Nie tylko choroba bywa nieuleczalna...
Może to być też miłość, taka co żyje w nas i nie chce się dać pogrzebać, zapomnieć... co wraca, we wspomnieniach, przeżyciach, odczuciach. W chwilach trudnych, przypomina się gdy mamy kryzys w aktualnej relacji.
Może to być ból po stracie kogoś. Codziennie budzimy się z nim i zasypiamy. Może też towarzyszyć czyjemuś odchodzeniu... Może trwać w nas tęsknota. Wyrzut, że ktoś odszedł a nie ja... Mój brat, bracia umarli - ale dlaczego oni??? Tego smutku czasem nie da się opanować, wzmaga się - bo dorzucamy do ognia, dostarczamy paliwa dla tej tęsknoty, nieuleczalnej i trwającej niebezpiecznie długo. Nie da się tego cierpienia i trwania w nim odłożyć na chwilę na bok, przytępić jego intensywności. Paraliżujący ból, pustka, samotność... Stymulujemy ją, dodając sił - bo nie jesteśmy w stanie odciąć się - ratując własną skórę. Zrobić nic sensownego swoją ludzką siłą, umiejętnością. Na nic wpłynąć, niczego też zatrzymać. Przeciwdziałać zmianie. Nikogo ochronić czy uleczyć - ani drugiego człowieka, dziecka czy ojca, ani też siebie...
Może to być gniew lub zazdrość, nad jaką nie potrafimy zapanować. Zakończyć jej, utulić czy uleczyć... Można ją czuć "do" kogoś lub być zazdrosnym "o" człowieka. Jego nieobecność, odejście czy nawet śmierć. O jego szczęście czy powodzenie... Powodzenie w życiu, to co ma lub zdobył ciężką pracą. Gniew niszczący jak jad, a skierowany do środka wreszcie - taki, co rozsadza wolę i taki, co torpeduje każde działanie. Emocja i przeżywanie jej pełne ognia i nieposkromione, zimne i ostre jak broń, i gładkie niczym sztylet.
To, co jest nieuleczalne, czemu nie zapobiegniemy, ma swoje konsekwencje i odciska ślady stóp w naszym osobistym czasie, w naszym trwaniu, jego kształcie i komforcie, w naszym całym życiu. To nie musi być somatyczne schorzenie, ale piętno zaznaczające się na duszy. Zostaje z nami, bo na tę obecność i burzenie naszej codzienności pozwoliliśmy. Na demolkę w obrębie naszej świadomości i naszej woli...
Wpuściliśmy jakąś niszczącą energię w nasze życie to, co miało być zakończone, zamknięte i zapomniane. Ona nie buduje nic celowego, dobrego - a rujnuje to, co misternie staramy się przeprojektować. Wzmocnić, postawić na nogach.
Oddajmy przeszłości to, co należy do niej - co minione, zamknięte, bezpowrotne. Co odeszło. Na co już nie wpływamy. Zamknijmy jak szkatułkę, oddalając od siebie konsekwencje ciągłego rozpamiętywania wariantów - jakich już nigdy nie sprawdzimy. Tej partii szachów już nie rozegramy, przeciwnik zniknął, zestarzał się... I to nawet wtedy, gdy byłem nim sam. Nie powołamy do życia tego, co odeszło, co umarło na naszych oczach. Co się skończyło...
Dajmy też po stokroć odejść marom przeszłości, bo oglądając się wstecz, nigdy nie poczujemy się szczęśliwi i bezpieczni w tym miejscu, w jakim się znaleźliśmy.
Zacznijmy żyć tym co mamy tu i teraz...