poniedziałek, 17 lutego 2014

Samotnie - czy we dwoje?!

Można się zastanawiać długo nad tym - czy lepiej być przez kawał życia samemu, ze sobą czy żyć w parze, mieszanej parze. Bo tylko taka jest dla mnie zdrowa, sensowna i potrzebna. Ja - tylko taką wyznaję i uznaję, naturalnie heterogeniczną.

I wiesz co...
Dochodzę do wniosku po wielu, wielu już rozmowach, latach obserwacji i mniej i bardziej "zdrowych" rodzin, związków, że każde stadło ma problemy i trudności - dające możliwość dotarcia się czy docierania wiecznego, aż do końca. I (może o to chodzi w życiu), nikt z nas/nich nie ma łatwo...

Każdy w miarę dojrzały człek - jak rozglądniemy się - dookoła, wnikliwie i badawczo obserwując relacje innych ludzi - tak samo jak ja, czy ty, walczy o siebie... i szuka dla siebie przestrzeni. Samorealizacji czy realizowania swych pasji. Twórczego działania czy sprawdzianu dla własnych umiejętności, zdolności. Idziemy przez życie, właśnie będąc i realizując się w rodzinie, w związku. Nie - jak wielu sądzi, samotnie...

O to "swoje prawo do wolności", a jeszcze do tego, pomyśl, że te nasze połówki... także z nami (we własnej osobie) - walczą też o swoje prawa, o siebie....

Może i stąd, te rany (ranienie siebie), tarcia i "otarcia", są takie realne, takie podobne czy też może - zatrważająco różne, inne. Silniejsze czasem, czy - "bardziej krwawe". 

Można założyć, że takie oto są prawidłowości w związkach, i tylko tak może się odbywać proces tworzenia, proces twórczy - z bólem, z poświęceniem, ze strachem i obawą, lekkim stresem i krwawymi śladami, ze stratą - koniecznie... 

Coś trzeba tracić i poświęcać. To nie tylko układ czy kompromis, najmniej zdrowy i oczywisty, nietaktowny też - czasem... Trudny w ostatecznej ocenie.

I co??? Może spotkałeś w życiu kogoś, komu było łatwiej i przyjemniej... 
Może lekko i bez bólu przechodził swój związek, relację z drugą osobą, czy nic nie zmieniał i czy nie modelował go, czyż nie kapitulował lub nie ścierał się z drugą osobą wielokrotnie???
Bujda, koń na biegunach i maligna...


Jeśli tak ktoś mówi o sobie, to albo nie zauważa potrzeb drugiej osoby, ignoruje je... albo okazuje się, po latach najczęściej - że sam dla siebie, nie jest ważny - i rezygnuje z siebie. Trochę - ustawiając się w związku - jak poszkodowana ofiara lub jak życiowa oferma. 

Żadna z osób nie jest szczęśliwa - w rezultacie.

Trudno???

Potwornie, zimno... źle....
Tak może jest lub bywa... chyba tylko ludziom, którzy nie są w związkach...
Wolnym elektronom.
Ale oni, mają "swój inny zgryz". Może i są "sami sobie": sterem, żeglarzem i okrętem....
Ale są też dokładnie, i tylko, totalnie - sami... Czasem też, brakuje im drugiej połówki. Mają pod dostatkiem samotności. Pustki, ciszy, a ona - wierz mi - strasznie boleśnie, bardzo człowieka gryzie...

Wyobrażasz sobie, my - małżonkowie - czasami możemy się obrazić na tę drugą osobę, zdenerwować się - i do "kogoś", odwrócić się ... plecami w łóżku, czy po śniadaniu, udać że nie słuchamy, co ma do powiedzenia. Zagłębić w gazetę, zniknąć za ekranem komputera, wycofać się z pilotem w ręku... Zamilknąć, przemilczeć. Nie odzywać się - przez chwilę...

A ci, samotni...
No, że tak rzeknę: "dupa zimna", czy może - "d... blada". 
To jest ich chleb powszedni... Codzienność.
Ani kogo opieprzyć, ani się obrazić, ani wypłakać czy wygadać - komu...
A może i oni, czasem, chcieliby "inaczej"... Słowem, spojrzeniem trafiać w pustkę??? Po co i dla kogo.
I jeszcze ten lęk - umrę czy zasłabnę...
Nawet mnie nikt nie przytuli, nie pożałuje, nie wezwie pogotowia. Szklanki wody czy kapci - nikt nie poda....
Mamusia czy tatuś - umrą wcześniej niż ja, zapewne....


Samotność jest błogosławieństwem, ale tylko wtedy, gdy jest od czasu do czasu... Wtedy, kiedy jest się w związku - i "używa się jej", mądrze, dozuje. Tak - dla odmiany....




Pustka i samotność - są straszne...

Nie lubią nas przynajmniej tak, jak my ich. I dają nam to odczuć! 
Jak chłodna przestrzeń między gwiazdami - zimna, totalnie cicha, pusta, mroczna...
Bo przecież wtedy, w przestrzeni kosmosu otacza cię tylko cisza...
Żadnych drżeń strun, dźwięku słów, śpiewu i gwizdów, rozmów czy też "przyjemnego, ciepłego kobiecego jazgotu" w perspektywie. 
I... zaczynasz gadać sam ze sobą, i do siebie. Chyba - że masz jakieś "swoje szczęście": śpiewającego ptaka, szczurka, kota lub psa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz