czwartek, 8 marca 2018

Starość jakiej nikt nie chce

Niby nie choroba, choć fizykalnie odczuwana dolegliwość. Czasem łączy się się z dolegliwością, niedyspozycją, potrzebą czasowego ograniczenia ruchu - leżenia w łóżku, leczenia w szpitalu, przyjmowania wielu medykamentów... Ci starsi, z grupami inwalidzkimi, poznający inne osoby w specyficznym kontekście - opieki i pielęgnacji. Ci z kolejkami u specjalisty, kolejnymi dolegliwościami... bólem... strachem.

Ci z samotnością, czemu są winni??? Czyżby już zapisali swój majątek i mieszkanie, i teraz nie ma kto zaprosić ich na święta, wziąć na wieś... żyją nadzieją i ułudą!!! Może tylko tyle i to ich trzyma przy życiu...

Czasem to właśnie wyrok, takie skazanie człowieka na samotność. 
Niby ma wszystko, niby gotowe lub zapewnione - zapłacone, zabezpieczone, zakupy w lodówce lub zupa w słoiku twist, ale... No właśnie. Dlaczego ci ludzie, żyją tak krótko odczuwając mocniej wykluczenie i samotność. 

Ból odtrącenia, długich godzin przed zamkniętym oknem czy przed telewizorem. Ludzi, których rodziną stają się bohaterowie telenoweli i reklam... filmów i teleturniejów. 
 
Kiedy indziej - błogosławieństwo, odpoczynek w gronie, człowiek otoczony opieką... patrzący na rosnące wnuki, otoczony wrzawą, hałasem, zmieniającym się wystrojem, kolorem ścian i scenerią, gwarem gotowania i szykowania świąt, zapachami pieczenia. Ci ludzie starsi, mają się najlepiej... najwolniej odchodzą, mają dla kogo żyć, żyć "po coś", odczuwają celi sens...

Pytanie "dlaczego" chyba nigdy i do końca ich dni, nie opuści serca...
Nie ma powodu, nie ma takiej przyczyny. Nie ma wytłumaczenia braku czasu, pośpiechu, nikt nie zasługuje by go sprowadzić do tego słoika zupy, do ryżanki - by tylko zapchać głód.... Zamiast spotkania, rozmowy i choćby wspólnych świąt. 

Mam tego świadomość - mieszkała z nami przez 17 lat babcia mojego męża. Czas z wnuczkami, z nami i nasza obecność, czasem głośna i niełatwa - stała się jej chlebem. Nie było czasu i miejsca na pustkę. Czasem irytacja i zmęczenie dawały znać o sobie, czasem narzekałam na brak prywatności i niezapowiedziane wizyty. Kiedy indziej, na ograniczoną dyspozycyjność - brak ferii czy wakacji, bo choroba babci czy konieczność opieki nad nią uniemożliwiały właśnie nam, nie jej dzieciom, normalne rodzinne funkcjonowanie... Ale czy mogę dziś choćby o tym zapomnieć, że przez 15 lat patrzyła jak rosną i nabierają sił jej prawnuczki??? Żyła z nami długo, od początku naszego małżeństwa.... a dożyła 94 lat!!! Praktycznie odchodząc też 10 maja 2009 r. w szpitalu - "na starość", bo inne dolegliwości dzielnie znosiła. Miała i odrobinę prywatności - ale i nas, i żadnej instytucji, która przejęłaby ciężar opieki jaki mogliśmy zapewnić babci Ani. 

Nie ma uniwersalnej miary radości czy też szczęścia. Mało jest jego wzorców czy reguł...
Nie można ich porównywać i odnosić do siebie... Mówić ten lepszy, a tamten - gorszy!!!

Życie ma się jedno, warto jej przeżyć tak, jak by się chciało - i tak też zakończyć, a nie - przeżywać taką starość, jakiej się nie chce, nie lubi, i nie życzy nikomu, nawet - wrogowi!!!  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz