niedziela, 6 października 2013

Poświęcając siebie, zatracajmy siebie

Opiekujemy się, marzymy, rodzimy i rościmy sobie prawa, snujemy plany...
Mamy nadzieje, żądamy ich spełnienia, kruszymy kopie o zasady. Stawiamy czasem ponadludzkie wymagania, czasem zbyt małe, pobłażając lub przytulając w sprzecznościach na nowo do serca. Chroniąc.
Hodujemy, wychowujemy, chuchamy lub też sucho i rzeczowo wymagamy, trzymając "młode wilki" na dystans...

Chcemy by odeszli i się usamodzielnili, potafimy to teoretycznie uzasadnić a czasem w ogóle nie akceptujemy autonomii. W naszych intuicjach czujemy się bogami... w domowych pieleszach... ciepłych i miękkich kapciach, wiemy - co i jak. Mobilizujemy się, by dać z siebie wszystko wychowując młode pokolenia. Czasem za dużo dajemy, nie potrafimy nic wziąć. Cierpimy. Łzy i ból to nasz chleb powszedni... Zwłaszcza matek...

Coś jak z tym ziarnem, które jeśli nie obumrze, to nie odrodzi się na nowo... Nie ma innego porządku. Nie ma innych szans.

Więc może warto dać umrzeć tym naszym wszystkim "zasadom", sprawdzonym, czasem kruchym czy też nie, ale naszym. Tak, aby kolejne nowe pokolenie, szukało i wybierało w zgodzie ze sobą a nie wbrew nam, w złości i napięciu. Czasem - w nienawiści pokoleń.
Niech szukają i pytają, konfrontują, burzą coś, co my zbudowaliśmy - dajmy im na to zgodę, pomóżmy czasem, bo taka jest natura rzeczy. 
Natura zastępowania (następowania nowych) pokoleń. 
I nie ma się czemu dziwić, negować, wątpić - burzyć wobec czego - nasze dzieci zbudują swój świat i oby, oby było w nim nadal dla nas miejsce. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz