piątek, 11 listopada 2016

#Rodzice Niczym #Bogowie

Małemu dziecku, 3-5 letniemu rodzice jawią się jako byty doskonałe, wszechmogące... Jedynie ubrane po to pewnie, by nie porażać swą potęgą, siłą wglądu, przenikającym spojrzeniem... ich grymas malujący się na twarzy - budzi strach, przerażenie czy uwielbienie, zazdrość, podziw... czasem pychę, poczucie mocy u latorośli... Osłaniają lub zachęcają do rzeczy niebywale doskonałych...

Co na to klasyczna psychologia??? 

Tak jest i, tak, ma być... rozwojowo. Inaczej - brak rodziców i tego ich - idyllicznego i idealnego - obrazu Mamy i Taty - zakłóciłyby tylko. Poszukiwanie siebie, kształtowanie siebie i swojego charakteru w starszych latach, i ustosunkowanie się do rodziców, ustawianie się wobec nich. Czy - pozytywne, czy - negatywne, negujące - w opozycji "do"... Bycie "wobec". To ten pokoleniowy, odwieczny spór z nimi, rodzicami. Z tak bliskimi nam dorosłymi... 
Te niekończące się dyskusje, wieczorne kłótnie, słowa - jakie mocno ranią, dywagacje... achy i ochy... wszystkie "być może", a jednak, nie tak, nie inaczej... 

Dlaczego tak jest i czemu w tym trwamy?

Czy dajemy radę tym wszystkim plusom dodatnim i plusom ujemnym? 
Nie motywowałby nas ten idylliczny obraz do prawdziwych i zdecydowanych "na wszystko" poszukiwań siebie gdyby nie bliskość jaką do siebie wcześniej mieliśmy... 
Ot pada tu pytanie: "Jaki jestem, a - jaki chciałbym być?" - z początku dla nich, potem, dla samego siebie... A jaki??? A - dokąd ja tak naprawdę zmierzam, po co? Z kim, i na ile zagmatwanych sposobów? 
Jak chcę żyć... za co, czyli "z czego" zamierzam się utrzymać?
Czy w ogóle chcę coś zmienić w sobie, i dokąd zamierzam...

Pytanie "po co" i "dlaczego", zostawiamy na sam koniec, na ogonek...

Taka wisienka na torcie...

Dobry rodzic - nie "człowiek - #Bóg", a zwyczajny człowiek... pozwoli mnie, jako dziecku i tobie też - upadać, borykać się, mierzyć siły na zamiary, rozwijać się - ale też tracić w sposób naturalny - siły -  i potem je odzyskiwać. 


Poda rękę i wypowie słowo, które krzepi. Jego jasny uśmiech spowoduje nawrót mocy... zmotywuje, jeszcze raz spowoduje, że powstaniemy do zmagań - sporu lub walki, potyczki najważniejszej - o siebie, o swoje prawa, o jakieś mocne "ja", dookreślone i właściwe, maksymalnie zobiektywizowane... nie filozoficzne, pokiełbaszone i pogubione, zestrachane i panicznie lękające się życia. Uzasadnione nie tylko tym że żyję, bo stworzył mnie Bóg wykorzystując miłość i bliskość moich rodziców, maksymalną i dobrą miłość... - ale szukam uzasadnienia dalej, uzasadnienia dla Życia - nie biologią, podziałem i formą blastuli czy podziałem mejotycznym czy mitotycznym - szukam głębiej i dalej....

Zasadności i celu dla życia - etycznego, moralnie osadzonego , wzbogacone o prawdziwego ducha...

Tak dochodzimy do poszukiwania sensu, sedna życia...

ale to już zupełnie inna bajka i będzie o tym i tu, w kontekście gruopy (odniesienia, grupy - jaką tworzy szeroko pojęta rodzina, oraz na wzór - społeczeństwa). 
A na innej stronce - 
www.ja-psycholog.blogspot.com  - o indywidualnych poszukiwaniach....

 - y:     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz