poniedziałek, 20 stycznia 2014

Małżeństwo czyli bywa, że dwoje ludzi jest "jak spotkanie dwóch światów"

Małżeństwo. Instytucja czy... powołanie.
Decyzja czy wielka i gorąca nadzieja, pragnienie, praca na cały etat, przez całe życie. 


Kolejny raz nie daje mi to spokoju, gdy w rozmowie pojawia się problem związku, relacji - o różnym wydźwięku: bliskości ale też równocześnie okrucieństwa, rodzenia się obojętności ale i pogardy dla człowieka, końca miłości a początku zazdrości - zadry w oku. 
"Obcy" w domu, przerażający człowiek, który kiedyś był, jak to się mówi, miłością życia... I wreszcie, nie wiadomo jak, po wielu latach czy miesiącach jałowego życia, trudnego ale jakiegoś niepełnego, lub może pozbawionego pracy nad związkiem czy wysiłku, oddalania się i chłodu... rodzi się dystans pomiędzy ludźmi...  Czasem to choroba, ale częściej to człowiek mówi: NIE!!! Nie kocham, nienawidzę, nie chcę - odejdź...

Wreszcie - cierpienie dzieci, używanych jak marionetki, jak "żywe" argumenty i tarcze... dezorientacja, zagubienie.... niejasność - i pytanie: "jak żyć dalej..." i "czy można, nadal???"
Od rozprawy do rozprawy, upomnienia interweniujących organów, od prób terapii i "leczenia", opatrywania ran - walki ciągłej lub też - od pobicia, oskarżeń  czy innych zdarzeń. 
W oczekiwaniu na co??? Na kolejny atak, skandaliczne zachowanie, gwałt...
Czy w nadziei na poprawę... Nadziei, jakiej nie można i nie chce się tracić...

Trudno ocenić - raz tylko, na zawsze wydać wyrok. Oskarżyć, obciążyć winą, potępić konsekwentnie... Ale - czy na pewno???

    
Dzisiejsza, dość długa rozmowa z moją przyjaciółką, trudny temat - rozpad małżeństwa, kiedyś, zaskakująco szczęśliwego, znów uświadomiła mi to, jak aktualnie - w czasach nam współczesnych - łatwo stracić to wszystko, co się miało, stworzyło... Na co pracowało się lat wiele. Może przez egoizm lub chorobę, może lekkość - nieznośną lekkość bytu, niefrasobliwość, może błąd - błąd fałszywych założeń. Jednakowoż - przykro patrzeć im, przyjaciołom znającym parę, na ruinę związku i jego powolny rozpad jaki trwa, tak naprawdę, już kilka lat - w ukryciu.... W samotnym znoszeniu tego wszystkiego. W strumieniach łez, trudnej miłości, w cierpieniu i poniżaniu najpierw - potem już "bez miłości".

Patrzy się też na takiego "kogoś" kogo się znało i pamięta... jako inną osobę. A teraz - sytuacja jest nowa, inna: jeden z małżonków widzi już tylko siebie i swoje straty, swoje pretensje czy korzyści - nie dostrzega drugiej osoby, swoich dzieci, ich potrzeb. 
Koszt??? Krzywda i cierpienie bliskich oraz innych, dalszych członków rodzinnych, kosztów emocjonalnych, smutku i bólu... Prosto wtedy przekreślić 10-15 lat swego życia. 

Boli ogromnie...
A ofiar - jest zawsze więcej niż sprawców...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz