pustka, jaka zalewa życie człowieka faktycznie karmi się brakiem nadziei i perspektywy zmiany. Cierpieniem po każdej nieudanej interakcji - porzuceniu, rozstaniu, ucieczce, rezygnacji z pracy i wykonywanych zadań. Dzień za dniem się ciągnie, człowiek już w poniedziałek myśli o nadejściu weekendu i czasie, gdy nie będzie musiał spotkać się i rozmawiać z nikim. Nie przybliża to ani o krok do sukcesu.
Złudna jest też nadzieja, czy przekonanie - że mnie ten problem nie dotyczy. Skąd ta pewność... Całe życie się zmieniamy, mimo stałego temperamentu, nasza osobowość jest poddawana przeróżnym doświadczeniom i przeżywaniu wszelkich stanów. Owszem, to my odpowiadamy za satysfakcjonujący lub nie, poziom relacji... Ale cierpienie, wewnętrzne cierpienie i przeżywany dyskomfort - na pewno nie jest naszą intencją.
Wielu z nas myśli, gdyby wziął się w garść - gdyby czymś się zajął a nie tylko myślał zawieszony, od razu byłoby mu lepiej. Nic prostszego. Działać...
Czy naprawdę są to tak oczywiste przeżycia??? Czy nastawienie zmienia wszystko... Czy jest to zależne od naszej woli, od chcę czy nie chcę...
Smutek i poczucie pustki mają tendencję do utrwalania się z czasem, nie chcą opuścić nas tak szybko. Uczą człowieka bezradności, braku nadziei. Często powodują odosobnienie - bo do takich osób się nie lgnie, nie chce się z nimi przebywać. To takie mało budujące... Nie jest on twórczy, i taki nudny... Tak szybo ze wszystkiego rezygnuje. Nie wychodzi z domu... Boisz się??? No co ty, czego tu się bać...
Racjonalizacja to nie wszystko, poza chęcią przeciwdziałania i porzucenia słabych rozwiązań, oczywiście kiełkuje chęć zrozumienia. Ale gorycz samotności i cierpienie utrwala postawę.
Trudno trwać przy takim człowieku, trudno budować z nim związek. Wymaga to pracy i wysiłku obu stron, a raczej - podtrzymywania siebie nawzajem w realizacji. Prościej uciec, odejść...
Smutek i następująca po nim pustka, jaka zalewa życie człowieka faktycznie karmi się brakiem nadziei i perspektywy zmiany. Cierpieniem po każdej nieudanej interakcji - porzuceniu, rozstaniu, ucieczce, rezygnacji z pracy i wykonywanych zadań. Dzień za dniem się ciągnie, człowiek już w poniedziałek myśli o nadejściu weekendu i czasie, gdy nie będzie musiał spotkać się i rozmawiać z nikim. Nie przybliża to ani o krok do sukcesu.
Złudna jest też nadzieja, czy przekonanie - że mnie ten problem nie dotyczy. Skąd ta pewność... Całe życie się zmieniamy, mimo stałego temperamentu, nasza osobowość jest poddawana przeróżnym doświadczeniom i przeżywaniu wszelkich stanów. Owszem, to my odpowiadamy za satysfakcjonujący lub nie, poziom relacji... Ale cierpienie, wewnętrzne cierpienie i przeżywany dyskomfort - na pewno nie jest naszą intencją.
Niepokój i lęk
Wydaje nam się trywialne i niegodne uwagi to, że jakiś inny człowiek przeżywa w sobie paniczny lęk z którym nie może dać sobie rady. Czasem o tym mówi, ale potem - żałuje bo ktoś śmieje się z niego, nie traktuje poważnie...
Ta inność w przeżywaniu i odczuwaniu, dotyczy większości z nas. Czasem wiąże się z głębszą niedoskonałością, wrażliwością lub chorobą.
Wczoraj przyszła do mnie mała dziewczynka, po prostu asystent psychologa - jak mi się potem wyrwało, z obawą o swojego nowego kolegę. proszę pani, on panicznie boi się chmur. Boi się też burzy i grzmotów, żeby się ochronić - wchodzi pod ławkę... Zdziwiona, stwierdziła: - On chyba ma więcej lęków niż ja... Obydwie uśmiechnęłyśmy się. tak, przypominając sobie ubiegły rok, jej wizyty i rozmowy ze mną... Moje wejścia do klasy, jej potrzebę wtulenia się w człowieka... Stwierdziłam, faktycznie. Znalazła kogoś, kto bardziej potrzebuje. Mało tego, kim może się zaopiekować - oswoić go z rzeczywistością...
Jakże wielka była moja radość, gdy ten nowy chłopiec powiedział o niej: - To moja nowa przyjaciółka. Ona mnie pyta, ona ze mną jest. Ona przy mnie trwa. Ja ją interesuję, po raz pierwszy mi się to przydarzyło... Ona martwi się o mnie...
Dla niego to nowe doświadczenie, wcześniej odsuwany, przeganiany a czasem prześladowany doświadcza zainteresowania i gorącego przyjęcia. Choć mała jeszcze nie ma pomysłu co może dla niego zrobić, sama zaczyna opowiadać mu jaką dobrocią dla nas są chmury, ile dzięki nim się dzieje. I o tym - że deszcz oraz burza, nie zawsze niszczą...
Pokazuje mu - jak sama kiedyś walczyła ze "swoimi lękami". Mówi, że jest trudno - ale da się!!! Nie ma drwiny, nie ma w niej tego, co niszczy kontakt i relację pomiędzy ludźmi.
No ma dziecko zacięcie!!!
Przyjaźń może wykiełkować w potrzebie ale i we współodczuwaniu, gdy odbijam się od swojego dna, już mogę podać dłoń kolejnej osobie. Wtedy razem, wspólnie możemy zacząć płynąć, a kiedyś nawet - wypłynąć na głębię...
Ta inność w przeżywaniu i odczuwaniu, dotyczy większości z nas. Czasem wiąże się z głębszą niedoskonałością, wrażliwością lub chorobą.
Wczoraj przyszła do mnie mała dziewczynka, po prostu asystent psychologa - jak mi się potem wyrwało, z obawą o swojego nowego kolegę. proszę pani, on panicznie boi się chmur. Boi się też burzy i grzmotów, żeby się ochronić - wchodzi pod ławkę... Zdziwiona, stwierdziła: - On chyba ma więcej lęków niż ja... Obydwie uśmiechnęłyśmy się. tak, przypominając sobie ubiegły rok, jej wizyty i rozmowy ze mną... Moje wejścia do klasy, jej potrzebę wtulenia się w człowieka... Stwierdziłam, faktycznie. Znalazła kogoś, kto bardziej potrzebuje. Mało tego, kim może się zaopiekować - oswoić go z rzeczywistością...
Jakże wielka była moja radość, gdy ten nowy chłopiec powiedział o niej: - To moja nowa przyjaciółka. Ona mnie pyta, ona ze mną jest. Ona przy mnie trwa. Ja ją interesuję, po raz pierwszy mi się to przydarzyło... Ona martwi się o mnie...
Dla niego to nowe doświadczenie, wcześniej odsuwany, przeganiany a czasem prześladowany doświadcza zainteresowania i gorącego przyjęcia. Choć mała jeszcze nie ma pomysłu co może dla niego zrobić, sama zaczyna opowiadać mu jaką dobrocią dla nas są chmury, ile dzięki nim się dzieje. I o tym - że deszcz oraz burza, nie zawsze niszczą...
Pokazuje mu - jak sama kiedyś walczyła ze "swoimi lękami". Mówi, że jest trudno - ale da się!!! Nie ma drwiny, nie ma w niej tego, co niszczy kontakt i relację pomiędzy ludźmi.
No ma dziecko zacięcie!!!
Przyjaźń może wykiełkować w potrzebie ale i we współodczuwaniu, gdy odbijam się od swojego dna, już mogę podać dłoń kolejnej osobie. Wtedy razem, wspólnie możemy zacząć płynąć, a kiedyś nawet - wypłynąć na głębię...
wtorek, 3 lipca 2018
Przyjąć - czyli dać zgodę na...
W przyjmowaniu chodzi o wielość rzeczy... o przyjęcie potencjalnie wszystkiego dobra ale też - wszystkiego co złe, bolesne i trudne!!! Tych istotnych lub ważnych dla siebie rzeczy, bo każda z nich może być rozwojowa, stymulująca i niosąca zmiany. Kiedy o tym myślę - przychodzi mi automatycznie, z racji zawodu do głowy pomoc i wsparcie... Podnoszenie kogoś z nas z klęczek, po upadku, po kacu moralnym czy kłótni, po rozstaniu czy też - wyciąganie ze słabości i choroby...
Trzeba się najpierw nauczyć przyjmować, aby skutecznie dawać. By mieć tą energię i moc. Ale też - nauczyć się żyć ze swoją słabością, na co dzień... Bo ona nie tyle zdarza się, co wraca do nas często. Męczy, bo osłabia... Ale dzięki umiejętności przyjmowania, uczymy się powstawać... czasem też "z martwych", że ujmę to symbolicznie!!!
Gotowość na miłość, na radość i na pomoc - to nic innego, jak przekonanie że "dostać darmo" jest naturalną sprawą i czymś możliwe dobrym dla każdego, a nie dla wybranych ludzi.
To jak zgoda i gotowość. Radość i optymizm. Otwarcie się!!!
I jeszcze coś - spokój w przyjmowaniu... Bez poczucia winy. Tego "ale mnie się nie należy". To "dla mnie zbyt wiele". Albo - "nie, nie - mnie nie potrzeba, bo są inni - bardziej potrzebujący", więc najczęściej bronimy się, mówiąc wtedy "nie zasłużyłem sobie na to".
Gotowość przyjęcia wynika z akceptacji siebie samego, z naturalnej miłości własnej, z prostego szacunku do siebie... dzięki tym cechom - szanujemy drugą osobę. I dzieje się to w sposób naturalny - a nie książkowy... Nie dzięki moralnym naukom, dziedziczonym po przodkach, społecznym regulacjom czy etycznym wskazówkom i nakazom wewnętrznym.
Nie wynika to z egoizmu i zadufania: "bo mi się należy" - bo zarabiam na dom... Utrzymuję was wszystkich... Czy też z jakiegoś obronnego hasła: mam to dostać, ten status mi się należy - dlatego, że urodziłam ci trójkę-czwórkę dzieci... Oddałam ci młodość swą... Siły i życie.
Zgoda na to, by ktoś dał mi i ofiarował coś za darmo - to dobra droga. Nie dlatego, bo mi się należy - ale dlatego, bo jestem. Bo jestem dla ciebie, jestem z tobą... czy wreszcie - tak się dla ciebie poświęcam... i nie zawaham się tego argumentu użyć. Nie dla tego właśnie, że muszę - nie mam wyjścia czy nie miałam wtedy, wychodząc za mąż - bo przymusiła mnie sytuacja, czy też rodzina lub - ty mnie zaszantażowałeś... lub błagam, błagałem czy też błagałam o to, z poczucia bezsilności, w słabości swojej. Bo jestem uległy, zależny... jestem poddana... słaba i bez wartości.
Lepiej zapomnij, nie wchodź w związek jaki budujesz na zależności... na braku wolności i "wieszaniu się na kimś, podpieraniu się o jego/jej ramię".
Cudza siła - nie stanie się przez to "naszą siłą".
Czyjaś niezależność i praca - nie jest naszą i nie będzie. Jedynie jej wynik i owoc, lub radość możemy z kimś przeżywać i dzielić. Ale nie sam bohaterski czyn, w którym nie jesteśmy, nie działamy, nie realizujemy go i nie podejmujemy...
Bo to przecież ktoś, a nie - ja, to jeszcze nie "my".
Każde z nas jest osobną i autonomiczną osobą.
Nie samotną, ale niezależną... Wolną...
W takim pojęciu, w takim - wykrzywieniu, gdy coś "niby usiłujemy".... Przekonujemy siebie o tym każdego następnego dnia... Ulegamy temu dziwnemu wypaczeniu. Możemy też - tak właśnie, możemy trwać w fałszywym przekonaniu całe lata, całe nasze życie. Przez całe nasze małżeństwo... Do końca...
Gdy tak zakładamy fałszywie, to bądźmy świadomi, że to nie jest partnerstwo i wspieranie się wzajemne, gdy wciąż czekam. Oczekuję...
Nie ma nic gorszego niż przyzwyczaić się i zgodzić cicho na to... nic.
Nasze przekonanie czyli "nie mam nic" - nic innego niż mi dajesz i ofiarowujesz, niestety nie ubogaci związku. Ani na krótszą, ani na dłuższą metę. Staniemy się sobie obcy, oddalimy się...
Dawać - dostawać... Zawsze przepływ sił i energii.
Wzajemność, bez zależności...
Przyjąć też trzeba umieć i potrafić. Tego nie uczymy się jedynie z wiekiem... Nie tylko z pokarmem i mlekiem wyssanym z piersi mamy czy też z przekazu ustanego...
Na to musi być miejsce i okazja. Doświadczyć, spróbować, nauczyć się w praktyce.
Do tego rośniemy, wzrastamy i staje się!!! To stanowi o wartości - naszej oczywiście - oraz wartości drugiej osoby.
Jako rodzice - musimy tę rzeczywistość pozwolić przeżyć naszym dzieciom. Oczywiście zaakceptować ją najpierw w sobie...
Sobie jako matce i ojcu, rodzicom - a wtedy kolejno - i naszym dzieciom.
Trzeba się najpierw nauczyć przyjmować, aby skutecznie dawać. By mieć tą energię i moc. Ale też - nauczyć się żyć ze swoją słabością, na co dzień... Bo ona nie tyle zdarza się, co wraca do nas często. Męczy, bo osłabia... Ale dzięki umiejętności przyjmowania, uczymy się powstawać... czasem też "z martwych", że ujmę to symbolicznie!!!
Gotowość na miłość, na radość i na pomoc - to nic innego, jak przekonanie że "dostać darmo" jest naturalną sprawą i czymś możliwe dobrym dla każdego, a nie dla wybranych ludzi.
To jak zgoda i gotowość. Radość i optymizm. Otwarcie się!!!
I jeszcze coś - spokój w przyjmowaniu... Bez poczucia winy. Tego "ale mnie się nie należy". To "dla mnie zbyt wiele". Albo - "nie, nie - mnie nie potrzeba, bo są inni - bardziej potrzebujący", więc najczęściej bronimy się, mówiąc wtedy "nie zasłużyłem sobie na to".
Gotowość przyjęcia wynika z akceptacji siebie samego, z naturalnej miłości własnej, z prostego szacunku do siebie... dzięki tym cechom - szanujemy drugą osobę. I dzieje się to w sposób naturalny - a nie książkowy... Nie dzięki moralnym naukom, dziedziczonym po przodkach, społecznym regulacjom czy etycznym wskazówkom i nakazom wewnętrznym.
Nie wynika to z egoizmu i zadufania: "bo mi się należy" - bo zarabiam na dom... Utrzymuję was wszystkich... Czy też z jakiegoś obronnego hasła: mam to dostać, ten status mi się należy - dlatego, że urodziłam ci trójkę-czwórkę dzieci... Oddałam ci młodość swą... Siły i życie.
Zgoda na to, by ktoś dał mi i ofiarował coś za darmo - to dobra droga. Nie dlatego, bo mi się należy - ale dlatego, bo jestem. Bo jestem dla ciebie, jestem z tobą... czy wreszcie - tak się dla ciebie poświęcam... i nie zawaham się tego argumentu użyć. Nie dla tego właśnie, że muszę - nie mam wyjścia czy nie miałam wtedy, wychodząc za mąż - bo przymusiła mnie sytuacja, czy też rodzina lub - ty mnie zaszantażowałeś... lub błagam, błagałem czy też błagałam o to, z poczucia bezsilności, w słabości swojej. Bo jestem uległy, zależny... jestem poddana... słaba i bez wartości.
Lepiej zapomnij, nie wchodź w związek jaki budujesz na zależności... na braku wolności i "wieszaniu się na kimś, podpieraniu się o jego/jej ramię".
Cudza siła - nie stanie się przez to "naszą siłą".
Czyjaś niezależność i praca - nie jest naszą i nie będzie. Jedynie jej wynik i owoc, lub radość możemy z kimś przeżywać i dzielić. Ale nie sam bohaterski czyn, w którym nie jesteśmy, nie działamy, nie realizujemy go i nie podejmujemy...
Bo to przecież ktoś, a nie - ja, to jeszcze nie "my".
Każde z nas jest osobną i autonomiczną osobą.
Nie samotną, ale niezależną... Wolną...
W takim pojęciu, w takim - wykrzywieniu, gdy coś "niby usiłujemy".... Przekonujemy siebie o tym każdego następnego dnia... Ulegamy temu dziwnemu wypaczeniu. Możemy też - tak właśnie, możemy trwać w fałszywym przekonaniu całe lata, całe nasze życie. Przez całe nasze małżeństwo... Do końca...
Gdy tak zakładamy fałszywie, to bądźmy świadomi, że to nie jest partnerstwo i wspieranie się wzajemne, gdy wciąż czekam. Oczekuję...
Nie ma nic gorszego niż przyzwyczaić się i zgodzić cicho na to... nic.
Nasze przekonanie czyli "nie mam nic" - nic innego niż mi dajesz i ofiarowujesz, niestety nie ubogaci związku. Ani na krótszą, ani na dłuższą metę. Staniemy się sobie obcy, oddalimy się...
Dawać - dostawać... Zawsze przepływ sił i energii.
Wzajemność, bez zależności...
Przyjąć też trzeba umieć i potrafić. Tego nie uczymy się jedynie z wiekiem... Nie tylko z pokarmem i mlekiem wyssanym z piersi mamy czy też z przekazu ustanego...
Na to musi być miejsce i okazja. Doświadczyć, spróbować, nauczyć się w praktyce.
Do tego rośniemy, wzrastamy i staje się!!! To stanowi o wartości - naszej oczywiście - oraz wartości drugiej osoby.
Jako rodzice - musimy tę rzeczywistość pozwolić przeżyć naszym dzieciom. Oczywiście zaakceptować ją najpierw w sobie...
Sobie jako matce i ojcu, rodzicom - a wtedy kolejno - i naszym dzieciom.
Dawanie??? Czyli coś ważnego dla rodziców
Jesteśmy przyzwyczajeni i w trakcie rozwoju, dorastania - wciąż przyzwyczajani do dawania...
Dawać, dostarczać wszystkiemu, wszystkim ludziom i - najlepiej wszystko!!! Ile się tylko da...
Jest to pewien standard, jakiemu w jakiś sposób wierzymy, ufamy i wyznajemy to całym swoim życiem...
I to nawet nie chodzi o to, że kobiety to robią. Że one się starają - całe dla dzieci, dla męża i dla rodziny... dla starej i schorowanej matki. Na wykształcenie dzieciaków, na codzienne sprawunki, strawę i by te dzieciaki, te "one" się wykształciły... by wyjechały i odpoczęły... bo się im, bliskim i ukochanym, dzieciom i młodzieży naszej dorastającej - tym wszystkim - się po prostu to należy...
No ale jak????
Ale dlaczego???
W imię czego - ma tak właśnie być???
Ile można dawać, jak wiele poświęcić... Z siebie, z własnych sił. Ona chce być wszystkim, dla każdego - by podnosić, ratować, wzmacniać, przytulać, zagrzewać do walki, nauki, do występów czy sportu... Zwłaszcza gdy nie ma wsparcia męża, ojca rodziny!!!
Ale jest też sytuacja odwrotna, bo nie przeciwstawna - mężczyzna bierze na siebie wiele, czasem zbyt dużo... nie ma go w domu ale w pracy - jest bossem, klasycznym pracoholikiem, dawcą i dostarczycielem fortuny, drogich rzeczy - przedmiotów i prezentów...
Nie ma go ciałem, nie ma duchem - ale... spłaca aktywnie ten dług. Dosłownie spłaca.
Akceptacja??? Nie, to akceptacja braku i nieobecności.
Lub też przepracowania i braku radości z posiadanej rodziny i bycia w małżeństwie, bycia rodzicami... Nieszczęśliwy. Zapracowany na śmierć, czyli bez energii - jaką mógłby się podzielić i wesprzeć. Wciąż pragnący. Ale samotności i wypoczynku, odskoczni...
Smutna, tracąca grunt pod nogami - nie samodzielna, ale pozostawiona sama sobie, w swoich marzeniach i pragnieniach, w trudach dnia codziennego. Walcząca??? No nie wiem, czy też... czy raczej tyrająca sobą, jakiej i której siły i czas - są policzone, kończą się, są zawsze u schyłku...
Dawanie to niebezpieczeństwo gdy nie rozumiemy jak bardzo sobie nawzajem jesteśmy potrzebni. Gdy dajemy, owszem, ale nie samych siebie w ofierze do końca, lecz umiejętnie - przyjmujące i przyjmujący pomoc. Dlatego jesteśmy razem, dlatego też "dla siebie" bo właśnie w tym tandemie, w tej parze, w mocnym związku - nasza siła wzrasta.
Jeśli tego nie opanujemy, nie otworzymy się na te rzeczywistości... na siebie, takimi, jakimi jesteśmy (a raczej uczyliśmy i uczymy się być). Na nasze światy i te wszystkie sytuacje jakie nas czekają w życiu - a te, mogą zdążać ku krawędzi, ku katastrofie...
Ta rodzina i małżeństwo, bliskość i wspólna życiowa droga, to właśnie miejsce na współpracę i wspólnotę - ze sobą. Razem... I na zawsze!!! I gdy to dobrze przeżywamy, współtworzymy nasze życie - czyli gdy jesteśmy dla siebie, nie unikamy siebie i nasze światy się przenikają - to znaczy, że jesteśmy gotowi na dawanie i branie. Bo to jest istota naszego życia.
Przepływanie - żeby dawać, trzeba to mieć.
Aby mieć - trzeba było to dostać i przyjąć jednocześnie...
Umieć tak żyć - jest wielką sztuką.
Dawać, dostarczać wszystkiemu, wszystkim ludziom i - najlepiej wszystko!!! Ile się tylko da...
Jest to pewien standard, jakiemu w jakiś sposób wierzymy, ufamy i wyznajemy to całym swoim życiem...
I to nawet nie chodzi o to, że kobiety to robią. Że one się starają - całe dla dzieci, dla męża i dla rodziny... dla starej i schorowanej matki. Na wykształcenie dzieciaków, na codzienne sprawunki, strawę i by te dzieciaki, te "one" się wykształciły... by wyjechały i odpoczęły... bo się im, bliskim i ukochanym, dzieciom i młodzieży naszej dorastającej - tym wszystkim - się po prostu to należy...
No ale jak????
Ale dlaczego???
W imię czego - ma tak właśnie być???
Ile można dawać, jak wiele poświęcić... Z siebie, z własnych sił. Ona chce być wszystkim, dla każdego - by podnosić, ratować, wzmacniać, przytulać, zagrzewać do walki, nauki, do występów czy sportu... Zwłaszcza gdy nie ma wsparcia męża, ojca rodziny!!!
Ale jest też sytuacja odwrotna, bo nie przeciwstawna - mężczyzna bierze na siebie wiele, czasem zbyt dużo... nie ma go w domu ale w pracy - jest bossem, klasycznym pracoholikiem, dawcą i dostarczycielem fortuny, drogich rzeczy - przedmiotów i prezentów...
Nie ma go ciałem, nie ma duchem - ale... spłaca aktywnie ten dług. Dosłownie spłaca.
Akceptacja??? Nie, to akceptacja braku i nieobecności.
Lub też przepracowania i braku radości z posiadanej rodziny i bycia w małżeństwie, bycia rodzicami... Nieszczęśliwy. Zapracowany na śmierć, czyli bez energii - jaką mógłby się podzielić i wesprzeć. Wciąż pragnący. Ale samotności i wypoczynku, odskoczni...
Smutna, tracąca grunt pod nogami - nie samodzielna, ale pozostawiona sama sobie, w swoich marzeniach i pragnieniach, w trudach dnia codziennego. Walcząca??? No nie wiem, czy też... czy raczej tyrająca sobą, jakiej i której siły i czas - są policzone, kończą się, są zawsze u schyłku...
Dawanie to niebezpieczeństwo gdy nie rozumiemy jak bardzo sobie nawzajem jesteśmy potrzebni. Gdy dajemy, owszem, ale nie samych siebie w ofierze do końca, lecz umiejętnie - przyjmujące i przyjmujący pomoc. Dlatego jesteśmy razem, dlatego też "dla siebie" bo właśnie w tym tandemie, w tej parze, w mocnym związku - nasza siła wzrasta.
Jeśli tego nie opanujemy, nie otworzymy się na te rzeczywistości... na siebie, takimi, jakimi jesteśmy (a raczej uczyliśmy i uczymy się być). Na nasze światy i te wszystkie sytuacje jakie nas czekają w życiu - a te, mogą zdążać ku krawędzi, ku katastrofie...
Ta rodzina i małżeństwo, bliskość i wspólna życiowa droga, to właśnie miejsce na współpracę i wspólnotę - ze sobą. Razem... I na zawsze!!! I gdy to dobrze przeżywamy, współtworzymy nasze życie - czyli gdy jesteśmy dla siebie, nie unikamy siebie i nasze światy się przenikają - to znaczy, że jesteśmy gotowi na dawanie i branie. Bo to jest istota naszego życia.
Przepływanie - żeby dawać, trzeba to mieć.
Aby mieć - trzeba było to dostać i przyjąć jednocześnie...
Umieć tak żyć - jest wielką sztuką.
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Chcę być wyjątkowy dla ciebie
Chcę być wyjątkowy, jedyny... właśnie ten...
Na którego czekałeś, czekaliście... nie smutny, trudny i przerażony, odepchnięty i oddalony mocno. Nie samotny, wyśmiewany - wytykany palcami... Potępiony, odrzucony - usunięty emocjonalnie z rodziny, nie najgorszy spośród dzieci.
Dziecko pragnie potwierdzenia – "jestem dla ciebie ważny". Przecież - nawet chociaż tak to pozornie nie wygląda - jestem w jakiejś dziedzinie lepszy, mocniejszy i mądrzejszy. Uczciwie pracuję nad sobą i staram się... choć efekt jest czasem mizerny.
Dlatego bardzo ważne jest
na każdym etapie, gdy tylko rozpoznamy z wrażliwością ten problem – zapewnić taki obszar w rozwoju dziecka, w
jakim może ono odnieść sukces. Odpowiada to tak ważnemu wyrażanemu pragnieniu i
potrzebie: „doceń mnie”, „dostrzeż mnie”...
Jestem jedyny taki, i wyjątkowy! W grupie
takich samych 8 latków czy 10 latków – każdy zasługuje na ten moment
„dostrzeżenia”. Wśród identycznych dzieci, tylko pozornie.
Każdy z nas chce się czuć
niepowtarzalny i wyjątkowy!
Rozpoznajemy w ten sposób potrzeby nie tylko na etapie nauczania
początkowego.
Owszem, ten etap w rozwoju i poznawaniu wychowanków jest
istotny i ważny – jako jeden z pierwszych. Jednak ponieważ różnicowanie w
zakresie zdolności i umiejętności rośnie i zmienia się z wiekiem, często
obserwujemy znaczny ich spadek u niektórych dzieciaków.
Coraz większe zróżnicowanie pomiędzy uczniami ma
miejsce stałe w zespołach klasowych - ujawnia się w różnych sytuacjach, w momentach jakich nie sposób przewidzieć. Może się zdarzyć w każdym wieku naszego dziecka, osobistego dzieciaka czy ucznia w szkole jakiej pracuję. Dokładnie tak, jak zaznaczające się nagle różnice w poziomie i rodzaju naszej motywacji do pracy nad
sobą, do zmiany i poszukiwań. Do nauki, do poszerzania wiedzy - jej zakresu ale też odkrywania jej nowych obszarów. Pasji, tajemnic... rodzenia się pytań, rozszerzania się dla nas rzeczywistości i granic poznania.
Nie tylko sytuacja szkolna może być
środowiskiem w jakim możemy odczuwać radości i odnosić sukcesy. Warto o tym pamiętać!
Bezradność i brak wpływu na sytuację, niemożność jej poprawy czy wprowadzenia zmiany – powoduje odczucie samotności i poczucie niezrozumienia. Wtedy przeżywanie
porażki rozszerzają się na wiele sfer życia... Mają też wpływ na cały rozwój –
osobowość dziecka, jego emocje, ale i nastrój chwili... W rezultacie, na całe zachowanie dziecka i jego relacje z innymi.
Czasem dziecko swoją potrzebę lub trudność osobistą
sygnalizuje swoim zachowaniem – będąc już uwikłane w problem czy gdy zostanie odrzucone przez grupę. Będąc ofiarą czy fizycznie słabszym jej członkiem (np. mówi wtedy, że jest
poniżane, prześladowane lub opiekunowie czy dyżurujące na przerwie osoby widzą - dostrzegają te liczne sytuacje).
Dziecko wycofane - ofiara - nie potrafi o tym powiedzieć, nie poprosi wprost o pomoc czy
reakcję! To już nie „ukryta potrzeba czy trudność” – to czasem wynik bezsilności
czy braku wiary w zmianę sytuacji.
Odczuwanie bezpieczeństwa, komfortu bycia w szkole,
akceptacja przez grupę i to, że mnie wreszcie chcą i wybierają np. do rozgrywek, do
zabawy, że jestem lubiany i doceniany za uśmiech, każdy czyn, za wkład pracy we wspólne zadanie – jest wielkim pragnieniem dzieci.
Samotność budzi żal i rozgoryczenie.
Powoduje też że chcemy
być zauważeni, jakkolwiek – z czasem nawet poprzez zachowania demonstracyjne, kłopotliwe
i trudne. Naganne, drażniące i wreszcie podlegające naganie, karze... Warto wtedy pamiętać, że był lub nadal jest to sygnał...
Wołanie - najczęściej przybierające formę
„trudnego do zaakceptowania zachowania”.
piątek, 22 czerwca 2018
Potrzeby emocjonalne dziecka
Potrzeby emocjonalne dzieci i sposób ich wyrażania są różne, jeśli chodzi o grupę wiekową, ale podobne są ich źródła.
Dziecko z racji swojego wieku, i poziomu rozumienia sytuacji
czy relacji – często nie prosi nas "wprost" o to na czym najbardziej mu zależy. Zwykle samo nie do końca wie i rozumie o co mu chodzi...
Nie wyraża więc często samej potrzeby - natomiast czytelnie je sygnalizuje – np. lęk, niepokój, niepewność, zagubienie, brak czegoś. Często w swojej samotności
czy rozpaczy – po prostu płacze, szuka kontaktu – bliskości – pragnie dorosłego
na wyłączność.
Siedzi na kolanach u wychowawcy, stara się nie odstępować go na
krok. Są to sygnały niezaspokojonych pierwotnych potrzeb – bliskości,
bezpieczeństwa czy bezwarunkowej akceptacji.
W sytuacji jaką potem rozpoznajemy w pracy, w szkole w kontakcie z dzieckiem - jako rozstanie – rozwód rodziców, oddalenie i wyjazd: zdarzają się one często i
manifestują w zachowaniu dziecka na co dzień – szczególnie w pierwszych latach
nauki.
Mówi się o deprywacji potrzeb, ich umniejszaniu... niezaspakajaniu patologicznym.
Dorośli mówią wtedy: przecież to dziecko, cóż ono może wiedzieć, czuć... rozumieć... czego może chcieć... Przecież ma wszystko. Pozornie!!!
Mówi się o deprywacji potrzeb, ich umniejszaniu... niezaspakajaniu patologicznym.
Dorośli mówią wtedy: przecież to dziecko, cóż ono może wiedzieć, czuć... rozumieć... czego może chcieć... Przecież ma wszystko. Pozornie!!!
Inne potrzeby emocjonalne jakie obserwuję - a z pewnością dziecko nie tylko je ma, ale zawsze je wyraża, gdy nie koniecznie
chodzi o ich niezaspokojenie na wcześniejszych etapach życia, ważne są
zawsze. To potrzeba miłości i akceptacji.
Dziecko i każdy z młodych ludzi, chciałoby
się czuć kochane i wyjątkowe w oczach rodziców, ale też w oczach swojego
nauczyciela. Więcej niepokoju i trudności oraz ich manifestacja pojawia się
wtedy gdy ja, jako dziecko - nie spełniam wysokich wymagań rodziców, nie
zaspokajam - cudzych zwykle - ambicji i planów. Ich tęsknoty i marzeń o sukcesie: „nie jestem
tak zdolny, oryginalny czy mądry”.
Zdarzają się tacy uczniowie, dzieciaki - które uczą się szybko negować nie siebie, ale innych. Oni to umniejszają znaczenie zdobywania wiedzy i umiejętności. Taka osoba śmieje się i drwi z innych, przekomarza się „po co i dlaczego mam się tego uczyć”, wreszcie przestaje się przygotowywać na bieżąco i robić regularnie powtórki czy zadania domowe. Przychodzi nieprzygotowana – kolejne obowiązki traktując z ironią.
Nauczyciele dostrzegając tylko zewnętrzną warstwę i manifestację: „nie pracuje, nie przygotowuje się” – pomijaliby to co najistotniejsze dla rozwoju tego dziecka, blokując jego być może - skromny potencjał. Dopatrując się bowiem złej woli, utrudniania procesu - prowadzenia zajęć, poprzestajemy na aspekcie zewnętrznym - przejawie. Na sferze tylko formalnej, do tego dodając wolicjonalność... Gubimy się w domysłach i jesteśmy przekonani, że dziecko robi to wszystko z premedytacją, celowo w sposób przemyślany oraz okrutnie zaplanowany.
Nic bardziej błędnego!!!
Dlaczego? Bo takie dziecko, zrozpaczone i zaniepokojone tym, że mniej umie i potrafi - śmieje się z innych osób pracujących na zajęciach – lub niszczy ich prace.
Inaczej nie umie, nie potrafi zareagować. Tylko tak, i niestety - coraz częściej.
A po co ma nas??? Dorosłych - no właśnie. Myślmy, główkujmy...
W wywiadzie i rozmowie z Rossem Campbellem "Jak kochać dziecko" - Jak kochać dziecko? , oraz w artykule o poczuciu przynależności - i rodzących się w człowieku potrzebach, a na ich bazie – o pragnieniach, można też doszukać się wielu wskazówek.
Na takie to właśnie sytuacje i problemy powinniśmy być wyczuleni, pracując z dziećmi - wychowując je i z serca, ucząc je miłości.
W wywiadzie i rozmowie z Rossem Campbellem "Jak kochać dziecko" - Jak kochać dziecko? , oraz w artykule o poczuciu przynależności - i rodzących się w człowieku potrzebach, a na ich bazie – o pragnieniach, można też doszukać się wielu wskazówek.
Na takie to właśnie sytuacje i problemy powinniśmy być wyczuleni, pracując z dziećmi - wychowując je i z serca, ucząc je miłości.
Tej miłości do samych siebie, do innych ludzi i wreszcie - do całego otaczającego je świata!!!
wtorek, 29 maja 2018
Niesforne Dzieci - Smutne Matki i Sfrustrowani Ojcowie
Czyli o zbliżającym się dniu matki... i dniu rodziny...
http://www.e-psycholog.pl/index.php/niesforne-dzieci-smutne-matki-i-sfrustrowani-ojcowie/
Pogrążone w smutku, bólu, zagonione i nie odczuwające wsparcia... Znikąd.
Czują się samotne w swoich zmaganiach - zakupy, zaopatrzenie domu, plan dnia, gotowanie i wyprasowanie stroju szkolnego, koszuli mężowi, jeszcze dla siebie urwanie kawałka czasu - makijaż, zdrowy wygląd - sok lub smuffie, liść sałaty i woda, dużo wody - bo tak mówią z ekranów i piszą wszystkie "wiosenne gazety".
Mniej, chudziej, wolniej... uśmiechnij się... bądź pogodna, miej czas dla siebie, na relaks i książkę - zwolnij.
Świat paradoksów i pobożnych życzeń.
W dniu i okolicy dnia matki, dnia rodziny... Tej rodziny co powinna wesprzeć, dać klimat i miejsce na takie działanie i "zajęcie się sobą". Na odmianę - odmłodzenie czy tylko regenerację sił witalnych.
Czy nie zbyt wiele... jak na jedną małą zebrę??? Jak mówi moja pani doktor - gdy zagoniona padam u niej na fotel, a ona słucha mojego serca... gdy jeszcze nie skończyłam mówić, co mnie sprowadza, co boli, ile przede mną - a ile już totalnie - poza mną???
Gdzie rozum, gdzie serce... Gdzie one są i czy razem funkcjonują...
Czy obraz rodziny, nie tylko polskiej to ten - z gazet, z tabloidów i reklam, "z plakatów" i ulotek znanych marek i sklepów, usługodawców i dawców/ "udzielaczy" kredytów na te wszystkie "dary nieba" i pożyczek...
Obraz rodziny, więzi i miłości rodzinnej. Rola w nim - kobiety, ikony i odwzorowanie boskiej rodzicielki. Nie matrony, ale pięknej i pełnej spokoju osoby - delikatnej i cierpliwej miłości, źródła miłości.
Tak wygląda nasz dzień codzienny... Ten rodziny (wielorodzinny), blokowy - systemowy i klatkowy wielkich osiedli i społeczności... Zabudowanych i ciasnych - drogich przecież miast. Ale - inny ma wyraz na festynie szkolnym, parafialnym czy też którejś z rady dzielnic.
Inny wymiar ma ta rodzina podczas uroczystości rodzinnej czy też wyjazdu wakacyjnego, zwanego odpoczynkiem...
Inny wreszcie - w czterech ścianach kuchni i pokoju. W kolorze khaki i rudy brąz, starej tapety i królującej nadal - w mieszkaniach i domach wielopokoleniowych - boazerii.
Każdy z domowników, zna swe miejsce...
Ale matka - stara się nad wszystkim panować, najczęściej swoim kosztem. Dziecko może się złościć, buntować, przeżywać i dorastać... mężczyzna - zarabia i utrzymuje rodzinę, więc musi odpocząć i zrelaksować się, mieć czas dla siebie i na swoje hobby lub coś nie coś - wypić, aby się rozluźnił...

A ona??? Trwa, działa, pracuje na 2-3 etatach.
Rodzi i wychowuje, biegnie, kupuje... Gotuje i częstuje, przyjmuje gości. Uśmiecha się - delikatnie, zmysłowo...
Bez względu na siebie - swoją chorobę czy stan swojego zdrowia...
Biegnie odwiedzić matkę czy teściową, bo trzeba. Bo wypada... Bo warto???
Ze względu - na innych, na rodzinę, na zadanie, na tę o jakiej "myśli", jaką wspomina: na konsekwencje obietnicy, świadomość słowa...
I ta ulotna, a tak mocna - trwała i nieśmiertelna wierność...
Tym ideałom i tej jednej, jedynej przysiędze.
poniedziałek, 14 maja 2018
Pustka... we mnie i w tobie
Niepokoje nasze, znoje nasze, przerażająca pustka... Wszystkie one żądają i pragną czegoś, wpływając na funkcjonowanie. Czegokolwiek, bo nie ma tu wysublimowanych pragnień, "zaspokajacze i zapełniacze...mile widziane".
Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu... i zamyśleniu - nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie - kawałku niecodziennego.vloga.... NV właśnie o. Adama Szustaka... Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama - szczerej "nocnej spowiedzi" przed słuchaczami... - zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!
Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu - ja nie wiem...
Pewnie kiepska - może nawet, całkiem zła... Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka...
Wtedy też, zaświecił mi się mój "zielony ogarek", ten - jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz... czy to nie jest "zaraz", zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją - jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także - w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce...
I tak "pozytywistycznie" patrząc na to zjawisko - jakie Ojciec Szustak popełnił: "ma ojciec rację, świętą rację... to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta".
Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi - jest najpierw dziwnie, smutno i szaro... ale następnie źle, potem gorzej, w pewnym momencie też - samotnie, strasznie i potwornie...
Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!
A nawet w poniższych komentarzach jest to "pomieszane"!!!
Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby - nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności - poczucia winy, zadaniowości - czyli tzw. "zawinienie" sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach - nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!
Jeden czyta - "depresja" inny "samotność" czy "nowe może przede mną" - inne czyli szansa...
A ktoś jeszcze - przeczekam... Kłopot i trudność - jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej "czuję, że się rozpadam"....
Tak się nie robi, to nieludzkie - miałam pierwsze odczucie, ale...
Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza...
Inne komentarze - są pozytywniejsze, ciekawe ale - też - magiczne!!!
O tej sprawie - "pustce" jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!
Pustka, jak w fizyce - próżnia - nie znosi być "próżna" przecież. Stara się każdy z nas, i człowiek i natura - zapełnić ją - byle nie w popłochu, strachu i pośpiechu...
I my, dajmy działać wtedy Bogu...
Tam gdzie jest miejsce - wkracza duch... każdy... Obyśmy nie pozostawili miejsca złemu, kłopotliwemu duchowi. Naszej ciemności... Smutkowi i żalowi...
Dobry Duch - Duch święty ma ten wspaniały i dobry zwyczaj, że czeka i prosi o zgodę - przygotowuje on miejsce wspierając nas... Gdy jest w nas decyzja - bo Bóg - decyzjom błogosławi - ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu - Bóg... i Bóg - Jezus...
"Puste" tak po ludzku... to dobre miejsce, już czekające - przygotowane, bo my uporządkowaliśmy je - posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie - jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie - pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i wspaniałym miejscem...
Dobrym, w sensie - wystarczająco dobrym obszarem człowieka - bo gościnnie otwartym.
Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu... i zamyśleniu - nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie - kawałku niecodziennego.vloga.... NV właśnie o. Adama Szustaka... Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama - szczerej "nocnej spowiedzi" przed słuchaczami... - zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!
Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu - ja nie wiem...
Pewnie kiepska - może nawet, całkiem zła... Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka...
Wtedy też, zaświecił mi się mój "zielony ogarek", ten - jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz... czy to nie jest "zaraz", zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją - jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także - w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce...
I tak "pozytywistycznie" patrząc na to zjawisko - jakie Ojciec Szustak popełnił: "ma ojciec rację, świętą rację... to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta".
Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi - jest najpierw dziwnie, smutno i szaro... ale następnie źle, potem gorzej, w pewnym momencie też - samotnie, strasznie i potwornie...
Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!
A nawet w poniższych komentarzach jest to "pomieszane"!!!
Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby - nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności - poczucia winy, zadaniowości - czyli tzw. "zawinienie" sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach - nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!
Jeden czyta - "depresja" inny "samotność" czy "nowe może przede mną" - inne czyli szansa...
A ktoś jeszcze - przeczekam... Kłopot i trudność - jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej "czuję, że się rozpadam"....
Tak się nie robi, to nieludzkie - miałam pierwsze odczucie, ale...
Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza...
Inne komentarze - są pozytywniejsze, ciekawe ale - też - magiczne!!!
O tej sprawie - "pustce" jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!
Pustka, jak w fizyce - próżnia - nie znosi być "próżna" przecież. Stara się każdy z nas, i człowiek i natura - zapełnić ją - byle nie w popłochu, strachu i pośpiechu...
I my, dajmy działać wtedy Bogu...
Tam gdzie jest miejsce - wkracza duch... każdy... Obyśmy nie pozostawili miejsca złemu, kłopotliwemu duchowi. Naszej ciemności... Smutkowi i żalowi...
Dobry Duch - Duch święty ma ten wspaniały i dobry zwyczaj, że czeka i prosi o zgodę - przygotowuje on miejsce wspierając nas... Gdy jest w nas decyzja - bo Bóg - decyzjom błogosławi - ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu - Bóg... i Bóg - Jezus...
"Puste" tak po ludzku... to dobre miejsce, już czekające - przygotowane, bo my uporządkowaliśmy je - posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie - jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie - pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i wspaniałym miejscem...
Dobrym, w sensie - wystarczająco dobrym obszarem człowieka - bo gościnnie otwartym.
czwartek, 10 maja 2018
Radość i co jeszcze...
Jakie mam powody do radości?
Co mnie cieszy, a co smuci?
Łatwo tu o pomyłkę - jeśli myślimy o zwyczajnej i codziennej radości. Przecież są osoby jakim nie zdarza się codziennie śmiać do łez, do rozpuku... bo...
Powody są różne - nie tylko choroba czy kalectwo, śmierć i inne straty...
Dziś bardziej religijnie bo inaczej nie można zrozumieć istoty szczęścia, jej dwoistości za każdym doznaniem. Szczęścia tak - jak i miłości, skomplikowanego - postawy bycia szczęśliwym a nie - uczucia (odczucia szczęścia, dobrostanu, pogody ducha, relaksu i głupkowatego uśmiechu na twarzy).
Niektórzy uczniowie, Jezusa tak jak i moi wychowankowie,znajome dzieci ale i dorośli - z przykrością słuchali Jego słów, i nadal tak czynią i przeżywają. Jak ogrom zła, przekleństwo czy "zamach na wolność" całego świata!!! Jak przed wiekami, tak teraz - w Polsce i na dalszym wschodzie i bliższym, w cywilizowanym zachodnim świecie prawda o Jezusie, Dobra Nowina budziła w każdym z nich, słuchaczy i uczniów - kolejne złe emocje...
A przecież jest ona Dobrą Nowiną dla wszystkich narodów i dla każdego człowieka. Radość, którą obiecuje Jezus, nie jest łatwa ani oczywista, czasem może to być radość pomimo smutku.
Świat ten nie rozumie różnych rodzajów radości - anie też, jej wielopłaszczyznowości...
Jak może się cieszyć siostra zakonna - "roześmiane siostrzyczki" to abstrakcja.
Musi być nam wszystkim trudno, ciężko i źle - czasem mawiamy, jako Polacy!!! Smutek, znój i nuda!
Jak tedy rozumieć słowa Jezusa do uczniów, skierowane jeszcze za życia a zapowiadające "inny rodzaj obecności i tym samym radości w świecie, radości przeżywanej "przez Świat" - już po śmierci Jezusa przecież, a całe 2 tysiące lat później.
Radość z obecności ducha - od pierwszego dnia stworzenia, aż do kolejnego zesłania go i następujących za każdym razem w Zielone Świątki, zesłań, w momencie - Bierzmowań - zstąpień na konkretnych młodych ludzi... w modlitwie i trudzie - całościowych zejść i zstąpień Ducha, Parakleta, na Ziemię!!!
I tak: "Trwajcie we mnie (...) Jak ja trwam w jedności z Ojcem.
I dalej: (...) Jeszcze chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie". Wówczas niektórzy z Jego uczniów mówili między sobą: "Cóż to znaczy, co nam mówi: "Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie";
oraz: "Idę do Ojca"?"
Mówili więc: "Cóż znaczy ta chwila, o której mówi?"
Przerażeni uczniowie, patrzą - i lękają się i bronią przed nadmiarem dobra oraz nadmiarem wiedzy. Przecież to prości ludzie, w większości, którzy w prosty sposób rozumują:
(...) Nie rozumiemy tego, co powiada. Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: "Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: "Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie?" Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz przemieni się w radość".
Radości cud!!! Cudna ma radość z ożywienia, poprzez zmartwychwstałego. I - oby nigdy nie zgasła, bo sama - nie pozwolę jej zgasnąć nigdy! Przenigdy.
Co mnie cieszy, a co smuci?
Łatwo tu o pomyłkę - jeśli myślimy o zwyczajnej i codziennej radości. Przecież są osoby jakim nie zdarza się codziennie śmiać do łez, do rozpuku... bo...
Powody są różne - nie tylko choroba czy kalectwo, śmierć i inne straty...
Dziś bardziej religijnie bo inaczej nie można zrozumieć istoty szczęścia, jej dwoistości za każdym doznaniem. Szczęścia tak - jak i miłości, skomplikowanego - postawy bycia szczęśliwym a nie - uczucia (odczucia szczęścia, dobrostanu, pogody ducha, relaksu i głupkowatego uśmiechu na twarzy).
Niektórzy uczniowie, Jezusa tak jak i moi wychowankowie,znajome dzieci ale i dorośli - z przykrością słuchali Jego słów, i nadal tak czynią i przeżywają. Jak ogrom zła, przekleństwo czy "zamach na wolność" całego świata!!! Jak przed wiekami, tak teraz - w Polsce i na dalszym wschodzie i bliższym, w cywilizowanym zachodnim świecie prawda o Jezusie, Dobra Nowina budziła w każdym z nich, słuchaczy i uczniów - kolejne złe emocje...
A przecież jest ona Dobrą Nowiną dla wszystkich narodów i dla każdego człowieka. Radość, którą obiecuje Jezus, nie jest łatwa ani oczywista, czasem może to być radość pomimo smutku.
Świat ten nie rozumie różnych rodzajów radości - anie też, jej wielopłaszczyznowości...
Jak może się cieszyć siostra zakonna - "roześmiane siostrzyczki" to abstrakcja.
Musi być nam wszystkim trudno, ciężko i źle - czasem mawiamy, jako Polacy!!! Smutek, znój i nuda!
Jak tedy rozumieć słowa Jezusa do uczniów, skierowane jeszcze za życia a zapowiadające "inny rodzaj obecności i tym samym radości w świecie, radości przeżywanej "przez Świat" - już po śmierci Jezusa przecież, a całe 2 tysiące lat później.
Radość z obecności ducha - od pierwszego dnia stworzenia, aż do kolejnego zesłania go i następujących za każdym razem w Zielone Świątki, zesłań, w momencie - Bierzmowań - zstąpień na konkretnych młodych ludzi... w modlitwie i trudzie - całościowych zejść i zstąpień Ducha, Parakleta, na Ziemię!!!
I tak: "Trwajcie we mnie (...) Jak ja trwam w jedności z Ojcem.
I dalej: (...) Jeszcze chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie". Wówczas niektórzy z Jego uczniów mówili między sobą: "Cóż to znaczy, co nam mówi: "Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie";
oraz: "Idę do Ojca"?"
Mówili więc: "Cóż znaczy ta chwila, o której mówi?"
Przerażeni uczniowie, patrzą - i lękają się i bronią przed nadmiarem dobra oraz nadmiarem wiedzy. Przecież to prości ludzie, w większości, którzy w prosty sposób rozumują:
(...) Nie rozumiemy tego, co powiada. Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: "Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: "Chwila, a nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie?" Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz przemieni się w radość".
Radości cud!!! Cudna ma radość z ożywienia, poprzez zmartwychwstałego. I - oby nigdy nie zgasła, bo sama - nie pozwolę jej zgasnąć nigdy! Przenigdy.
wtorek, 8 maja 2018
Mroczna wieża i... inne opowieści o złożoności dobra i zła
Mroczna wieża...
demoniczna walka, o wieżę, która strzeże i umacnia mój świat, twój świat i wszech-świat... tym samym, czyli światy każdego z nas, z osobna... Tu w plasterku pomarańczy, w tej mapie, wszystko spotyka się i łączy... Jak w znaku mangi, jak w obszarze czerni i bieli... połaczonej, przenikającej się...
W symboliczny sposób - opisanie tego co w nas: istoty dobrej i złej, zarazem, potencjałów jakie każdy ma a jakie umiejętnie rozwijane, będą doskonaliły się i wzrastały...
Jak w diagnozie i badaniu testem Roschacha - widać niewiele, ale... Tak jak w teście Raven'a - i Wechslera - mierzymy, my psychologowie czy ci parapsychologowie z działów HR firm i consultingu, w każdej z korporacji - wszyscy i liczymy, i -"ważymy punkty". Nakładamy na ustalone przez kogoś normy... Wtedy i tylko tak (???? tylko???) czytamy człowieka, jaki przychodzi do nas czy do pracy, czy do diagnozy, pełnej...
I przenosimy to (ten wynik konkretnego człowieka) na płaski wykres... Spłaszczamy też całą sprawę sprowadzając do jakichś liczb i ilorazów...
Dlaczego nie postępujemy inaczej... Rozwojowo...
Jak u Gardenera - w postaci "wielorakiej inteligencji" patrząc na bogactwo cech i przymiotów, rozmaitość ludzką - tu uzyskujemy zakresy i przestrzenną wizję potencjałów.
Doskonałości, i mniejsze doskonałości... To co Bóg w nas stworzył i co dał, uruchomił - "animate" (ożywił, animował, tchnął wraz z duszą i duchem, pierwiastkiem życia). Zaczął - a teraz świat i my, kontynuujemy dzieło... My sami, nasi rodzice, grupy koleżeńskie i rówieśnicze - idole, modele i nauczyciele, przewodnicy i guru... Wiemy, że to co wrażliwie można zniszczyć i zabić, można i uruchomić (oni - muszą... bo potrafią?)
By drgnęło...
By czas i przestrzeń - stała się przyjacielem, dokonało się w nas - wzrost i zmiana.
Rozwój...
Bo jak zawsze piszę i mówię, celem naszym: "rozwój nasz jest, a nie - zwój..."
Teraz o filmie....
Pierwsza część ekranizacji... "Mrocznej wieży", tej powieści - no może obszernego opowiadania, opowiadania jakie można nie tylko raz - przeczytać i przepuścić przez siebie, daje nam wrażenie surowej i prostej. Czasem prostackiej czy taniej produkcji (niski budżet).
Czujemy, że gdyby to i owo ograniczyć, tnąc dłużyzny, dywagacje, przeciągające się spojrzenia - w nicość, patrzenie w przestrzeń i nieznane - byłby to film lepszy. Ale przez innych, uboższy, bo mało wiarygodny... a my w wartkiej akcji nie znaleźlibyśmy tych głębszych walorów.
Bo właśnie przez oczy bohaterów... patrzymy "na rzeczywistość taką, jaką ona jest naprawdę"...
To, co pierwotne... jest i było zawsze.
To, co wtórne - nakłada się i łączy i pomnaża - życie, wartości, obawy czasem i lęki - emocje i bogactwo zachowań - nasze ach i och... uniesienia.
Świat - zawsze dodaje lub też niweluje, ujmuje z tego co jest. I ujmuje, gdy się gubimy i zatracamy, gdy pozostajemy sami i bez wsparcia - to On jest jak magiczne drzewo z filmu AVATAR, Aiwa... Nawet wtedy, gdy człowiek czy postać ginie, Ono - przejmuje całą jej energię i życie, buduje siebie i buduje innych - nią.
Coś większego, ktoś potężniejszy przecież, niż my, podtrzymuje życie a tym samym cudowną miłość, więź... Bez lęku i bez strat.
Jedynie przechodzenie coraz to nowych obszarów i energii. To drzewo, to życie i jego początek, jego Stwórca - jak pierwowzór tego drzewa filmowego jak "ze światłowodów" - ma potęgę i moc. I panowanie na tej planecie... gdzie mieszkają duże, błękitne stwory.
Jak dziecko, jak ziarno kiełkujące do słońca - jesteśmy, gdy na śmierć przecież, wcześniej - jest każde z naszych ojców i matek, w ziemię wrzucone. Już na to po części gotowe, aby umrzeć. I - gdy my gaśniemy... Wtedy rodzi się nowe życie, nowa istota, nowy człowiek... Nowa szansa.
To prawda, a nie magia żadna... jest zjednoczenie. Bycie w jednym organizmie, jak w porównaniu z J 15 i J 17 - do tkwiącym w jedności, zapuszczonym korzeniem i ciałem "w krzewie winnym, w prawdziwym życiu, od korzenia po najmniejszą gałązkę...
To drzewo, ta pierwotna istota i siła, w każdym społeczeństwie, na planecie i w kulturze jakiejkolwiek, ma poważanie u starszyzny plemienia, ludzi mądrych - mądrością i tych, posiadaczy wiedzy oraz doświadczenia życiowego - zwanych kapłanami czy duchowymi. Bardziej pragnie prawdy, dobra i podtrzymania piękna - niż pieniędzy, bogactwa i sił...
To co w nasiono, w nowe, w życie przecież idzie.... Jak z dmuchawca, po przekwitniętym złotym mleczu. Jak zrzuca je Aiwa w jednej z pierwszych scen filmu "Avatar I", jako znak wybrania i naznaczenie. Powtórka z kadru prawie już 10-letniego filmu, czekającego na kontynuację w odmętach mórz. Przypominanego znów w jeden z telewizji polskich.
To ziarenko przypomina tym samym, bohatera przypowieści z Ewangelii: jest jak zboża ziarno rzucone przez siewcę...
Avatar. Hosty... z "Westworld" 1 i 2. Stworzenie i stwórca... Stworzenie jakie nie przeskoczy swojego Stwórcy nigdy, bo nie może, nie jest w stanie!!!
Początek - jak fresku kaplicy Sykstyńskiej, akt stworzenia i narodzenia, początek życia - "Stań się!!!" Tu jesteś, tu jest On. A gdzie się zakończy i czym???
Kto to wie???
demoniczna walka, o wieżę, która strzeże i umacnia mój świat, twój świat i wszech-świat... tym samym, czyli światy każdego z nas, z osobna... Tu w plasterku pomarańczy, w tej mapie, wszystko spotyka się i łączy... Jak w znaku mangi, jak w obszarze czerni i bieli... połaczonej, przenikającej się...
W symboliczny sposób - opisanie tego co w nas: istoty dobrej i złej, zarazem, potencjałów jakie każdy ma a jakie umiejętnie rozwijane, będą doskonaliły się i wzrastały...
Jak w diagnozie i badaniu testem Roschacha - widać niewiele, ale... Tak jak w teście Raven'a - i Wechslera - mierzymy, my psychologowie czy ci parapsychologowie z działów HR firm i consultingu, w każdej z korporacji - wszyscy i liczymy, i -"ważymy punkty". Nakładamy na ustalone przez kogoś normy... Wtedy i tylko tak (???? tylko???) czytamy człowieka, jaki przychodzi do nas czy do pracy, czy do diagnozy, pełnej...
I przenosimy to (ten wynik konkretnego człowieka) na płaski wykres... Spłaszczamy też całą sprawę sprowadzając do jakichś liczb i ilorazów...
Dlaczego nie postępujemy inaczej... Rozwojowo...
Jak u Gardenera - w postaci "wielorakiej inteligencji" patrząc na bogactwo cech i przymiotów, rozmaitość ludzką - tu uzyskujemy zakresy i przestrzenną wizję potencjałów.
Doskonałości, i mniejsze doskonałości... To co Bóg w nas stworzył i co dał, uruchomił - "animate" (ożywił, animował, tchnął wraz z duszą i duchem, pierwiastkiem życia). Zaczął - a teraz świat i my, kontynuujemy dzieło... My sami, nasi rodzice, grupy koleżeńskie i rówieśnicze - idole, modele i nauczyciele, przewodnicy i guru... Wiemy, że to co wrażliwie można zniszczyć i zabić, można i uruchomić (oni - muszą... bo potrafią?)
By drgnęło...
By czas i przestrzeń - stała się przyjacielem, dokonało się w nas - wzrost i zmiana.
Rozwój...
Bo jak zawsze piszę i mówię, celem naszym: "rozwój nasz jest, a nie - zwój..."
Teraz o filmie....
Pierwsza część ekranizacji... "Mrocznej wieży", tej powieści - no może obszernego opowiadania, opowiadania jakie można nie tylko raz - przeczytać i przepuścić przez siebie, daje nam wrażenie surowej i prostej. Czasem prostackiej czy taniej produkcji (niski budżet).
Czujemy, że gdyby to i owo ograniczyć, tnąc dłużyzny, dywagacje, przeciągające się spojrzenia - w nicość, patrzenie w przestrzeń i nieznane - byłby to film lepszy. Ale przez innych, uboższy, bo mało wiarygodny... a my w wartkiej akcji nie znaleźlibyśmy tych głębszych walorów.
Bo właśnie przez oczy bohaterów... patrzymy "na rzeczywistość taką, jaką ona jest naprawdę"...
To, co pierwotne... jest i było zawsze.
To, co wtórne - nakłada się i łączy i pomnaża - życie, wartości, obawy czasem i lęki - emocje i bogactwo zachowań - nasze ach i och... uniesienia.
Świat - zawsze dodaje lub też niweluje, ujmuje z tego co jest. I ujmuje, gdy się gubimy i zatracamy, gdy pozostajemy sami i bez wsparcia - to On jest jak magiczne drzewo z filmu AVATAR, Aiwa... Nawet wtedy, gdy człowiek czy postać ginie, Ono - przejmuje całą jej energię i życie, buduje siebie i buduje innych - nią.
Coś większego, ktoś potężniejszy przecież, niż my, podtrzymuje życie a tym samym cudowną miłość, więź... Bez lęku i bez strat.
Jedynie przechodzenie coraz to nowych obszarów i energii. To drzewo, to życie i jego początek, jego Stwórca - jak pierwowzór tego drzewa filmowego jak "ze światłowodów" - ma potęgę i moc. I panowanie na tej planecie... gdzie mieszkają duże, błękitne stwory.
Jak dziecko, jak ziarno kiełkujące do słońca - jesteśmy, gdy na śmierć przecież, wcześniej - jest każde z naszych ojców i matek, w ziemię wrzucone. Już na to po części gotowe, aby umrzeć. I - gdy my gaśniemy... Wtedy rodzi się nowe życie, nowa istota, nowy człowiek... Nowa szansa.
To prawda, a nie magia żadna... jest zjednoczenie. Bycie w jednym organizmie, jak w porównaniu z J 15 i J 17 - do tkwiącym w jedności, zapuszczonym korzeniem i ciałem "w krzewie winnym, w prawdziwym życiu, od korzenia po najmniejszą gałązkę...
To drzewo, ta pierwotna istota i siła, w każdym społeczeństwie, na planecie i w kulturze jakiejkolwiek, ma poważanie u starszyzny plemienia, ludzi mądrych - mądrością i tych, posiadaczy wiedzy oraz doświadczenia życiowego - zwanych kapłanami czy duchowymi. Bardziej pragnie prawdy, dobra i podtrzymania piękna - niż pieniędzy, bogactwa i sił...
To co w nasiono, w nowe, w życie przecież idzie.... Jak z dmuchawca, po przekwitniętym złotym mleczu. Jak zrzuca je Aiwa w jednej z pierwszych scen filmu "Avatar I", jako znak wybrania i naznaczenie. Powtórka z kadru prawie już 10-letniego filmu, czekającego na kontynuację w odmętach mórz. Przypominanego znów w jeden z telewizji polskich.
To ziarenko przypomina tym samym, bohatera przypowieści z Ewangelii: jest jak zboża ziarno rzucone przez siewcę...
Avatar. Hosty... z "Westworld" 1 i 2. Stworzenie i stwórca... Stworzenie jakie nie przeskoczy swojego Stwórcy nigdy, bo nie może, nie jest w stanie!!!
Początek - jak fresku kaplicy Sykstyńskiej, akt stworzenia i narodzenia, początek życia - "Stań się!!!" Tu jesteś, tu jest On. A gdzie się zakończy i czym???
Kto to wie???
Cudze paputki czyli o cudowności kobiety i matki
Ludzie czasem wierzą a czasem - ufają w to, co nie jest ich. Bo może lepsze, bo inne, po bardziej przemyślane... Bo może jest takie jakie "powinno być". Nie ich pomysł, nie koncepcja - nie prawo ich czy nie porządek ich działań. Nie - sami - podejmują decyzję... Ale wtedy też nie biorą za nią odpowiedzialności. Bo działać pod przymusem lub ze wskazania lub też, w złej czy dobrej, albo i - gorszej wierze... nie można, nie trzeba czasem, bilansując zyski - do szkód powstałych - i nie da się... Na dłuższą chwilę się "nie da".
Lubią prosić: wskaż mi, co mam robić i gdzie iść...
Lubią - mówić to on, ona mnie zmusiła, spowodowała, że zjadłem... owoc poznania dobrego i złego, wiedzy.
To niewiasta to uczyniła, a ona na to: "Nie ja, wąż mnie zwiódł..."
A jakbyście dokładniej wczytali się w słowo o stworzeniu, z Księgi Rodzaju, to Bóg do Adama mówił - to możesz, a to nie... To drzewo jest też smaczne, i dobry owoc daje - ale jest zakazane. Ewy, jeszcze wtedy "na świecie nie było", była ułomkiem żebra...
Tym czymś co - z mężczyzny - podczas snu, Bóg wydobędzie dopiero za chwil parę i uczyni - dopełnienie... To "kość z kości i krew z krwi".
Skąd mogła więc wiedzieć, ta - inteligentna i mądra istota o zakazie, skoro... Niestety, pełen poruszenia i zachwytu, zakochany z motylami w brzuchu... z przeproszeniem..., ten sam Adam - nic nie mówiący mądrego wcześniej, poza "istota", "istota żywa" (nazwy dla każdego zwierzęcia szukając coraz to, nowej i wyszukanej)... Zamilkł.
Zakochany, nie uprzedził o konsekwencjach. Czemu??? Ja nie wiem tego.
Ach, gdyby nie kobieta. Gdyby nie wszystkie te dobre kobiety, matki, kobiety - matki - Polki!!! To myśl, to pomysł....
Autonomia do poprawki: zamiast, zastąp mnie, zadecyduj za mnie... popchnij mnie do... zrób za mnie, Wysłużenie się innymi, my Polacy i my ludzie, w ogóle, - mamy też we krwi. Większość z nas czuje się bezpieczniej i komfortowo, gdy szef lub przewodnik, ktoś z wiedzą czy mapą oraz na stanowisku - głowa rodziny, wspólnoty, kościoła, posyła - pielęgnuje, daje, ofiarowuje się - wierzy (nie w nas) dzielnie i działa... Lecz czyni to "za nas", piętno zostawiając w nas...
Spijanie śmietanki. Odbieranie nagród nad którymi kłopotały się i pracowały zespoły, koncerny, jeden człowiek... Kupowanie patentów, kradzież patentów... Pomysłów, obrazów - dzieł wszelkich...
Zasłanianie się. Cudze plecy - mniej boli, mniej dotkliwiej biją czy kąsają... za spódnicą matki, zawsze bezpieczniej
I pytanie moje, na koniec. Gdzie jesteś, dokąd zmierzasz. Gdzie się znajdujesz - czy wiesz to, czy przypuszczasz??? Czy masz tę jasność dla siebie!
Czy to jeszcze ja, czy to - inny jakiś... Ja.
Bo - we mnie jest spokój i wielki luz, od kilku już lat... wielki spokój. Wiem dokładnie kim, w czym, i gdzie jestem na tej planecie... Na tym świecie i o tym czasie!!!
Matka Polka, Matka - jest tylko jedna.... - jak z popularnego skeczu-kawału. Mała. Malutka. Młodziutka... Maleństwo!!!
Ta sama. I wciąż... Matka!!! Matka "łizlerów" i królowa matka - pszczelego rodu....
Lubią prosić: wskaż mi, co mam robić i gdzie iść...
Lubią - mówić to on, ona mnie zmusiła, spowodowała, że zjadłem... owoc poznania dobrego i złego, wiedzy.
To niewiasta to uczyniła, a ona na to: "Nie ja, wąż mnie zwiódł..."
A jakbyście dokładniej wczytali się w słowo o stworzeniu, z Księgi Rodzaju, to Bóg do Adama mówił - to możesz, a to nie... To drzewo jest też smaczne, i dobry owoc daje - ale jest zakazane. Ewy, jeszcze wtedy "na świecie nie było", była ułomkiem żebra...
Tym czymś co - z mężczyzny - podczas snu, Bóg wydobędzie dopiero za chwil parę i uczyni - dopełnienie... To "kość z kości i krew z krwi".
Skąd mogła więc wiedzieć, ta - inteligentna i mądra istota o zakazie, skoro... Niestety, pełen poruszenia i zachwytu, zakochany z motylami w brzuchu... z przeproszeniem..., ten sam Adam - nic nie mówiący mądrego wcześniej, poza "istota", "istota żywa" (nazwy dla każdego zwierzęcia szukając coraz to, nowej i wyszukanej)... Zamilkł.
Zakochany, nie uprzedził o konsekwencjach. Czemu??? Ja nie wiem tego.
Ach, gdyby nie kobieta. Gdyby nie wszystkie te dobre kobiety, matki, kobiety - matki - Polki!!! To myśl, to pomysł....
Autonomia do poprawki: zamiast, zastąp mnie, zadecyduj za mnie... popchnij mnie do... zrób za mnie, Wysłużenie się innymi, my Polacy i my ludzie, w ogóle, - mamy też we krwi. Większość z nas czuje się bezpieczniej i komfortowo, gdy szef lub przewodnik, ktoś z wiedzą czy mapą oraz na stanowisku - głowa rodziny, wspólnoty, kościoła, posyła - pielęgnuje, daje, ofiarowuje się - wierzy (nie w nas) dzielnie i działa... Lecz czyni to "za nas", piętno zostawiając w nas...
Spijanie śmietanki. Odbieranie nagród nad którymi kłopotały się i pracowały zespoły, koncerny, jeden człowiek... Kupowanie patentów, kradzież patentów... Pomysłów, obrazów - dzieł wszelkich...
Zasłanianie się. Cudze plecy - mniej boli, mniej dotkliwiej biją czy kąsają... za spódnicą matki, zawsze bezpieczniej
I pytanie moje, na koniec. Gdzie jesteś, dokąd zmierzasz. Gdzie się znajdujesz - czy wiesz to, czy przypuszczasz??? Czy masz tę jasność dla siebie!
Czy to jeszcze ja, czy to - inny jakiś... Ja.
Bo - we mnie jest spokój i wielki luz, od kilku już lat... wielki spokój. Wiem dokładnie kim, w czym, i gdzie jestem na tej planecie... Na tym świecie i o tym czasie!!!
Matka Polka, Matka - jest tylko jedna.... - jak z popularnego skeczu-kawału. Mała. Malutka. Młodziutka... Maleństwo!!!
Ta sama. I wciąż... Matka!!! Matka "łizlerów" i królowa matka - pszczelego rodu....
czwartek, 8 marca 2018
Starość jakiej nikt nie chce
Niby nie choroba, choć fizykalnie odczuwana dolegliwość. Czasem łączy się się z dolegliwością, niedyspozycją, potrzebą czasowego ograniczenia ruchu - leżenia w łóżku, leczenia w szpitalu, przyjmowania wielu medykamentów... Ci starsi, z grupami inwalidzkimi, poznający inne osoby w specyficznym kontekście - opieki i pielęgnacji. Ci z kolejkami u specjalisty, kolejnymi dolegliwościami... bólem... strachem.
Ci z samotnością, czemu są winni??? Czyżby już zapisali swój majątek i mieszkanie, i teraz nie ma kto zaprosić ich na święta, wziąć na wieś... żyją nadzieją i ułudą!!! Może tylko tyle i to ich trzyma przy życiu...
Czasem to właśnie wyrok, takie skazanie człowieka na samotność.
Niby ma wszystko, niby gotowe lub zapewnione - zapłacone, zabezpieczone, zakupy w lodówce lub zupa w słoiku twist, ale... No właśnie. Dlaczego ci ludzie, żyją tak krótko odczuwając mocniej wykluczenie i samotność.
Ból odtrącenia, długich godzin przed zamkniętym oknem czy przed telewizorem. Ludzi, których rodziną stają się bohaterowie telenoweli i reklam... filmów i teleturniejów.
Kiedy indziej - błogosławieństwo, odpoczynek w gronie, człowiek otoczony opieką... patrzący na rosnące wnuki, otoczony wrzawą, hałasem, zmieniającym się wystrojem, kolorem ścian i scenerią, gwarem gotowania i szykowania świąt, zapachami pieczenia. Ci ludzie starsi, mają się najlepiej... najwolniej odchodzą, mają dla kogo żyć, żyć "po coś", odczuwają celi sens...
Pytanie "dlaczego" chyba nigdy i do końca ich dni, nie opuści serca...
Nie ma powodu, nie ma takiej przyczyny. Nie ma wytłumaczenia braku czasu, pośpiechu, nikt nie zasługuje by go sprowadzić do tego słoika zupy, do ryżanki - by tylko zapchać głód.... Zamiast spotkania, rozmowy i choćby wspólnych świąt.
Mam tego świadomość - mieszkała z nami przez 17 lat babcia mojego męża. Czas z wnuczkami, z nami i nasza obecność, czasem głośna i niełatwa - stała się jej chlebem. Nie było czasu i miejsca na pustkę. Czasem irytacja i zmęczenie dawały znać o sobie, czasem narzekałam na brak prywatności i niezapowiedziane wizyty. Kiedy indziej, na ograniczoną dyspozycyjność - brak ferii czy wakacji, bo choroba babci czy konieczność opieki nad nią uniemożliwiały właśnie nam, nie jej dzieciom, normalne rodzinne funkcjonowanie... Ale czy mogę dziś choćby o tym zapomnieć, że przez 15 lat patrzyła jak rosną i nabierają sił jej prawnuczki??? Żyła z nami długo, od początku naszego małżeństwa.... a dożyła 94 lat!!! Praktycznie odchodząc też 10 maja 2009 r. w szpitalu - "na starość", bo inne dolegliwości dzielnie znosiła. Miała i odrobinę prywatności - ale i nas, i żadnej instytucji, która przejęłaby ciężar opieki jaki mogliśmy zapewnić babci Ani.
Nie ma uniwersalnej miary radości czy też szczęścia. Mało jest jego wzorców czy reguł...
Nie można ich porównywać i odnosić do siebie... Mówić ten lepszy, a tamten - gorszy!!!
Życie ma się jedno, warto jej przeżyć tak, jak by się chciało - i tak też zakończyć, a nie - przeżywać taką starość, jakiej się nie chce, nie lubi, i nie życzy nikomu, nawet - wrogowi!!!
Ci z samotnością, czemu są winni??? Czyżby już zapisali swój majątek i mieszkanie, i teraz nie ma kto zaprosić ich na święta, wziąć na wieś... żyją nadzieją i ułudą!!! Może tylko tyle i to ich trzyma przy życiu...
Czasem to właśnie wyrok, takie skazanie człowieka na samotność.
Niby ma wszystko, niby gotowe lub zapewnione - zapłacone, zabezpieczone, zakupy w lodówce lub zupa w słoiku twist, ale... No właśnie. Dlaczego ci ludzie, żyją tak krótko odczuwając mocniej wykluczenie i samotność.
Ból odtrącenia, długich godzin przed zamkniętym oknem czy przed telewizorem. Ludzi, których rodziną stają się bohaterowie telenoweli i reklam... filmów i teleturniejów.
Kiedy indziej - błogosławieństwo, odpoczynek w gronie, człowiek otoczony opieką... patrzący na rosnące wnuki, otoczony wrzawą, hałasem, zmieniającym się wystrojem, kolorem ścian i scenerią, gwarem gotowania i szykowania świąt, zapachami pieczenia. Ci ludzie starsi, mają się najlepiej... najwolniej odchodzą, mają dla kogo żyć, żyć "po coś", odczuwają celi sens...
Pytanie "dlaczego" chyba nigdy i do końca ich dni, nie opuści serca...
Nie ma powodu, nie ma takiej przyczyny. Nie ma wytłumaczenia braku czasu, pośpiechu, nikt nie zasługuje by go sprowadzić do tego słoika zupy, do ryżanki - by tylko zapchać głód.... Zamiast spotkania, rozmowy i choćby wspólnych świąt.
Mam tego świadomość - mieszkała z nami przez 17 lat babcia mojego męża. Czas z wnuczkami, z nami i nasza obecność, czasem głośna i niełatwa - stała się jej chlebem. Nie było czasu i miejsca na pustkę. Czasem irytacja i zmęczenie dawały znać o sobie, czasem narzekałam na brak prywatności i niezapowiedziane wizyty. Kiedy indziej, na ograniczoną dyspozycyjność - brak ferii czy wakacji, bo choroba babci czy konieczność opieki nad nią uniemożliwiały właśnie nam, nie jej dzieciom, normalne rodzinne funkcjonowanie... Ale czy mogę dziś choćby o tym zapomnieć, że przez 15 lat patrzyła jak rosną i nabierają sił jej prawnuczki??? Żyła z nami długo, od początku naszego małżeństwa.... a dożyła 94 lat!!! Praktycznie odchodząc też 10 maja 2009 r. w szpitalu - "na starość", bo inne dolegliwości dzielnie znosiła. Miała i odrobinę prywatności - ale i nas, i żadnej instytucji, która przejęłaby ciężar opieki jaki mogliśmy zapewnić babci Ani.
Nie ma uniwersalnej miary radości czy też szczęścia. Mało jest jego wzorców czy reguł...
Nie można ich porównywać i odnosić do siebie... Mówić ten lepszy, a tamten - gorszy!!!
Życie ma się jedno, warto jej przeżyć tak, jak by się chciało - i tak też zakończyć, a nie - przeżywać taką starość, jakiej się nie chce, nie lubi, i nie życzy nikomu, nawet - wrogowi!!!
czwartek, 25 stycznia 2018
Dlaczego ekologia i rodzina są nierozerwalne?
O EKOLOGII I RODZINIE
Skąd pomysł połączenia tych dwu
fenomenów? W tym temacie nic nie zmieniło się.Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia? Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?
Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i - ogólnie mówiąc - środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań.
Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek - jaką jest rodzina - tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.
W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy.
Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny - wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.
To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia - potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko - czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: "gdzie tkwi błąd?" - gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?
Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym.
Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd?
Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko, nastawienie na otrzymywanie gotowych odpowiedzi.
Aneta Sendra - Wójcik
http://zb.eco.pl/zb/94/rodzina1.htm
Subskrybuj:
Posty (Atom)