sobota, 12 grudnia 2020

Nie bagatelizuj śmierci i cierpienia

 

Nie zgadzam się na takie traktowanie ludzkiego cierpienia - życia i śmierci. 

Na oskarżenia o oszustwo i zmowę... Na mówienie o  manipulowaniu ludzi - człowieczych sumień, serc i umysłów...

Pułapce w jaki wpada nasze poznanie - wytwarzanie dysonansu poznawczego. Wzajemnego poznawania, swoich możliowści i ograniczeń.

Już tak wiele robi się zamieszania wokół tematu odchodzenia. śmierci, cierpienia czy nieodległej tak - eutanazji... Tylu małych jestestw się wypierają ludzie nazywając je "problemem" czy "trudnością"... 

Stąpamy po cienkiej linii wrażliwości - bo umierający to czyjaś mama, brat, siostra, córka czy syn... ma i miał swój świat, bliskich i historię. Dziecko też, każde z dzieci...

We wtorkowym (przed 10.09.2020) kazaniu naszego moderatora, księdza - podczas mszy wspólnotowej - urodziło to mi się. To była właśnie dla mnie, przelana "czarka goryczy", wylew żółci... 

Zaprzeczanie najpierw na ulicach a potem tu... W kościele. Zaprzeczenie elementowi życia - życiu w chorobie, w bólu i w nagłej zapaści, a potem też - bolesnemu odchodzeniu - to boli mnie. To wszystko też - pogrążyło mnie w oburzeniu, w wewnętrznej złości i walce o spokojny oddech i uciszenie serca kołaczącego, wyskakującego z piersi... Z zaskoczenia zrodziła się fala rozczarowania i smutku, wściekłości... i bezsilności. 

Nikt mnie nie usłyszał, bo milczałam. Słów księdza - wszyscy!!!

Zwłaszcza, że ta wypowiedź zakończyła się brawami w kościele (sic.. !) !!! 



Niewiarygodne dla mnie, szokujące, osłabiające moje zaufanie. Do jego osoby, do instytucji, do zgromadzenia i do... wszystkich tam zgromadzonych.

W domu - musiałam się wypłakać na ramię męża, wygadać. Wykrzyczeć tę bezsilność i żal. Ten ból wylać przed nim...  Kładłam się spać, myśląc o tych wszystkich ludziach, tych ofiarach pandemii - pacjentach, ich rodzinach ale i lekarzach, osobach jakie osierocili, odchodząc. Oddawali i nadal licznie oddają swą wiedzę i umiejętności, podczas całej, blisko już półrocznej walki z "nieznanym wrogiem". Odmawiając modlitwę o spokój ich duszy, zasypiałam... 

O niebo dla nich. Niezawinione śmierci. Odejścia bez sensu i nie na czas. 

A co??? A wszystko to tylko wymysł, oraz uporczywe trzymanie się życia, walka i wysiłek lekarzy - i nie powiodło się. Wszyscy powinniśmy się do nieba spieszyć... taka była konkluzja - być już tam... No to dalej, hajda - zarażajmy się bez względu na uczucie, wiarę i na rozsądek, i mądrość, i wiedzę medyczną. 

Boli szczególnie, gdy pomyślę, ile lekarzy i pielęgniarek odeszło - walcząc i - także chorując na Covid-19. Już ich tu - nie ma...

Nie mieści mi się w sercu i głowie podważanie tego faktu, brnięcie w butną negację - słowa wypowiedziane z ambony w kościele, którego nie uważam przecież za średniowieczny... za zbyt głupi czy mało wrażliwy?.

A jednak. Stało się. Usłyszałam i przeżyłam to, czego nie powinnam była. Czego moja wrażliwość nie uniosła. 

I źle mi z taką narracją, źle bardzo...    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz