poniedziałek, 24 lutego 2014

Czy cierpienie ma sens

Cierpienie jest.
Cierpienie jest też elementem życia. Nie jego radością ale jego istotną treścią. Choroba często staje się udziałem dzieci a przez to rodziców i całej rodziny.
Kiedy czytam o wioskach dziecięcych, spotykam i zapraszam na zajęcia z młodzieżą wolontariuszy ofiarowujących swój czas i umiejętności w hospicjum moje serce staje na chwilę. Nie wiem co powiedzieć i jak zareagować - po prostu słucham ich opowieści.
Pochłaniam je, podziwiam dokonania, dzielność oraz otwartość na cudze cierpienie.
Mówi się że nie daje ono nic, nie jest żadną korzyścią dla chorego, jest straszną rzeczą i potwornym poruszeniem dla rodziny, ciężarem i codziennym ograniczeniem dla bliskich. Chociażby dyżury przy chorym, jego łóżku, lepsze lub gorsze znoszenie niewygody... Ludzie różnie reagują na stresujące sytuacje: boją się o siebie, lękają nieestetycznego wyglądu chorego, zapachu wydzielin czy krwi, zakładania i zdejmowania pampersów, mycia i pielęgnacji ciała. Potem są częste kłótnie o to kiedy i kto ma przyjść, kto i co ugotuje, czy poświęci swój czas w niedzielę czy środę na nakarmienie... czy stać mnie na uśmiech gdy padam na twarz, czy wreszcie warto... Czy przedłużyć jeszcze "ten stan". Czy pozwolić jej/jemu odejść z godnością - czy też walczyć??? Czy umiem stanąć w prawdzie ze sobą, ze swoimi ograniczeniami ale i zmierzyć się z rzeczywistością? 

Przepiękne słowa cierpiącej i chorej nie tyle terminalnie - co przez całe życie - osoby cytowane w  książce "Szaleństwo miłosierdzia" bp. Grzegorz Ryś, mówią wszystko: "Bóg nie będzie nas rozliczał z niepełnosprawności... On rozliczy nas tylko z miłości". To one - przypominają nam "gdzie jest głowa, gdzie głowa" i że wszystko trzeba postawić w życiu "na nogi". Bo na głowie cały świat nie może stać, i pozostać... 
Słowa, które są "wielką szkołą prawdy i życia" i pokazują "jak" i "dlaczego" warto (!!!) całym sobą towarzyszyć cierpieniu drugiego człowieka...
  
Wielka uwaga o tym, że znaczy to dokładnie tyle co "istnieć" - jest to prawdziwa definicja dla właściwego "bycia człowiekiem", jako rozwijania siebie, swojego potencjału.
Bo ono - samo towarzyszenie drugiemu człowiekowi w cierpieniu, w zdrowiu i chorobie - jest wartością dla nas. Dla tych, którzy patrzymy, przeżywamy, uczymy się... ale i lękamy się - boimy się, odczuwamy starach, niewygodę, przerażenie, ból osobisty - wreszcie utratę.

Samo poznanie osoby cierpiącej już nas zmienia. 
Jak???
Ubogaca nas... i pokazuje, że to tak naprawdę my - właśnie my, otaczający poważnie chorych lub niepełnosprawnych fizycznie czy psychicznie ludzi -  mamy mniej, doświadczamy - coraz mniej... 
I jeszcze to, że mniej potrafimy zaproponować:  zwłaszcza to, że nie umiemy dawać i ofiarowywać... Bezinteresownie, nie czekając na słowo "dziękuję", zapewnienia, że jesteśmy niesamowici, nie do zastąpienia. 

Mniej mamy do zaoferowania niż osoba chora i prawdziwie cierpiąca, samotna i tęskniąca, żyjąca w pełni każdą chwilą bez bólu czy łez. Tylko ona dostrzega to, co ma, a nie goni za tym czego wciąż i nadal jej brakuje...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz