czwartek, 11 marca 2021

Przytulanie to życia dawanie

Potrafimy wiele brać jeden od drugiego, ale też wiele dawać. Bardzo wiele ... Jesteśmy bogaci w dawanie... Ofiarowanie swojego czasu i siebie innym. Nawet gdy nie posądzamy się o to, nie spodziewamy się od kogoś drugiego takiej postawy. Czasem dobro przychodzi nam uczynić zaskakująco łatwo, a jałmużna dotkliwa przecież - nie boli, bo wychodzi gdzieś z wnętrza nas. Zainteresowani innymi ludźmi, poznajemy i odkrywamy siebie. I wzajemnie... 

Małe dziecko chce i pragnie, przytulić się patrzeć, wetrzeć się w nas, pachnieć nami... Przylgnąć. Bo to zdrowe i bardzo potrzebne. Dla niego jesteśmy bazą. Stanowimy jakąś opokę i fundament. Jesteśmy podstawowym nośnikiem ciepła, dosłownego i tego symbolicznego. Wszelkiego bezpieczeństwa i całego dobra świata tego, dobra materialnego i cielesnego. To my dla dziecka, niemowlęcia - jesteśmy podporą i pociechą. Portem... Bezpieczną przystanią... Oczekiwaniem... Cali jesteśmy tym oczekiwaniem, wiąże się to czasem ze szkodą lub stratą dla nas samych...

I tak, właśnie tacy powinniśmy być, powinniśmy funkcjonować w lekkiej, niekłamanej symbiozie - w takiej mikoryzie jak drzewo z grzybem, jak sosna z borowikiem... Nawet - kosztem siebie. Do pewnego czasu, oczywiście. Potem - będąc w dialogu, w dyskusji i sporze, ale z całym rozsądkiem. Rozerwać skorupę uprzedzeń i sztywnej etykiety, zgromadzonych doświadczeń i radykalnych reguł, książkowych poglądów, estetycznych i higienicznych zaleceń.

Bo to całe przytulanie, dające "nowe życie" i wzmacniające całą naszą energią miłości - stanowić będzie ten życiowy bastion. Warownia, ale i piękna wieża z widokiem na okolicę i na innych ludzi.

To przytulanie, życia dawanie - to jeszcze ładowanie akumulatorów człowieka, zysk i piękne doświadczenie dla jego przyszłych relacji. 







Czułość, wszędzie gdzie jesteśmy podróżuje z wami


Dla pełnego ich budowania i nie unikania czułości i bliskości z innymi. Bliskość z zachowaniem poczucia komfortu i bezpieczeństwa, nieutożsamiona z bliskością "seksualnego zbliżenia". Bo nie tylko o bliskości fizycznej mówimy, nie tej w dorosłości... Nie zmierzamy kochając drugą osobę do jej podporządkowania lub dominacji!!! 

I to ono właśnie, przytulanie z troską i miłością, na wezwanie, potrzebę - pozostanie na całe życie dobrym doświadczeniem, zwyczajem i odniesieniem w dzieciństwie, z dzieciństwa w całej naszej młodości. Będzie też najprawdopodobniej odwzorowane w dorosłości - w nowej rodzinie i we własnym modelu macierzyństwa. W byciu mamą...

Jako dorośli już, w stosunku do dorosłych - jesteśmy tacy właśnie, dobrzy, kochający i gorący - lub skrajnie inni. Chłodni, nieprzystępni, pełni odpychającej rezerwy. Pełni sprzeczności. Zagmatwania...

Raniący innych - jak kaktusy. Trudno do nas się przytulić, nie sposób nas "ogolić".






piątek, 5 marca 2021

Mam #serce

Mieć serce do pracy, działania...

Serce okazywać innym...

Mówić coś, robić prosto z serca...

Życzliwym i prawdziwym być...

Z sercem na dłoni...

Prócz tych związków wyrazowych i frazeologicznych jest jeszcze jedna prawda o działaniach w których motorem, napędem i niejako sprawcą jest nasze serce. To co wypełnia nasze wnętrze, stanowi o jakości każdej podejmowanej i realizowanej aktywności. Ten wewnętrzny ogień nasz, co pozwala nam płonąć lecz się nie spalać...

Jeżeli nasze działania tam się rodzą, ich napęd i energia właśnie wypływa z serca, jest to już w znacznej mierze gwarancja sukcesu lub też - prawdziwej wytrwałości. Jakości starań i ich rozległości, totalności, niezależności od wszelkich czynników zakłócających czy stawianych przez świat, innych ludzi - ograniczeń. Wszelkich "nie da się", nie - "to nie jest wykonalne", "to wydaje się być niemożliwe do zrealizowania...". Tak, komuś może i takie się wydaje.

O tym przekonać mogę się tylko ja sam, próbując... My swojego pomysłu i marzenia, tak łatwo, nie porzucimy - zbyt szybko, z obawą, lękiem czy przy najmniejszym zmęczeniu, zniechęceniu, niepowodzeniu danej realizacji. 

To nasza - wewnętrzna - gotowość przekraczania dobrostanu, poczucia bezpieczeństwa i podejmowania ryzyka - ona właśnie zasadza się w sercu...  



Bo nigdzie takich zachodów słońca i wschodów, jak na morzu...

Nasze serce i ten płomień podsycany wewnątrz pozwalają nam życie smakować, często i jednocześnie naginając rzeczywistość. Zbliżając się do tego, co wydaje się lub jest ryzykowne czy niebezpieczne. Co pokazuje, jakim człowiekiem jestem w głębi i tak naprawdę, co powoduje, że tak naprawdę mogę powiedzieć o sobie i innych: "sprawdzam..." . 

Bo przecież nie zaryzykuję niczego, bez opuszczenia mojej "strefy komfortu", mojej mielizny czy portu w jakim cumuję... Ale w porcie - tylko się stoi się pięknie i pięknie się wygląda. A na morzu i oceanie - się pływa. 

W życiu chodzi właśnie o to, by wyjść z portu, i po prostu - płynąć... By się kołysać, ciąć wodę, by zmierzać do celu lub choćby - iść przed siebie... 

Po stokroć, zawsze - właśnie o to chodzi.



czwartek, 4 marca 2021

Pomiędzy poświęceniem a zaangażowaniem

Różnice tkwią nie tylko w słowie, w przedmiotach, w szczegółach - lecz w człowieku... 
Nie brońmy się przed nimi. Otwierajmy się na te drobne szczegóły jakie nas dookreślają.

Chcesz zebrać kosz pełen grzybów... idź tam gdzie chcesz a nie tam gdzie musisz!!!

Dla części ludzi to "jedno i to samo"... "masło maślane" jak nazwalibyśmy to wykorzystując powszechnie używany pleonazm. Dwie postawy - choć przecież całkiem różne i mające u źródeł inną motywację, zlewają się tym samym - w jedno. Przenikają się tak, że dopiero po dłuższym zastanowieniu - odróżniamy je i dostrzegamy ich specyfikę... Tak... Po dłuższym poznaniu. Doświadczaniu...

Tę różnicę możemy zrozumieć właśnie z pewnej perspektywy, po latach. Ocenić ją, wtedy gdy trochę przeżyjemy... Gdy uzasadnimy rodzaj naszej aktywności - przyjrzymy się motywom i poziomowi jej zaangażowania. Zadamy sobie pytanie nie - co robić i czego nie, ale jak naprawdę pragniemy żyć....

Dzieje się tak zwykle po przeżyciu kilkudziesięciu lat i doznaniu wielu dobrych, lepszych oraz tych - niekoniecznie miłych rzeczy... Nie wcześniej.

Bo wcześniej, czyli w bardzo młodej dorosłości - wszystko się nam gmatwa, czasem z powodu niekonsekwencji, zagubienia, niepewności jaką odczuwamy, a kiedy indziej, właśnie przez nią. Bo ktoś inny zawsze decyzje podejmował za nas. Przez ten upór człowieczy... Ale i przez rezygnację z siebie, gubimy zapał i kierunek. I nasze doznanie i przeżywanie rzeczywistości często określamy jako "mieszane" lub bez satysfakcji. Czy też - określamy nasze życie i poziom satysfakcji jako "nie do końca zadowalające/y". No bo... Jestem spłoszony... jestem samotny... Nie odczuwam szczęścia. Nie czuję też nic pozytywnego. Żadnych wibracji...

Kiedy się poświęcamy czujemy przymus, najpierw zewnętrzny: trzeba, powinno się, jesteś mu to winny (pamięć o kimś? wspomnienie obietnicy?), bo... tak cię wychowałam (mama?). Bo "tak wypada" (ale jak?)... i wiele wiele innych "podpowiedzi" ukierunkowujących naszą rosnącą bezradność i brak pasji, zapału... One stają się konstruktami w naszej głowie od jakich ciężko się uwolnić. Są jak scenariusz czy mapa naszej aktywności. Wciąż czujemy się winni i w obowiązku... 

Brak odczuwania satysfakcji rośnie szybciej, niż jesteśmy w stanie znaleźć kolejne uzasadnienie. Poświęcenie zakłada ten przymus, można się poświęcić dla rodziców - zostając na zawsze samotnym, z nimi w pustym domu, bez przyjaciela czy męża... swojej rodziny i dzieci. Nie ryzykować w ten sposób. Oddać się temu co znane - choć coraz trudniejsze. Niezrozumiałe! Można poświęcić "życie innych" w imię niepisanych zasad: zakładając, że siostra zaopiekują się niepełnosprawnym bratem. Ułożyć mu/jej przyszłość pod nasze dyktando, nie pytając o wolę i o decyzję. Można - już bardziej świadomie, myśląc i parafując ten fakt - oddać swój organ, narząd, szpik czy krew i osocze - innej osobie. A nawet jak w czasie wojny miało to miejsce, swoje życie... 

Można poświęcić się czemuś lub komuś... Malarstwu i rzeźbie (Frida czy kochanka Rodena - słynna rzeźbiarka, ale dopiero po śmierci - Camille Claudel) bo uważam, że tylko ja tak mogę i potrafię. Tylko ja tak piszę, namaluję i wykreuję z bloku marmuru, tak zaśpiewam - choć ktoś inny będzie na tym żerował, pasł się... Bo ma nazwisko, pieniądze, sam jest autorytetem lub ma znajomości. Być może wstępnie będę żyła w "jego" cieniu... Jest znany, a ja zajmę się jego chorobą lub niepełnosprawnością... Jego charakterem...

Nie tak. Nie tylko tak... Choć cel, by tworzyć i móc działać czasem był tylko tak możliwy do osiągnięcia. Zostać pasjonatem - o tak!!! Trwać, być. Zostać zapamiętanym. W innym przypadku - koszt przewyższa zysk (tu poszukaj... Sylwia Plath i jej poezja). 

No właśnie, a kim jest pasjonat?. Zaangażowanym na 100% człowiekiem, gotowym wejść w nieznaną dolinę - w jaskinię gdzie trzeba zaryzykować. Żyć pełnią życia i tworzyć, budować i być prawdziwym autorem "twórcą swojej rzeczywistości"... 

Ufać sobie i żyć, w pełni i "na całej petardzie" jak pisał o swoim byciu i aktywności śp. ks. Jan Kaczkowski - doskonały ksiądz i opiekun hospicjum. Do samego końca życia pracujący i pomagający ludziom, realizujący swoje trudne plany i wielkie, nieprzystające do jego osoby marzenia - jak mówili inni, nieprzystające do jego kruchej i wątłego zdrowia osoby. 

Iść w to, na czym ci najbardziej zależy. Biec za marzeniem... Bo życie takie czy inne, jest niewiadomą - jest nieznane, nowe i tajemnicze. 

Nowe - bo to tajemnica, sama w sobie... Dzikie i niepowtarzalne, tak - bo dla każdego jest totalnie inne, choćby jego scenariusz i wybory - wydawały się podobne, a jednak - życie jest największą tajemnicą.

Jak fragment obrazu. Nie widzisz reszty. Dopiero zaczynasz malować... pierwsze rysy.

wtorek, 2 marca 2021

Uwielbiam

Tak po prostu, i życiowo... Mocno i z całego serca. Uwielbiam...

Śpiewam życiem pieśni uwielbienia... wzmocnienia i wzrostu. Dzięki temu odzyskuję większość zmarnowanych czy straconych lekko sił. Odnajduję się, gdy jestem pogubiona... Liżę rany...Gdy wróg u bram, a zły łypie - gdy człowiek podejrzewa, człowieka... I gdy zaczyna się okres chłodu i pustki, śmierci dookoła, czystego mroźnego nieba i gwiazdy biją pokłon bezkresowi. Mam ten czas - dla siebie...

Ku wzrostowi... Buduje siłę, wnętrze oczyszcza... Pozbawia złudzeń, że wszystko jest w moich rękach i tylko ja, człowiek potrafię swoje sprawy ogarnąć. Uczy pokory, Słowo najpełniejsze. I nadzieja - nieśmiertelna.

"Dlaczego rozpaczasz, ma duszo,

I dlaczego drżysz we mnie? Ufaj Bogu, jeszcze będę Go wielbił, On moim wybawieniem i On moim Bogiem!" Psalm 42


Cichy zakątek, na cmentarzu - Czerna, Krzeszowice k/Krakowa


Kiedykolwiek czytam ten fragment, w momentach totalnego zagubienia i rozpaczy... 
Gdy puszczają wszystkie obrony. I kiedy tylko światło i płomień, żyje On we mnie, jakże mnie dźwiga i jakże skrzydeł dodaje... 

Bo taka mała w tym wszystkim się sobie wydaję. Taka krucha.

I gdyby nie to, nie świadomość, że jest coś bardziej ważnego i to o wiele większego ode mnie, coś doskonalszego po stokroć, sensowniejszego niż całe nasze ludzkie - bolesne istnienie, to Coś wiecznego i skomplikowanego - po wielokroć nie dawałabym rady. 

To te słowa by mnie za każdym razem powaliły a nie podnosiły... Ciągnęłyby w totalnie niemożliwe, nieogarnione. W dół. Ale świadomość, że jest i istnieje, nieobojętne mu moja życie, praca, wysiłek w nią wkładany. Moje upadki i moje powstania, całe to "moje ludzkie dobro" jest Mu bliskie, znane... I moje bezpieczeństwo i wzrastanie - jest w jego boskich dłoniach... 

I zawsze - napawa mnie radością... Szukam w nim siły. Zawsze. 

I zawsze - jak On - nieskończonej.