Kiedy rodzice otrzymują nadmiar negatywnych informacji o dziecku, w szkole czy nawet jeszcze przedszkolu, oceniających i zamykających jego rozwojową perspektywę, brzmiących jak wyrok - jak najgorsze proroctwo wraz z wróżbą nader skromnej czy złej przyszłości, przeszywa ich miecz. Miecz bezradności, zawodu życiowego, poczucia krzywdy i skargi do świata i losu... Bezgłośne wycie wydobywa się z gardeł...
Usłyszeć to, czego się sami obawialiśmy. Może nawet spodziewaliśmy - po trochu...
Zaprzeczali czy opóźniali zgodnie tę zwrotną informację. Nosiliśmy i pielęgnowali nadzieję, że on/ona "nie", nigdy jej/jego to nie spotka. Że może to nasze złudzenie, podskórny odbiór - ale rzeczywistość okaże się sympatyczna, miła jak pierwsze słoneczne dni jesieni... i dotyk babiego lata...
I nagle, miałoby się ponieść fiasko...
Ach, jaka ta miłość jest trudna. Jaka niemożliwa. Jaka niewolnicza... Jak ciężko zasłonić twarz i zapłakać, ukryć rozczarowanie, strach i obawę. Jak niełatwo będzie pożegnać się z marzeniami i planami. Oddać to wszystko czasowi, mieć po prostu nadzieję na zmianę. Poprawę czy choćby jej złudzenie...
Rodzicielstwo jest ryzykowne, odarte ze złudzeń. Istnieje niewątpliwie jakaś inna ścieżka samorealizacji, bo ta zakłada pokorę - przyjmowanie, akceptację lub choćby zgodę. Nie inaczej... ta miłość nie lub być izolowana czy samotna. Staje na głowie i walczy... Podejmuje ryzyko. Nie poddaje się, szuka wszelkich sposobów na wsparcie, żeby tylko możliwy stał się rozwój i zmiana. Miłość nie rezygnuje, ona inaczej - nie umie... jak tylko trwać!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz