Czasem gdy przypatruję się relacjom domowym oraz słucham wypowiedzi rodziców, zaczynam myśleć, że dzieci - lub tylko któreś dziecko są przeszkodą w realizacji planów, celów, kłopotem w karierze, kimś z kim się borykamy, bo potrzebuje czasu i uwagi. Rodzic chce się rozwijać i zmieniać, budować swój potencjał, kończyć kolejne studia i kursy... Awansować, móc zostać w pracy po godzinach, uczestniczyć w spotkaniach integracyjnych nawet gdy ma do przygotowania wigilijne przysmaki. Podróżować bez "przeszkód" i hałasu. Bawić się lub wykańczać dom - gniazdo, ale "coś", "ktoś" wiecznie wiąże go i domaga się obecności, wyłączności - poświęcenia... Przytulenia na dobranoc. Poczytania przed snem. No właśnie...
W imię czego i w jakiej perspektywie - dla kogo podejmujemy te starania. My dorośli, w dłuższej perspektywie samotni i oderwani od korzeni. Dopiero sami domagaliśmy się czasu i miejsca w życiu naszych rodziców i bliskich, cieszyły nas wspólne święta, wakacje i podróże. Teraz nie chcemy, i nie dajemy tego samego, (nie "podajemy" dalej).
Dokąd zmierzamy, i co stanie się z tymi domami i gniazdami z chłodnym wnętrzem. Wyłożonymi marmurami i pięknym drewnem, betonem komórkowym i stalą. Oderwanymi od ziemi. Oderwanymi od serca... Wyrwanymi z ramion czułych i ciepłych.
Nikt potem - tak jak matka, rodzic, nie nauczy i nie zapewni dobrej, pierwotnej więzi, nie nada sensu pierwszym latom życia. Macierzyństwo to nie tylko uprać, ugotować i nakarmić, ubrać czysto i wypchnąć z domu, to też nie zapłacić za zajęcia i zawieźć...
Nie traktujmy dzieci na równi z workiem ziemniaków, które da się dostarczyć i które zabezpieczają nas na zimę, zimę życia... Bo szybko staniemy się samotni w przestrzeniach pustych domów - jakich nie ogrzeje pompa ciepła czy piec konwekcyjny...
Każda relacja jest niepowtarzalna, i każda ma swój czas...
Ma własną drogę, chwilę i moment... swój bieg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz