Cierpią wysoko wrażliwcy, przeżywają tę niekończącą się apokalipsę. Nie rozumieją, nie chcą tego tłumaczyć ani racjonalnie ani w żaden inny sposób. Boli już sam stan wojny, bycie blisko miejsc które się znało i kochało a teraz są ruiną, gruzem, grobowcem dla innych.
Ci, którzy potrzebują skupiają się na obecności innych, potrzebują akceptacji, spokoju i wyciszenia, by dojść do siebie - i aby zrobić krok naprzód. Bo trzeba zamknąć coś za sobą, by nowe otworzyć...
Ból utraty, nawet perspektyw jest straszny. Niewiara, pozostawienie samym sobie, brak zaplecza - obca ziemia i obca mowa - dominuje dziś. Panicznie, w popłochu i pośpiechu - lud Ukrainy, szuka sobie nowego miejsca. Wielu z tych ludzi nigdy nie wyjeżdżało poza granice kraju.
Samotni, osieroceni - zdają się nie mieć żadnego wyboru. Żadnej też motywacji i nadziei.
W czasie tej wojny zapomina się o przeszłości i o zaszłościach, o stereotypowym patrzeniu na innych, o narosłych wcześniej antypatii i o urazach, o przekazie i narracji historycznej. Tym co zawsze było treścią wspomnień naszych babć i ojców...
Teraz wypełniają nas empatia, troska i zrozumienie, wspierająca miłość, motywująca odwaga, zachęta, stawanie ramię przy ramieniu. Jest współczucie, jest miejsce na wsparcie... Nie wspominamy o tym, że ktoś coś zabiera lub czemuś zagraża... Wszyscy i wszystko, każde działanie jest pomocne, jest dobrem, jest sercem okazanym innej osobie... Jest chlebem.
Są ci co wspierają modlitwą, inni czynem, transportem, posiłkiem, rozmową... i ci, którzy przezwyciężają swój ogromny opór lub trudność. Nie wińmy się za to. Nie wińmy się już za nic.
A przede wszystkim w obliczu walki, wojny i cierpienia - nie chowajmy się ani za polityków, ani - głowy w piasek. Skoro człowiek człowiekowi taki los kolejny raz już gotuje, my bądźmy promykami nadziei i miłości, i róbmy swoje..
Róbmy dobro. Ono zawsze wraca...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz