środa, 19 maja 2021

Nieuleczalna

Nie tylko choroba bywa nieuleczalna...

Może to być też miłość, taka co żyje w nas i nie chce się dać pogrzebać, zapomnieć... co wraca, we wspomnieniach, przeżyciach, odczuciach. W chwilach trudnych, przypomina się gdy mamy kryzys w aktualnej relacji.

Może to być ból po stracie kogoś. Codziennie budzimy się z nim i zasypiamy. Może też towarzyszyć czyjemuś odchodzeniu... Może trwać w nas tęsknota. Wyrzut, że ktoś odszedł a nie ja... Mój brat, bracia umarli - ale dlaczego oni??? Tego smutku czasem nie da się opanować, wzmaga się - bo dorzucamy do ognia, dostarczamy paliwa dla tej tęsknoty, nieuleczalnej i trwającej niebezpiecznie długo. Nie da się tego cierpienia i trwania w nim odłożyć na chwilę na bok, przytępić jego intensywności. Paraliżujący ból, pustka, samotność... Stymulujemy ją, dodając sił - bo nie jesteśmy w stanie odciąć się - ratując własną skórę. Zrobić nic sensownego swoją ludzką siłą, umiejętnością. Na nic wpłynąć, niczego też zatrzymać. Przeciwdziałać zmianie. Nikogo ochronić czy uleczyć - ani drugiego człowieka, dziecka czy ojca, ani też siebie...

Może to być gniew lub zazdrość, nad jaką nie potrafimy zapanować. Zakończyć jej, utulić czy uleczyć... Można ją czuć "do" kogoś lub być zazdrosnym "o" człowieka. Jego nieobecność, odejście czy nawet śmierć. O jego szczęście czy powodzenie... Powodzenie w życiu, to co ma lub zdobył ciężką pracą. Gniew niszczący jak jad, a skierowany do środka wreszcie - taki, co rozsadza wolę i taki, co torpeduje każde działanie. Emocja i przeżywanie jej pełne ognia i nieposkromione, zimne i ostre jak broń, i gładkie niczym sztylet.    

To, co jest nieuleczalne, czemu nie zapobiegniemy, ma swoje konsekwencje i odciska ślady stóp w naszym osobistym czasie, w naszym trwaniu, jego kształcie i komforcie, w naszym całym życiu. To nie musi być somatyczne schorzenie, ale piętno zaznaczające się na duszy. Zostaje z nami, bo na tę obecność i burzenie naszej codzienności pozwoliliśmy. Na demolkę w obrębie naszej świadomości i naszej woli... 

Wpuściliśmy jakąś niszczącą energię w nasze życie to, co miało być zakończone, zamknięte i zapomniane. Ona nie buduje nic celowego, dobrego - a rujnuje to, co misternie staramy się przeprojektować. Wzmocnić, postawić na nogach.

Oddajmy przeszłości to, co należy do niej - co minione, zamknięte, bezpowrotne. Co odeszło. Na co już nie wpływamy. Zamknijmy jak szkatułkę, oddalając od siebie konsekwencje ciągłego rozpamiętywania wariantów - jakich już nigdy nie sprawdzimy. Tej partii szachów już nie rozegramy, przeciwnik zniknął, zestarzał się... I to nawet wtedy, gdy byłem nim sam. Nie powołamy do życia tego, co odeszło, co umarło na naszych oczach. Co się skończyło... 

Dajmy też po stokroć odejść marom przeszłości, bo oglądając się wstecz, nigdy nie poczujemy się szczęśliwi i bezpieczni w tym miejscu, w jakim się znaleźliśmy. 



Zacznijmy żyć tym co mamy tu i teraz...

poniedziałek, 17 maja 2021

Nasze nastroje

Inni ludzie są w dużym stopniu uzależnieni od naszego nastawienia dnia, od chwili. Lęków jakie nas dopadły właśnie teraz, lub tego jak poradziliśmy sobie z trudnością. Od humoru lub też wszelkich trosk i obciążeń jakimi nas dziś dotknęło życie.

My cierpimy, ale cierpią z naszej ręki lub z nami inni. Może nie mają - nie mieli na to ochoty. Może systematycznie wprzęgamy ich w ten "nasz świat" smutków i kłopotów.

Ile to razy w rozmowie okazuje się, że nie odrywamy się - nie potrafimy lub nie chcemy - i tkwimy właśnie w tym, co nas przycisnęło do ziemi i nie pozwala się nam podnieść. Trudność przeżywana i zmaganie się z nią, jest pewnego rodzaju sprawdzianem czy ćwiczeniem człowieka, i obejmuje przecież prawie wszystkich. Niewielu z nas chodzi tylko po obłokach, nie raniąc swoich stóp doczesnymi przeżyciami i doświadczeniami.

Warto nie grać fałszywie bohatera, cierpiętnika czy samotnego wojownika, bo nie o to w życiu chodzi by doświadczać jedynie razów, batów... Jakby cierpienie miało uwznioślać, szlifować twardość, charakter. Stawać nas w obliczu samotności.

Pokazywać na każdym kroku deficyty - że nie umiem, że wiele mi brakuje do osiągnięcia celu czy doskonałości. Albo, że nie potrafię się dźwignąć, uczyć na błędach, że jestem samotny i bezradny. Niestety, wtedy też łatwo być opuszczonym, ludzie traktują cierpiących jak trędowatych, jakby ich doznania były zaraźliwe, niosły jedynie negatywne doznania dla całego otoczenia. Nie stają się one okazją do dawania wsparcia i odciążenia - lecz uników - "nie mam dziś czasu, jestem niezwykle zajęty", "nie potrafię ci pomóc, nie umiem, brak mi doświadczenia", "zapytaj fachowca".   

Obok gnuśnego, smutnego i przygnębionego nikt nie lubi przebywać. Nikt nie zaprasza go do swojego towarzystwa. Omija go to, co najlepsze. Tworzy się obok niego pusta przestrzeń, jak obok kropli płynu do mycia naczyń na powierzchni brudnej wody.   

Co innego prawdziwie radosny i lekki, temu z łatwością przychodzi jednanie sobie ludzi, każda opowieść jest barwna a słowo - pocieszające. Nie szkoda z nim przegadać godziny, bo pogoda ducha udziela się - spływa na otoczenie. W zależności od nastroju jesteśmy mile, lub źle widziani. Ktoś nas do grupy czy na wyjazd zabiera (zaprasza do pokoju, na prywatkę), ale i każdą zmianę prościej przeżywamy, przyjmujemy. Czasem jesteśmy i duszą towarzystwa, często dajemy się poznać z ciekawej i oryginalnej strony... Zwyżkuje nasza forma.

A w jakimś momencie naszego życia coś takiego "nam się przytrafia". Nie wiadomo skąd i dlaczego... Świetne oceny z egzaminu czy masa przeczytanych książek, film i dobra płyta nie dają radości. Zmiana boli. 



Przychodzi smutek, ogarnia nas rezygnacja. Dom staje się więzieniem i azylem jednocześnie... Czar prysł. I zostaje jeden lub dwóch - wąskie grono przyjaciół, pytających, czy coś się dzieje, jak mogą pomóc, zapraszających na pizzę lub pogawędkę. Potrafią uratować, przede wszystkim - przynosząc ze sobą nadzieję... Nadzieję na lepszy kolejny dzień.

U ludzi młodych, z tymi nastrojami - tak właśnie może być. Życie boli... Dzień do dnia nie jest podobny, a zmiana - przychodzi znienacka.