środa, 18 stycznia 2017

Odrzucenie nie tylko boli

Psychiczne czy też fizyczne odrzucenie, odtrącenie...
Jak "karać jest łatwiej" drugą osobę, co robimy częściej???
Co bardziej boli każdego z nas, indywidualnie... wreszcie.

Siadamy z moim mężem ostatnio i dość często razem rozmawiając, analizujemy relacje, wiele zdarzeń, kontaktów i rozmów. Trochę z przeszłości, czasem z ostatnich tygodni - typowych scen dla naszego życia, oraz innych znajomych nam osób. Wnioskujemy o ludziach i ich motywacji, rozważając za i przeciw... Ale też więcej rozumiemy, znając już wiele lat osoby o jakich mówimy. Analizujemy też, czy można zrobić coś innego czy można było zapobiec jakimś zdarzeniom, a co na przykład - można wnieść do sprawy teraz, dziś... tak "na świeżo". Jak ją teraz - po latach - rozegrać. Czy jeszcze można ratować sytuację...   

Czasem nasze zdanie, nasze uwagi czy rozmowa z kimś, wiem,  nie mają  już żadnego znaczenia. Tak, często tak właśnie jest - i wiemy to oboje. Nie mamy już wpływu na przeszłość, ona się zamknęła za nami... Choć dziś, po latach - gdy ją oglądamy i analizujemy z perspektywy, wiemy że oswoiła nas i okiełznała. Wiele nam też - wyjaśnia...
Konsekwencje naszych słów, działań i czynów, odciskają na każdym z nas piętno, ślad, znak...

O tym, jak odrzucamy siebie w rodzinie najczęściej... 
Co czynimy dziecku a co, osobie starszej... 

Zdajecie sobie z tego sprawę, myślicie o tym nie mogąc np. zasnąć wieczorem???

Z obrzydzeniem, oddalam cię, bo nie satysfakcjonujesz mnie... Robię to, bo jesteś stary czy szkaradny, niepopularny lub krzywy, chory... Czy też o niskim IQ, mało zdolny - nieudaczny... 

Wciąż może słyszysz: wstyd mi za ciebie, wstydzę się "za"... 
Wreszcie pada: wolałbym, żeby cię nie było... żebyś się nie urodziła. Nie chciałam tego dziecka, dwójka - już mi wystarczyła, a nagle - byłeś/byłaś ty... 
Zacięte usta, pół życia w napięciu - mniejsza wartość człowieka i takie oto o sobie myślenie, jakich inni udzielają nam znaczeń, ocen czy informacji o nas... Przyjmujemy to, chłoniemy jak gąbka, bo w tej atmosferze i słysząc te słowa rozwijamy się i żyjemy. 
Choć tak niech będzie, jeśli nie może być inaczej. Żyjąc nadzieją, że może spotkamy takiego kogoś, kto nas pokocha i pozwoli żyć, i nasze życie - naprawi... 
Aż do głębi, do sedna, aż do końca, tego, kto pomoże przebudować, przeprogramować nas.

Wydaje nam się, że starszym ludziom po prostu "możemy już tak powiedzieć", że ich już nic nie przerazi i nie zaboli... Niczego nie potrzebują lub nie chcą. A już na pewno - nie żyć!!! 

Ciekawe co myślą o decyzji na temat ich życia i śmierci starsi ludzie... O tym, że są skazywani taką nieludzką, zbyt łatwą "decyzją" o ich eutanazji, świadomą decyzją i wolą najbliższych - zwłaszcza dzieci - na śmierć. Ich ojcowie, bacie i dziadkowie, matki rodzące ich 40-50 lat wcześniej... w Holandii, Belgii czy krajach pozornie tylko cywilizowanych zachodniej Europy, jej północy - w klasach Beneluksu.  

Przerażająca i porażająca ludzka katastrofa, niehumanitarna statystyka...
Mówią o tym wprost studenci medycyny, lekarze, katecheci i pracujące za granicą siostry, opiekunki, pielęgniarki.... 

Otwarci i tolerancyjni dla obcych, dla przyjezdnych czy też uciekających. Emigrujących z krajów wojny, konfliktów i niepokojów, repatriantów czy przesiedlanych w inne strony po II wojnie, ale i po innych późniejszych europejskich lokalnych konfliktach. 

Czy w ten sposób odmładzają swoje społeczeństwa. A jakim prawem to czynią, jakim prawem czynimy to my, ludzie - w czym jesteśmy lepsi od nazistów i innych szaleńców, decydujących o ludzkich losach, o czyimś "być czy nie", żyć - czy nie przeżyć...  


W sensie psychologicznym, człowiek zamiera słysząc wciąż takie uwagi na swój temat, bierze 
 je za wewnętrzne przekonania o sobie, trawi te sądy wartościujące, zazdrości rodzeństwu ich pozycji lub przywilejów. Hołduje tej nienawiści i hoduje pogardę, niemoc lub zawiść... 
Uczy się nienawidzić innych tylko dlatego, że im okazywana jest czysta i jasna miłość, szacunek i całe bogactwo emocji - i te złe i te dobre, w równowadze...