poniedziałek, 15 maja 2017

Spacer po jednej pięciolinii

Spacer po tej samej pięciolinii, czy mogę tak nazwać to zapoznanie, tę aktywność???
Moment gdy chore lub mocno zagubione, zaburzone dziecko zaprasza mnie do swojego świata przeżyć, odczuć i związków. Do śladów jakie odcisnęli na nim ludzie, do swoich motyli i ptaków ale też do strachów i potworów... Bo ten świat czasem jest bajką i ułudą, a czasem mrocznym i fantastycznym horrorem bez wyjścia. Labiryntem w którym mrok z lubością przepędza dzień...

Zagubienie dziecka, zwłaszcza zanim zostanie zdiagnozowane przypomina jakąś malarską mroczność. Ten czas jest trudny dla wszystkich stron, jest w nim więcej pytań niż odpowiedzi. Każda osoba cierpi w tym oddaleniu, nieufności, w pytaniach i wątpliwościach - ale też w poczuciu winy jakie na siebie bierze, naciąga jak używaną skórę... 
Tak szybko padamy, rezygnujemy, załamujemy się. Porównujemy się do tych, co mają lepiej, są zdrowsi i piękniejsi, posiadają to, czego nam brak... 

Nie radzimy sobie z trudnością w jaką życie i los wrzuca nas jak wiśnię w kompot. 
Jak ciało w grób, w pustkę - jak zwierzę w pułapkę...

To zaproszenie do "wspólnej wędrówki po pięciolinii" jest pierwszą próbą nawiązania relacji, kontaktu, gdy nawet do współpracy i zrozumienia jeszcze daleko. 
To trochę tak, jak zobaczyć twarz nadziei, anioła... jak dostrzec światło. 
To trochę tak, jak barwa - zwiastun tęczy, danej od naszego Stwórcy, by zakończyć potop, deszcz, powódź czy pożogę. Sygnał i jasny komunikat - żeby pozostać i trwać, jeszcze nie rezygnować, nie dać za wygraną...

Dziecko nie wyrazi potrzeby, nie powie o co mu chodzi, co w nim tkwi, z czym się mierzy... Jest najczęściej pozostawione i czuje się obco, samotne na pełnej łez ziemi, samotne w kosmosie. Dookoła wrogi świat, jego przedstawiciele - smutni, poważni i zatroskani, przejęci - lecz nieumiejętnie pomagający lub wcale...

To jego życie, a takie inne niż wszystkich. Scenariusz z jakiejś dziwnej i niepowtarzalnej historii, dramatu, który trwa i śni się - mimo porannego otwarcia oczu.
  
Ono trwa w prawdziwym oku cyklonu, bezpieczne. Tam - gdzie znalazło spokój i ukojenie, choć dookoła rozpętała się burza i trwa wycie, hałas, szum, wszystko w nerwach chce oprzeć się i stanąć na ziemi. Możliwie szybko i sprawnie powrócić do równowagi.

Dziecko jest od tego dalekie, ale jest też izolowane... W swej niewiedzy i strachu, zablokowane i smutne, a wszystko to, co je otacza - wygląda podejrzanie tajemniczo. Wsparcie jakie możemy ofiarować jest bezcenne, na samo zaproszenie do jego utworu, do jego życia, na pięciolinię - możemy być wdzięczni...


Zachęcam mocno, łapmy te momenty, te błyski i flashe... Być może jesteśmy "tu i teraz" jedynymi ludźmi dopuszczonymi tak blisko do tajemnicy, do trudności... Cicho odpowiadajmy na pytanie: jakie jest nasze zadanie, po co stanęliśmy na czyjejś drodze - bo nie musimy wiedzieć i rozumieć już, od razu... Tajemnice innych ludzi otaczają nas przecież dość szczelnie, wypełniając przestrzeń. 
Był czas, gdy sami tkwiliśmy w kłopocie, w klinczu, w pułapce...

Nasz świat i świat dziecka przenikają się ale nie są ani tożsame, ani przystające do siebie... 
Nie znajdziemy tu podobieństw czy analogii i nie próbujmy szukać ich na siłę. 

To spotkanie małego człowieka - ono zawsze będzie i niespodzianką, i nową historią, którą warto zgłębić.        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz